Autor “Trainspotting” dołączył do debaty o cancel culture. Czym jest to zjawisko?

Debata o cancel culture wciąż zacięcie się toczy. Tym razem głos zabrał Irvine Welsh, autor kultowej książki "Trainspotting", który zauważył, że fenomen zintensyfikował się z momentem nastania pandemii.
.get_the_title().

Kiedy ludzie walczą z despotami o budzących sprzeciw poglądach, którzy są podżegaczami, wspaniale jest oglądać jak zostają oni “anulowani”. Z drugiej strony, kiedy widzisz zwykłych ludzi, którzy tracą pracę z powodu czegoś, co mogli powiedzieć w przypływie chwili, jest w tym jakiś zły element z “Roku 1984”. Wszystko się zintensyfikowało przez Covid (…). Ludzie są źli i chcą móc kogoś obwiniać. A nie ma kogo obwiniać – powiedział Irvine Welsh magazynowi “Esquire”. To kolejny pisarz, który zabrał głos na temat cancel culture.

Cancel culture, tłumaczona na język polski jako kultura przekreślania bądź unieważniania, wciąż jest gorącym przedmiotem dyskusji. Być może dlatego, że istota zjawiska zahacza wręcz o problemy etyki: jak długo można sądzić ludzi za ich przewinienia? Jak nasze społeczeństwo powinno piętnować złe zachowania? Gdzie kończy się wolność słowa?

Słownik Cambridge definiuje cancel culture jako “sposób zachowania się w społeczeństwie lub grupie, zwłaszcza w mediach społecznościowych, w którym często całkowicie odrzuca się i zaprzestaje wspierania kogoś, ponieważ powiedział lub zrobił coś obraźliwego”.

W praktyce jest to bojkot danej osoby, najczęściej pojawiający się w internecie – napiętnowanie jej przez tłum za popełniony błąd czy niestosowną wypowiedź. Zjawisko zyskało na sile wraz z rozwojem ruchów #MeToo i Black Lives Matter oraz nurtem zdejmowania z piedestałów dotychczas nietykalnych autorytetów.

Źródło zdjęcia: insidehook.com

Cancel culture pozbawiło celebrytów nietykalności i wymusiło wzięcie odpowiedzialności za swoje czyny i słowa, które – ze względu na popularność osób publicznych – mają znacznie większy zasięg. W artykule dla “Guardiana” Nersine Malik pisała o tym, jak kultura sprawia, że stare elity tracą swoją moc w świecie social mediów, a osoby z marginesu wreszcie zyskują platformę do tego, aby się wypowiedzieć. Jak internet pełni funkcję rzecznika praw obywatelskich, gdzie pomijane głosy mogą dotrzeć do gigantów, celebrytów, wielkich korporacji i zbuntować się przeciwko niewłaściwemu ich postępowaniu. W podobnym duchu pisała Sarah Manavis dla “New Statesman”, tłumacząc, że cancel culture jest tak naprawdę “zbiorowym pragnieniem, aby osoby sprawujące władzę były pociągane do odpowiedzialności za swoje domniemane przewinienia”. Ich głosy bronią kultury przekreślania, która jest jednak również bardzo mocno krytykowana.

W lipcu tego roku 150 znanych autorów i osobistości podpisało się pod listem sprzeciwiającym się cancel culture.

Wśród nich znaleźli się między innymi pisarze Jeffrey Eugenides, Margaret Atwood i J.K. Rowling (która sama została “anulowana” za transfobiczne wypowiedzi na Twitterze), feministka Gloria Steinem czy dziennikarz CNN Fareed Zakaria. Podpisani obawiają się zagrożenia wolności słowa i zwracają uwagę na rozprzestrzeniającą się cenzurę dotyczącą poglądów, modę na publiczne znęcanie się i ostracyzm oraz pojawiające się w mediach społecznościowych wezwania do szybkiej i surowej zemsty.

