Od czego zacząć zmienianie świata?

Kiedyś żyliśmy w stanie natury i równości. Później nastała cywilizacja a wraz z nią, nieuchronnie, hierarchia, eksploatacja i biurokracja. I nic z tym nie da się zrobić. Zdaniem autorów 'The Dawn of Everything' najpierw należy odczarować tę błędną historyczną narrację, a później można zacząć zmieniać świat. Dają mnóstwo dowodów, że to możliwe.

Żyjemy w najlepszym systemie, w najdoskonalszej znanej cywilizacji. Generujemy ogromne bogactwo, które podnosi standard życia i poziom zadowolenia. Możemy narzekać, ale potwierdzają to wszystkie mainstreamowe wskaźniki: długość życia, analfabetyzm czy procent ludzi, którzy żyją w skrajnym ubóstwie. Skoro jest tak dobrze, to gdzie jest problem? Nie mamy czasu na budowanie relacji, bo siedzimy w pracy. Z powodu dysfunkcji na rynku nieruchomości nie stać nas albo na własną przestrzeń fizyczną, albo psychiczną. Nie opiekujemy się bliskimi ani nie zaznajemy opieki państwa. Słyszymy, że jest nas za dużo i jest za późno, by ratować naszą planetę. Kiedy jedyny świat, jaki znamy, rozpada się, my nadal przekonujemy samych siebie, że należy iść dalej zgodnie z planem wytyczonym kilkadziesiąt lat temu tylko lepiej, bardziej produktywnie, w sposób zrównoważony albo wydajny.

Przepaść między polityczną retoryką a żywym doświadczeniem doprowadziła Zachód do głębokiego dysonansu.

Nasz system nie działa, a my nie mamy żadnego planu

Te kolektywne, miażdżące uczucie to nie kryzys wieku średniego mileniallsa. Zmiana pracy, przeprowadzka, nowi znajomi, podróż czy dwa zera więcej na koncie mogą tylko na chwile zagłuszyć fałszywe nuty. Alexei Yurchak w książce o upadku Związku Radzieckiego napisał, że w pewnym momencie stało się jasne, że system nie działa, ale nikt nie miał żadnego pomysłu ani planu, w jaki sposób to zmienić. Mimo że wszystkich otaczał totalny absurd, tkwili w swoich rolach i surrealistycznym świecie, bo nie mieli niczego, czego mogliby się chwycić — nadziei, idei, religii czy siebie nawzajem. Dzisiaj też tkwimy w przekonaniu, że nic nie da się zrobić. Według niedawno zmarłego antropologa i działacza anarchistycznego Davida Graebera (więcej o jego pracy pisaliśmy tutaj) oraz archeologa Davida Wengrowa, autorów książki ‘The Dawn of Everything’, przynajmniej częściową winę za taką postawę ponosi narracja, opowiadająca historię naszego gatunku.

Zdjęcie: Jean-Paul Guilloteau/AP

Nasza historia społeczna, opracowana przez Thomasa Hobbesa czy Jeana-Jacquesa Rousseau, spopkulturyzowana przez Jareda Diamonda, Yuvala Noaha Harariego czy Stevena Pinkera i mniej lub bardziej powszechnie uznana za fakt, wygląda mniej więcej tak: dawno, dawno temu ludzie żyli w stanie natury, czyli w małych, egalitarnych grupach łowców-zbieraczy.

Przez pierwsze 300 tys. lat prawie nic się nie wydarzyło. Potem wynaleziono rolnictwo i prymitywna sielanka nagle się skończyła.

Nadwyżki produkcji doprowadziły do wzrostu liczby ludności i własności prywatnej. Grupy rozrastały się, a to wymagało coraz większej organizacji, a więc stratyfikacji i specjalizacji. To dało początek osiadłym społeczeństwom i państwom opartym na nierównościach, hierarchii i biurokracji. Równość odeszła wraz z wodzami, wojownikami, autorytetami, matkami klanowymi i świętymi mężami. W końcu pojawiły się miasta, a wraz z nimi cywilizacja — pismo, filozofia, astronomia oraz hierarchie bogactwa, statusu i władzy, pierwsze królestwa i imperia. Przewijając kilka tysięcy lat do przodu, wraz z nauką, kapitalizmem i rewolucją przemysłową powstało nowoczesne państwo biurokratyczne.

Nasza historia jest liniowa, etapy po sobie następują i nie ma odwrotu. Tak jakby nikt nigdy nie próbował niczego innego i nigdy nie zmieniał zdania.

Co jest nie tak z tą opowieścią?

