© F5 Magazine
Ta prezentacja została zaprojektowana z myślą o urządzeniach mobilnych i tabletach. Zmniejsz okno przeglądarki lub otwórz stronę na telefonie.
Polska estetyka
niepewności
Polska sztuka wyjątkowo słabo wierzy w trwałość normalności.
Oczywiście byłoby absurdem twierdzić, że istnieje jeden „polski styl”. Dzielą ich epoki, światopoglądy, media i temperamenty. Miłosz zapewne broniłby się przed włożeniem go do jednego worka z Beksińskim, podobnie jak Gombrowicz nie chciałby być ozdobą żadnego narodowego panteonu. A jednak, kiedy patrzymy na tę część polskiej kultury, która okazała się najbardziej komunikatywna poza granicami kraju, raz po raz wracają te same napięcia: nieufność wobec pozornej normalności, podejrzliwość wobec wielkich słów, fascynacja deformacją, ironia skierowana przeciw patosowi, silna obecność śmierci, materialność ciała, nieustanne tarcie między racjonalnością i czymś, czego rozum nie potrafi do końca oswoić.
Początek XX wieku jest dobrym miejscem, żeby rozpocząć ten spacer, bo dopiero wtedy można tak naprawdę mówić o narodzie polskim.
Około roku 1900 dzieje się coś przełomowego: polska kultura zaczyna w pełni uczestniczyć w europejskiej nowoczesności artystycznej, mimo że nie istnieje jeszcze polskie państwo. To paradoks, który będzie później powracał. Kultura często wyprzedza polityczną rzeczywistość albo istnieje obok niej. W roku 1899 Wyspiański tworzy plakat do przedstawienia Maeterlincka i odczytu Przybyszewskiego, uznawany za początek nowoczesnego polskiego plakatu artystycznego. Już w tym pierwszym geście pojawia się coś charakterystycznego: niespokojna forma nie jest ozdobą, lecz komentarzem do świata, w którym powstała.
Młoda Polska wprowadza do kultury język dekadencji, neurozy, erotyzmu, śmierci, duchowości i buntu przeciwko mieszczańskiej pewności siebie.
Przybyszewski mówi o „nagiej duszy”, o sztuce, która ma dotrzeć do warstwy wcześniejszej niż społeczna konwencja. Wokół niego powstaje niemal kult artysty jako kogoś, kto ma dostęp do przestrzeni niedostępnych zwykłemu doświadczeniu. Krakowski dekadentyzm wyrasta zarazem z dość szczególnej sytuacji: z miasta prowincjonalnego i politycznie niesuwerennego tworzy się laboratorium nowoczesności. Nie bez znaczenia jest również wyczerpanie XIX-wiecznego patriotycznego patosu. Boy-Żeleński wspominał później pokolenie, dla którego romantyczna martyrologia przestawała być wystarczającym paliwem. Pierwszym powtarzającym się gestem polskiej nowoczesności jest być może właśnie profanacja tego, co wcześniej było święte. Polska kultura w swoim najbardziej interesującym wydaniu nieustannie buduje pomniki, po czym sama je przewraca.
Najpierw produkuje mit, potem znajduje artystę, który go kompromituje. Romantyzm stwarza figurę poety-proroka i bohatera narodowego. Gombrowicz odpowiada miną, pupą i gębą. Tradycja tworzy ułana. Munk robi z heroizmu problem. Naród opowiada sobie historię o własnej wielkości. Szymborska pyta z boku, czy aby na pewno świat zgadza się z naszymi kategoriami. Witkacy pojawia się w tym pejzażu jak ktoś, kto od razu widzi nadciągającą katastrofę formy. Jego ludzie są powyginani, zniekształceni, hybrydyczni. Kobieta może być demonem, twarz psychicznym grymasem, ciało elementem jakiejś większej, nie do końca zrozumiałej konstrukcji. Witkacy rozwija teorię Czystej Formy właśnie wokół potrzeby „metafizycznego niepokoju”. Sztuka ma wytrącać człowieka z codziennego automatyzmu i doprowadzać go do doświadczenia dziwności samego istnienia. W jego obrazach i dramatach groteska nie służy więc tylko zabawie. Jest sposobem dostania się pod powierzchnię świata. Postacie na poły ludzkie i na poły zwierzęce, zgrzytliwe kolory i deformacje prowadzą ku czemuś znacznie poważniejszemu: ku pytaniu, dlaczego w ogóle istnieje cokolwiek.