Czy jednak można usprawiedliwiać wypowiedzi szerzące nienawiść wolnością słowa? To pytanie zaraz dało się usłyszeć po drugiej stronie barykady, wśród ludzi, którzy nie uważają kultury przekreślania za realne zagrożenie. List słusznie zwraca uwagę na prędkość, z jaką internet wydaje osądy na temat często skomplikowanych i złożonych sytuacji osobistych i problemów. Przykładem może być ciągnąca się już kilka lat, kuriozalna historia Johnny’ego Deppa i Amber Heard. Byli małżonkowie stale przerzucają się w oskarżeniach o przemoc. Gdy parę lat wcześniej Johnny Depp został oskarżony o pobicie żony, internauci kierowali nienawistne uwagi w stronę aktora i podpisywali petycję o wyłączaniu go z udziału w produkcjach filmowych. Natomiast w świetle nowych dowodów świadczących o tym, że tak naprawdę to Amber Heard była napastnikiem w małżeństwie, zaraz narodził się hasztag #justiceforjohnnydepp, a internauci zaczęli domagać się zwolnienia Amber z roli w kolejnej części “Aquamana”.

Źródło zdjęcia: aljazeera.com

Kolejnym problemem związanym z kulturą przekreślania, jest różny stopień przewinień atakowanych osób. Niewątpliwie przemocowcy czy seksualni predatorzy powinny ponieść konsekwencje swoich czynów. Jednak trudność pojawia się w momencie, kiedy chodzi na przykład o post lub artykuł opublikowany dekady temu. W lipcu tego roku świat obiegła informacja o tym, że szef komunikacji Boeinga został zwolniony za esej, który napisał 33 lata wcześniej. W eseju twierdził, że kobiety nie powinny zostawać wojskowymi. Chociaż przeprosił, nie zdołał zachować posady, co ponownie zrodziło pytanie: czy cancel culture posunęło się za daleko?

Na łamach “Psychology Today” ukazał się artykuł “Co napędza kulturę unieważniania?”. Jednym z punktów rozważań był fakt, że ludzka natura może wyolbrzymiać wykroczenia moralne.

Autor przywołuje eksperyment, w którym uczestnicy oglądali twarze różniące się w ekspresji – od neutralnych do groźnych. Gdy groźne twarze zaczęły pojawiać się rzadziej, uczestnicy zaczęli przypisywać złowrogie cechy twarzom neutralnym. Jak tłumaczy artykuł, kiedy poszukujemy konkretnych sygnałów, z biegiem czasu zaczynamy rozszerzać definicję tego, czego szukamy, aby pasowało do niej więcej naszych obserwacji. Wyniki eksperymentu z pewnością spodobałyby się osobom, które uważają cancel culture przede wszystkim za polowanie na czarownice.

Właśnie to polowanie na czarownice może także odwracać naszą uwagę od źródła prawdziwego problemu. Gwen Bouvier, profesor na Uniwersytecie Zhejiang, w swoim artykule na temat ograniczeń Twittera jako platformy definiującej kwestie sprawiedliwości społecznej przywołuje historię Kelly Pochy. W 2018 roku Kanadyjka została uwieczniona na wideo, krzycząc rasistowskie uwagi w stronę grupy mężczyzn. Wideo błyskawicznie stało się internetowym viralem, uzyskując ponad 120 tysięcy wyświetleń w niecałą dobę. Twitter zareagował słusznym oburzeniem, kolektywną potrzebą zwalczania rasizmu. Możemy być szczęśliwi, że dochodzimy do momentu, gdy zwiększa się świadomość społeczna i w opinii publicznej nie ma przyzwolenia na nienawistne zachowania.

Jednak jak zauważa profesor, polowanie na zdemonizowane jednostki nie pomaga nam w faktycznym zrozumieniu strukturalnego rasizmu. Nie pomaga w zrozumieniu, dlaczego osoba, która na co dzień tak jak Kelly Pocha może być matką trójki dzieci czy miłą sąsiadką, w złości staje się rasistką.

Cancel culture, jako zjawisko złożone i kwitnące w erze social mediów, pewnie przez długi czas będzie jeszcze przedmiotem gorącej debaty. Niewątpliwie jest przydatne jako narzędzie kontroli pewnych zachowań – na przykład odbieranie immunitetu celebrytom, którzy dopuścili się przestępstw bądź wypowiedziami podżegają do nienawiści. Warto jednak zwracać uwagę na to, za co “anulujemy” daną jednostkę i czy czasem nie jest to tylko formą czerpania przyjemności z pokazywania własnej wyższości moralnej.

Zdjęcie główne: tc.columbia.edu
Tekst: Kasia Wardzyńska

Banner Image Banner Image
Preloader spinner
Print
Print Text
Zobacz więcej
Wybierz region
Facebook