Jest jednolita i doskonale progresywna — od niższych do wyższych, od prymitywnych do wyrafinowanych — a przede wszystkim deterministyczna. Rozwój napędzany jest przez technologię, a nie ludzki wybór i prowadzi do z góry określonego celu. Gdy tak się podsumuje naszą historię, brzmi to co najmniej podejrzanie.

W książce ‘The Dawn of Everything’ Graeber i Wengrow zastępują tę podejrzanie jednorodną narrację historyczną nową wersją historii. Zarysem obrazu ludzkiej przeszłości, pełnej politycznych eksperymentów i kreatywności. Świt wszystkiego to synteza ostatnich dekad odkryć archeologicznych, które nigdy nie zostały ujęte w czasopismach naukowych ani nie zapisały się świadomości publicznej. Autorzy nie negują tego, że grupy i plemiona przekształciły się w miasta i kraje, a rolnictwo doprowadziło do nierówności i biurokracji. Obalają jednak ideę, że ludzie są pasywnymi obiektami sił materialnych, stojącymi bezradnie na stopniach ruchomych schodów, które wiozą ich od Serengeti na szczyt Burj Khalifa, bo tak opowiedziana historia może sprawiać, że dzisiaj jesteśmy niezdolni do zmian. Graeber i Wengrow przekonują nie tylko, że zawsze mieliśmy wybór, ale że świadomie eksperymentowaliśmy z ‘karnawałową paradą form politycznych’, a nasza historia od samego początku ma teksturę, jest inspirująca, zaskakująca i paradoksalna.

Graeber i Wengrow/ Ilustracja Tim Robinson

Luka dziesiątek tysięcy lat między naszym pojawieniem się biologicznym a pojawieniem się naszej zdolności do tworzenia kultury to złudzenie, a pierwsze 95 proc. naszego istnienia nie było wypełnione pierwotną ludzką zupą.

Czy na pewno jesteśmy bardziej sapiens?

Homo sapiens, według Graebera i Wengrowa, rozwinął się w wielu różnych formach na całym kontynencie afrykańskim, od Maroka po Przylądek Igielny — nie tylko na wschodnich sawannach. Dopiero później te formy połączyły się we współczesnego człowieka. Innymi słowy: nie było antropologicznego ogrodu Eden, nie było równiny Tanzanii zamieszkanej przez ‘mitochondrialną Ewę’ i jej potomstwo.

Aby pokazać, że społeczeństwa łowiecko-zbierackie były znacznie bardziej złożone, zróżnicowane i cywilizowane niż sobie wyobrażaliśmy, Graeber i Wengrow przytoczyli dziesiątki dowodów — paciorkowe ornamenty tworzone na potrzeby pochówków w epoce lodowcowej, których wykonanie zajmowało 10 tys. godzin, skomplikowane rzeźby bestii z Göbekli Tepe (co najmniej 6 tys. lat przed Stonehenge) czy rdzenną społeczność Amazonii, która sezonowo przechodziła między dwiema całkowicie różnymi formami organizacji społecznej — w miesiącach suchych tworząc małe, autorytarne grupy koczownicze, a w porze deszczowej duże, oparte na obopólnej zgodzie osady ogrodnicze. A także królestwo Calusa, monarchię łowców-zbieraczy, którą Hiszpanie znaleźli, gdy przybyli na Florydę. Wszystkie opisane przez Graebera i Wengrowa scenariusze są nie do pomyślenia w ramach konwencjonalnej narracji, gdzie dziki miał być tak prosty i głupi jak szlachetny, a my, którzy czcimy bogów z Doliny Krzemowej, dopiero jesteśmy sapiens.

Zdjęcie: Martin Meissner/AP

Łowcy-zbieracze byli i nadal są tak samo szlachetni i odważni, jak słabi i małostkowi.

Z natury lubimy eksperymenty

Nadrzędnym przesłaniem Graebera i Wengrowa jest to, że łowcy-zbieracze dokonywali wyborów – świadomych, przemyślanych, zbiorowych – co do sposobów, w jakie chcieli zorganizować swoje społeczeństwa: rozdzielać pracę, władzę, zarządzać bogactwem. Innymi słowy, uprawiali politykę. Niektórzy z nich eksperymentowali z rolnictwem i uznali, że nie jest to warte kosztów, inni brali niewolników, a jeszcze inni idealizowali oszczędność, prostotę, pieniądze i pracę. Żadna z tych grup nie przypominała naiwnych dzikusów z ludowej wyobraźni, nieświadomych siebie, niewinnych, którzy funkcjonowali w czymś w rodzaju wiecznej teraźniejszości, czekając, aż obudzi ich zachodnia ręka. Jeżeli już, to nas charakteryzują wąskie horyzonty i fałszywe spojrzenie na ludzkie możliwości. Również ich domniemana szlachetność jest wątpliwa, bo ludzka natura podobno się nie zmienia.