To chyba jeden z trwałych rysów polskiej sztuki: groteska nie jest przeciwieństwem metafizyki. Jest jedną z dróg prowadzących do metafizyki.
Śmiech i lęk stoją bardzo blisko siebie. Absurd nie niszczy pytania o sens, lecz je wyostrza.
Z tego punktu widzenia Witkacy jest niezwykle polski, ale zarazem doskonale światowy. Nie trzeba znać historii Polski, żeby zrozumieć człowieka, który odkrywa, że społeczne role i własna osobowość są czymś niepokojąco sztucznym. Kilka lat później tę intuicję doprowadzi do genialnej prostoty Gombrowicz. Świat Gombrowicza jest światem Formy: człowiek nieustannie zostaje przez innych ludzi ukształtowany, nazwany, sklasyfikowany, ustawiony w jakiejś pozycji. Nie ma czystego „ja”, ponieważ między mną a mną zawsze pojawia się drugi człowiek. Z tego rodzą się jego groteska, niedojrzałość, gęba, mina i absurd. Ferdydurke jest wielkim laboratorium tego mechanizmu, rozpiętym między powagą a absurdem. Gombrowicz dokonuje jeszcze jednego gestu, niezwykle ważnego dla późniejszej polskiej kultury: obraca tę metodę przeciw samej polskości. Nie neguje jej. Próbuje ją rozszczelnić. Chce wyciągnąć człowieka spod ciężaru narodowej pozy, romantycznej wielkości i obowiązkowego zachwytu własną tradycją. Trans-Atlantyk jest groteskową operacją przeprowadzoną na sarmackim języku, patriotycznym patosie i micie narodowej wyjątkowości. Stary język zostaje zachowany właśnie po to, aby można było zobaczyć jego sztuczność. Można powiedzieć, że w tym momencie pojawia się bardzo charakterystyczna cecha polskiej kultury, którą później wielokrotnie zobaczymy choćby u Wajdy w kinie: antyheroizm. Polak patrzący na własne mity z ukosa. Polak, który nie potrafi już zupełnie poważnie zagrać Polaka. Dlatego tak dobrze pasuje tu przywołany „człowiek na koniu”. Przez stulecia koń pod człowiekiem oznaczał władzę, piękno, arystokrację, wojnę i bohaterstwo. W polskim imaginarium dochodzą do tego szlachcic, husarz, ułan i kawalerzysta. Gombrowicz wykonuje prosty ruch: odbiera temu obrazowi kulturową sankcję i każe zobaczyć dwa ssaki, z których jeden siedzi na drugim. Cały monument zaczyna się chwiać. To gest mały, niemal dziecinny, a zarazem fundamentalny dla jego sztuki: zobaczyć jako dziwne coś, do czego przyzwyczajenie odebrało nam zdolność dziwienia się. Podobną operację, choć w zupełnie innym tonie, wykonuje Bruno Schulz. U niego mieszczańskie miasteczko nie zostaje zaatakowane przez fantazję przychodzącą z zewnątrz. Fantastyczność tkwi w nim od początku. Ojciec może przeobrazić się w ptaka. Sklep staje się fragmentem kosmologii. Ulica prowadzi gdzie indziej, niż powinna. Materia jest niedokończona i jakby ciągle gotowa przyjąć nową formę.
Jeśli szukać prehistorii późniejszego realizmu magicznego Tokarczuk, Schulz wydaje się jednym z najważniejszych przystanków. Nie chodzi bowiem o baśniowość. Chodzi o przekonanie, że rzeczywistość jest grubsza, bardziej wielowarstwowa niż wersja dostarczana nam przez zdrowy rozsądek.
Polska sztuka XX wieku wyjątkowo słabo wierzy w trwałość normalności.
