5 elementów wystroju wnętrz polskiej klasy średniej, które powinny zniknąć

Wielu nieźle sytuowanych Polaków wciąż chyba nie ma pojęcia o tym, że design ma ogromny wpływ na jakość naszego życia. Gdyby mieli, ich wnętrza na pewno wyglądałyby inaczej.
.get_the_title().

Dlaczego design wnętrz jest tak ważny? Według badań ludzkiej aktywności przeprowadzonych przez naukowców z Lawrence Berkeley National Laboratory, człowiek spędza we wnętrzach przeciętnie 87 proc. swojego życia. W tym aż przez 69 proc. czasu przebywamy we wnętrzach mieszkalnych. Każdy powinien więc doskonale zdawać sobie sprawę z tego, że design i wyposażenie tych wnętrz ma ogromny wpływ na nas samych.

Eksperci są zgodni, że kolor ścian, temperatura oświetlenia czy ergonomia oraz rodzaj mebli bezpośrednio oddziałują na nasze  codzienne samopoczucie.

Niestety, dla wielu Polaków to wciąż nie jest oczywiste, co pokazują nasze wnętrza, które często są zaaranżowane nie tylko przypadkowo, ale wręcz szkodliwie. I nie chodzi tu wcale o rodaków, których stać tylko na najtańsze i najbardziej podstawowe rozwiązania (choć i te mogą być dobrze zaprojektowane, więc pustka w portfelu nie tłumaczy wszystkiego). Ten problem niemalże w równym stopniu dotyczy przedstawicieli klasy średniej z dużych miast, w tym także 20 i 30-latków, którzy urządzają swoje pierwsze wnętrza. Dlaczego tak wiele Polek i Polaków nie ma bladego pojęcia o designie i jego wpływie na nasze życie, co tak bardzo różni nas np. od Skandynawów? Na pewno winny jest niski poziom edukacji artystycznej.

Przez cały cykl edukacji polskie dzieci spędzają na lekcjach poświęconych sztuce około 250 godzin, podczas gdy w Danii rozwojowi artystycznemu poświęca się nawet 1120 godzin.

Dzięki temu w tym małym kraju nazwiska słynnych projektantów takich jak Arne Jacobsen są powszechnie znane, a w wielu domach można znaleźć prawdziwe klasyki designu (oczywiście wpływ na to ma także wyższy poziom życia). Na niską świadomość mieszkańców naszego kraju w tej dziedzinie wpływ ma także nasza historia. Przed 1989 rokiem krajowy “rynek” dawał nam bardzo ograniczony wybór (mieliśmy wtedy naprawdę sporo dobrych projektantów, ale ich pracę często nie trafiały do produkcji masowej). W latach 90., gdy półki zapełniły się towarami, zachłysnęliśmy się możliwością kupienia tego, na co mieliśmy ochotę – najlepiej czegoś “luksusowego” lub sprawiającego takie wrażenie. Mimo że zainspirowani magazynami wnętrzarskimi w końcu zaczęliśmy pozbywać się boazerii czy ociekających złotem dodatków, to w naszych wnętrzach nadal pozostało sporo elementów wyposażenia, które powinny zniknąć, ale straszą do dziś. Doszły też nowe straszydła. I nie jest to kwestia gustu, bo o gustach się nie dyskutuje (nie każdy przecież dobrze czuje się w minimalistycznych wnętrzach). Chodzi o elementy wyposażenia, które zwyczajnie pogarszają nasze samopoczucie, zresztą zobaczcie sami.

1. “Designerskie wnętrza” pełne podróbek

Większość z nas doskonale wie, że kupowanie podróbek nie jest powodem do dumy – chiński Louis Vuitton czy bazarowy zegarek Patek Philippe w żadnej mierze nie są wyznacznikami dobrego smaku. Inaczej rzecz ma się jednak z designem – wiele krajowych salonów meblowych nie ma bowiem oporów przed sprzedawaniem podróbek klasycznych modeli mebli. Rynek zalewają tańsze wersje “Barcelona Chair” Ludwiga Miesa van Der Rohe, “Louis Ghost” Philippe’a Starcka czy “Eiffle Chair” Charlesa i Ray Eamesów. To ostatnie krzesło powstawało przez 10 lat, bo słynne małżeństwo amerykańskich projektantów eksperymentowało z różnymi materiałami i kształtami, by stworzyć jak najwygodniejszy mebel.