Autorzy przenoszą tę perspektywę również do epok, w których pojawiło się rolnictwo, a z nim miasta i królowie. Rolnictwo nie wkroczyło w naszą historię brutalnie i nieubłaganie, ale sezonowo. W rolnictwo się bawiono, obok polowań, wypasania i ogrodnictwa. Wczesne rolnictwo ucieleśniało to, co Graeber i Wengrow nazywają ‘ekologią wolności’ – wolność wchodzenia i wychodzenia z rolnictwa. Ta wolność trwała około 3 tysiące lat, około 10 razy dłużej niż było to konieczne, gdyby decydowały jedynie względy biologiczne. Powstanie miast, a ostatecznie państw doprowadziło do jeszcze bardziej stromych hierarchii oraz całego pakietu cywilizacyjnego – przywódców, administratorów, podziału pracy i klas społecznych. Wniosek jest jasny: równość i wolność trzeba było zamienić na postęp.

Zdjęcie: Adrian Hesser/businessinsider.nl

Przez ostatnich 5 tys. lat królestwa i imperia były wyjątkowymi wyspami hierarchii politycznej, otoczonymi znacznie większymi terytoriami, których mieszkańcy systematycznie unikali stałych, nadrzędnych systemów władzy.

Państwo może nie być nieuniknione

Gerber i Wengrow sprzeciwiają się idei, że duże populacje ludzi potrzebują warstw biurokracji, co nieuchronnie prowadzi do nierówności. Wiele wczesnych miast, z tysiącami mieszkańców, nie wykazywało żadnych oznak scentralizowanej administracji: pałaców, komunalnych magazynów, żadnych wyraźnych różnic w randze lub bogactwie. Autorzy podają jako przykład ukraińskie Taljanky (długo przed najstarszym znanym miastem w Mezopotamii) oraz inne dowody na to, że urbanistyka wyprzedziła monarchię o stulecia. A nawet gdy istnieli już królowie, ‘rady ludowe i zgromadzenia obywatelskie były stałymi cechami rządu’, z rzeczywistą władzą i autonomią. Wbrew temu, w co lubimy wierzyć, instytucje demokratyczne nie powstały tylko raz, tysiące lat później, w Atenach. Dobrym przykładem miejskiego egalitaryzmu jest Teotihuacan, który pod względem wielkości i wspaniałości rywalizował z imperialnym Rzymem, a którego mieszkańcy nagle zmienili kurs, porzucając budowanie pomników i ofiary z ludzi na rzecz budowy wysokiej jakości mieszkań komunalnych. ‘Wielu obywateli’ – napisali autorzy – ‘cieszyło się standardem życia, który rzadko osiągało się w tak szerokim sektorze społeczeństwa miejskiego w jakimkolwiek okresie historii miasta, w tym współcześnie’.

Zdjęcie: trekearth.com

Osiągnęliśmy etap historii, w którym naukowcy i aktywiści zgadzają się, że dominujący system stawia nas i naszą planetę na kursie do prawdziwej katastrofy – powiedział w wywiadzie Wengrow. Tymczasem my utknęliśmy w przekonaniu, że nic z tym nie możemy zrobić, bo ceną cywilizacji jest brak równości, tak jak ceną przetrwania jest chroniczny wzrost. Czy za ten paraliż albo brak wyobraźni można winić historyczną narrację, która fałszywie określa granice naszych możliwości? ‘Jeśli coś poszło bardzo źle w historii ludzkości’ – napisali Gerber i Wengrow – ‘to może zaczęło się to dziać dokładnie wtedy, gdy ludzie zaczęli tracić wolność wyobrażania i odgrywania innych form społecznej egzystencji’.

A to musiało się wydarzyć całkiem niedawno, skoro w przeszłości potrafiliśmy całkowicie i radykalnie zmieniać kurs.

Logicznym pierwszym krokiem wydaje się, aby poszukiwanie nowych, zrównoważonych sposobów zorganizowania naszego świata zacząć od kwestionowania konwencjonalnej wersji naszej historii i zweryfikowania naszej własnej wiedzy o sobie. Bo kluczowe może być to, jak żyli i myśleli nasi przodkowie. Jak wszystkie mity o pochodzeniu, ta jedyna nam znana narracja ma ogromną moc i uniemożliwia inne myślenie o obecnych kryzysach i wyobrażenie sobie siebie na nowo. Gdyby te mity zastąpić zupełnie nowym obrazem ludzkiej przeszłości, być może udałoby nam się odkryć zupełnie nowe zasoby ludzkich możliwości.

Zdjęcie główne: Alina Grubnyak/unsplash
Tekst: AvdB

Preloader spinner
Print
Print Text
Zobacz więcej
Wybierz region
Facebook