Normalność jest w niej czymś prowizorycznym. Dekoracją, którą może zerwać historia, polityka albo przypadek. W kulturach długo funkcjonujących w warunkach stabilnego państwa codzienność może wydawać się stanem naturalnym. W polskim doświadczeniu XX wieku okazuje się raczej krótką przerwą między kolejnymi gwałtownymi zmianami. Wojny, okupacje, Zagłada, przesunięcie granic, wielkie migracje, stalinizm, późniejszy komunizm i jego załamanie tworzą rzeczywistość, w której trudno uwierzyć, że to, co jest dzisiaj, musi istnieć także jutro. Nie należy oczywiście sprowadzać polskiej sztuki do „sztuki cierpienia”. Byłoby to równie banalne jak romantyczna mitologia, przeciw której buntowali się sami polscy twórcy. Historia daje tu raczej pewien rodzaj percepcji: świadomość, że powierzchnia świata jest cienka. Po wojnie niezwykle wyraźnie widać to w polskiej szkole filmowej. Wajda rekonstruuje romantyczny mit, ale robi to już ze świadomością jego tragiczności.
Popiół i diament Wajdy jest jednocześnie niezwykle piękną ikoną polskiego bohatera i filmem o niemożności utrzymania tego heroicznego modelu przy życiu.
Andrzej Munk idzie jeszcze dalej. W Eroice i Zezowatym szczęściu poddaje romantyczny heroizm próbie ironii. Krytycy nazywali jego filmy antyromantycznymi i antyheroicznymi; Munk świadomie pytał, co dzieje się ze zwykłym człowiekiem, kiedy kultura nakazuje mu za wszelką cenę być bohaterem. I znów wracamy do Gombrowicza.
Polska kultura najwyższej próby nie tylko tworzy narodowe mity. Wytwarza również bardzo silny mechanizm immunologiczny przeciw własnym mitom.
Jest w stanie stworzyć Wajdę i Munka jednocześnie. Jednego, który potrafi jeszcze mówić językiem romantycznego obrazu, i drugiego, który stoi obok i pyta, czy przypadkiem nie wygląda to wszystko trochę absurdalnie. Wojciech Jerzy Has przenosi nas w jeszcze inną stronę tej samej krainy. Rękopis znaleziony w Saragossie i Sanatorium pod Klepsydrą budują światy, w których czas przestaje zachowywać się normalnie, opowieść zawiera inną opowieść, wspomnienie miesza się ze snem, a przedmiot niemal zawsze znaczy więcej, niż powinien. Międzynarodowa kariera Rękopisu jest znacząca: film Hasa wymieniali wśród swoich fascynacji między innymi Martin Scorsese, David Lynch i Francis Ford Coppola. Można zrozumieć dlaczego. W tym kinie odnajdujemy coś, co później stanie się jednym z globalnych języków kina autorskiego: świat pozostający wizualnie realny, ale podporządkowany logice snu.
Podobny mechanizm działa w polskiej szkole plakatu. To być może jeden z najlepszych przykładów polskiego soft power w ogóle, ponieważ tutaj owa szczególna wyobraźnia została skondensowana do pojedynczego obrazu.
Polski plakat nie chciał po prostu poinformować widza, o czym jest film. Tworzył autonomiczną metaforę. Czasem dowcipną, czasem okrutną, czasem surrealistyczną. Człowiek mógł zostać sprowadzony do zdeformowanej głowy, ręki albo kilku plam. Makabra mogła spotkać się z humorem. Powaga z wizualną niezdarnością. Franciszek Starowieyski doprowadza ten język niemal do halucynacji. Anatomia łączy się u niego z przedmiotem, ciało z pejzażem, barok ze współczesnością. Czaszki, ptasie głowy, kobiece ciała, węże i oczy przechodzą jedne w drugie. Nie jest to surrealizm w stylu eleganckiego zachodniego marzenia sennego. Jest bardziej cielesny, brudniejszy, bardziej zmysłowy i jednocześnie bardziej śmiertelny. Fascynacja ciałem u Starowieyskiego prawie zawsze ma gdzieś obok świadomość rozkładu.
Eros jest już trochę vanitas.