W przypadku imitacji trud projektantów przestaje mieć znaczenie, bo kiepskie materiały i źle skopiowane formy sprawiają, że projekt traci swoje właściwości.

Mimo to nawet kilkukrotnie tańsze podróbki klasyków są chętnie kupowane – często przez ludzi, którzy zaczynają interesować się designem, ale nie posiadają podstawowej wiedzy na ten temat.

2. Pasteloza i coachingowe napisy na ścianach

Pasteloza nie jest problemem, który dotyka wyłącznie elewacje budynków. Również wnętrza wymalowane są często “przytulnymi” pastelowymi barwami – najłatwiej się o tym przekonać, przeglądając oferty mieszkań do wynajęcia.

“Szmaragdowa toń”, “Suszone morele” czy „Dojrzewający banan” może i brzmią kusząco, ale na dłuższą metę ściany w takich odcieniach optycznie zmniejszają przestrzeń i najczęściej źle wyglądają w zestawieniu z meblami.

Znacznie bardziej praktycznym wyborem jest biel, która uspokaja i stanowi dobre tło dla mebli i różnych dodatków. Innym popularnym sposobem na dodanie wnętrzu “charakteru” jest powieszenie lub naklejenie inspirujących napisów na ścianach. Wszystkie czarno-białe ramki z napisami w stylu “work hard dream big” wbrew pozorom nie zamienią automatycznie mieszkania w skandynawski raj z Instagrama, a tylko dodatkowo nas stresują.

3. Wypielęgnowani lanserzy w mieszkaniach “po babci”

Młodzi, dobrze sytuowani Polacy nie zawsze dbają o swoje mieszkania. Chętnie podkreślają swój status za pomocą markowych ubrań, drogich gadżetów czy samochodów, ale mieszkanie stawiają na ostatnim miejscu. Nie chodzi nawet o bałagan, bo to może się zdarzyć nawet najlepszym.

Odziedziczone dawno temu po babci lokum wygląda tak, jakby babcia wciąż tam mieszkała, a do estetyki wynajętych mieszkań nie przykłada się w ogóle żadnej uwagi.

W końcu i tak to tylko “tymczasowo”, a w przyszłym sezonie poszuka się czegoś nowego.

4. Zimne LED-y lub oświetleniowy kogel-mogel

Polskie mieszkania zalały zimne LED-y. Może i w ich świetle widać każdy szczegół, ale nie brakuje im też wad. Sprawdzają się w sklepach czy w biurach, ale ich intensywność sprawia, że stajemy się pobudzeni, a nasze oczy szybko się męczą.

Z drugiej strony powodują one, że wnętrza stają się chłodne, a twarze wyglądają wręcz trupio blado.

Jeśli marzycie o przytulnym wnętrzu, zrezygnujcie z zimnych LED-ów i zdecydowanie wybierzcie cieplejszy odcień światła. Pod żadnym pozorem nie stosujcie też w jednym pomieszczeniu źródeł światła o różnej temperaturze, to wygląda naprawdę źle.

5. Sztuczne rośliny

Sztuczne rośliny niewątpliwie mają jedną zaletę – nie trzeba o nie dbać. Na tym jednak koniec, bo trudno je uznać za estetyczną ozdobę, która pełni jakąś inną funkcję poza łapaniem kurzu.

Inaczej sprawy mają się z prawdziwymi roślinami, które nie tylko ładnie wyglądają, ale także poprawiają jakość powietrza, którym oddychamy – filtrują bowiem dwutlenek węgla, usuwają toksyny i produkują tlen.

Niektóre z nich usuwają także trichloroetylen, formaldehyd, benzen, ksyleny i amoniak, które znajdują się w papierze, plastiku, detergentach, tkaninach syntetycznych. Tak więc żywe rośliny są dobre nie tylko dla tych, którzy mieszkają w ogarniętych smogiem miastach. A do tego nie wszystkie są trudne w utrzymaniu – zamiast sztucznej paprotki, warto więc sprawić sobie prawdziwą sansewierię lub zamiokulkasa.

Tekst: Michał Bachowski

DESIGN