I tutaj dotykamy następnej charakterystycznej cechy: polska sztuka niezwykle często profanuje ciało, aby powiedzieć coś o człowieku. Ciało nie jest idealną renesansową figurą. Jest otwarte, poranione, zdeformowane, pozbawione twarzy, zamienione w kukłę, hybrydę albo materię. U Tadeusza Kantora człowiek spotyka swój manekin. W Umarłej klasie starzy ludzie wracają do szkolnych ławek, niosąc ze sobą dziecięce sobowtóry. Żywi stoją obok martwych, przedmiot obok człowieka, wspomnienie obok teraźniejszości. Kantor tworzy teatr śmierci, ale śmierć nie jest u niego monumentalna. Jest dziwaczna, biedna, mechaniczna, czasem wręcz błazeńska. Umarła klasa obiegła świat i została odczytana jako doświadczenie wykraczające daleko poza polską historię, choć wyrastała z bardzo konkretnych traum XX wieku. Grotowski wykonuje z kolei ruch w przeciwnym kierunku. Kantor zasypuje scenę przedmiotami-obiektami obciążonymi pamięcią; Grotowski próbuje usunąć z teatru niemal wszystko. Zostawia ciało aktora i widza. „Teatr ubogi” staje się jednym z najważniejszych polskich pomysłów artystycznych eksportowanych na świat. To bardzo charakterystyczne, że nawet tutaj nie chodzi o dekorację ani reprezentację, lecz o przekroczenie zwyczajnego stanu człowieka, o dotarcie pod społeczną maskę poprzez ciało, wysiłek, rytuał i ekstremalną koncentrację.
U Abakanowicz ciało przestaje nawet należeć do jednostki. Pojawiają się szeregi figur. Bezgłowych albo pozbawionych twarzy. Prawie jednakowych. Zgrupowanych w tłumy. Człowiek zostaje sprowadzony do powtarzalnego modułu, ale paradoksalnie każda figura pozostaje trochę inna. To jeden z najmocniejszych obrazów napięcia pomiędzy jednostką i zbiorowością stworzonych w europejskiej sztuce powojennej.
Abakanowicz zdobywa międzynarodową pozycję najpierw dzięki monumentalnym formom tkackim, a później jej anonimowe tłumy stają się uniwersalną metaforą istnienia człowieka pośród innych ludzi.
To, co u Abakanowicz jest materią, u Pendereckiego staje się dźwiękiem. Wczesny Penderecki właściwie odbiera muzyce jej bezpieczne kategorie. Nie chce melodii, którą można zanucić. Skrzypce mogą wydawać dźwięk przypominający krzyk, tarcie metalu, zbiorowy alarm. Tren – Ofiarom Hiroszimy szokował nowymi technikami artykulacyjnymi i klasterami, a później jego język stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych muzycznych kodów lęku w światowym kinie. Utwory Pendereckiego znalazły się między innymi w Lśnieniu Kubricka. Polski niepokój okazał się eksportowalny nawet wtedy, gdy pozbawiono go języka i obrazu. Można było eksportować sam dźwięk zagrożenia.
Beksiński idzie jeszcze dalej. U niego świat wydaje się już istnieć po katastrofie, której nigdy nie zobaczyliśmy.
Nie wiemy, co się wydarzyło. Nie znamy systemu religijnego, którego ruiny oglądamy. Nie znamy wojny, po której pozostały te szkielety. Nie wiemy nawet, czy oglądamy przyszłość, czy przeszłość. Właśnie dzięki temu jego malarstwo zyskuje niezwykłą uniwersalność. To nie ilustracje konkretnego polskiego doświadczenia. To pejzaże po końcu jakiejś cywilizacji. Beksiński zaczynał zresztą od radykalnych eksperymentów fotograficznych o charakterze surrealistyczno-ekspresjonistycznym. Jeśli więc szukamy „polskości” u Beksińskiego, nie znajdziemy jej w symbolach narodowych. Znajdziemy ją być może w przekonaniu, że katastrofa nie musi mieć początku ani końca. Jest stanem potencjalnym świata.
Kieślowski dokonuje niemal odwrotnego zabiegu. Usuwa spektakularność. Człowiek nie musi spotkać potwora, aby wejść w przestrzeń metafizycznego niepokoju. Wystarczy sąsiad, przypadkowe spotkanie, kamera, decyzja, której konsekwencji nie da się przewidzieć.
Kino moralnego niepokoju bierze zwyczajną rzeczywistość PRL i pokazuje, że system polityczny działa przede wszystkim poprzez mikroskopijne kompromisy jednostki.
Niepokój nie oznacza tu strachu. Jest stanem, w którym człowiek uświadamia sobie, że każda decyzja ma ciężar moralny, choć nie istnieje instrukcja obsługi pozwalająca bezbłędnie wybrać dobro. Sam termin „kino moralnego niepokoju” powstał właśnie z potrzeby opisania kina dotyczącego konfliktu wartości i niemożności spokojnego funkcjonowania w rzeczywistości, która wypacza relacje między ludźmi. Potem Kieślowski zabiera ten mechanizm z Polski i okazuje się, że działa wszędzie. Dekalog, Podwójne życie Weroniki, Trzy kolory nie potrzebują już komunizmu. Pozostaje człowiek umieszczony w nieprzeniknionej sieci zależności, zbiegów okoliczności, odpowiedzialności i przypadków. To bardzo ciekawy moment polskiego soft power: lokalne doświadczenie zostaje tak mocno przetworzone, że traci swoją lokalność, nie tracąc charakteru. Szymborska robi podobną rzecz w poezji. Jej metodą nie jest deformacja ciała ani monumentalny obraz, tylko mikroskopijna korekta sposobu myślenia. Bierze zdanie, które wydaje się oczywiste, i przesuwa je o kilka stopni. Nagle człowiek widzi siebie z perspektywy kamienia, zwierzęcia, statystyki, przypadku albo miliardów lat ewolucji. Akademia Szwedzka doskonale uchwyciła ten mechanizm, przyznając jej Nobla za poezję, w której „ironiczna precyzja” pozwala ujawnić historyczny i biologiczny kontekst fragmentów ludzkiej rzeczywistości. To zresztą pięknie domyka jeden z motywów obecnych już u Gombrowicza.
Człowiek zbyt łatwo uważa własną perspektywę za naturalną. Szymborska nieustannie odbiera mu ten komfort. W noblowskim wykładzie mówi właściwie, że w poezji nie istnieje „zwyczajny świat”; kamień, chmura, dzień i samo istnienie są czymś radykalnie nieoczywistym.
To niemal najłagodniejsza możliwa wersja Witkacowskiego „metafizycznego niepokoju”. Tokarczuk przenosi tę tradycję w XXI wiek. Etykieta „realizm magiczny” częściowo do niej pasuje, ale jest niewystarczająca. W jej świecie magia nie polega na tym, że do realistycznej fabuły zostaje dodane coś fantastycznego. Podważony zostaje sam podział na rzeczy realne i nierealne, ważne i nieważne, ludzkie i nieludzkie. Tokarczuk interesują sieci, powiązania, fragmenty historii, ciała, zwierzęta, sny, mity, migracje. W wykładzie noblowskim mówi o potrzebie nowych sposobów opowiadania świata, o mitach, nowych narracjach, paradoksie i potencjalnym „neosurrealizmie”. Jej czuły narrator ma widzieć związki pomiędzy rzeczami, których zwykły narrator nie potrafi połączyć. Lem to z pozoru przeciwieństwo całej tej magiczności: racjonalista, pisarz technologii, nauki, kosmosu. A jednak jego najważniejsze utwory opowiadają dokładnie o granicach ludzkiego rozumienia. Człowiek leci do gwiazd i odkrywa nie tyle obcych, ile własną niezdolność wyobrażenia sobie prawdziwej obcości. W bardziej groteskowych tekstach Lem zamienia science fiction w powiastkę filozoficzną, używa absurdalnych urządzeń i kosmitów po to, by kompromitować ludzkie systemy myślenia. Znów więc mamy do czynienia z tym samym ruchem: świat wydaje się uporządkowany, dopóki ktoś nie przesunie jednego elementu.
Najciekawsza polska kultura nie ufa własnej polskości.
Nieustannie ją ogląda, sprawdza, podważa, rozbiera na części. Jej najbardziej uniwersalni twórcy bardzo rzadko są twórcami, którzy po prostu celebrują narodową tożsamość. Częściej są tymi, którzy znajdują w niej pęknięcia. Polska kultura jest najbardziej polska właśnie wtedy, kiedy przestaje przedstawiać Polskę.
To kultura żyjąca na granicy porządku i rozpadu.
tekst pochodzi z najbliższego numeru F5 Print Edition POLSKIE SOFT POWER (zima 2026/27)