Kto wygra (stary–nowy) finał NBA?

Czy rywalizacja Cleveland Cavaliers z Golden State Warriors rzeczywiście będzie zderzeniem Dawida z Goliatem?
.get_the_title().

Gdyby zahibernować się tuż przed finałem NBA w 2015 roku i na datę wybudzenia ustawić 30 maja 2018, wciąż bylibyśmy w przededniu… tego samego meczu. Cleveland Cavaliers po raz czwarty z rzędu spotkają się bowiem w decydującej serii spotkań najlepszej koszykarskiej ligi świata z Golden State Warriors. Istny „Dzień świstaka”. Mimo wielu narzekań na taki stan rzeczy ze strony spragnionych nowości kibiców, o nudzie czy przewidywalności absolutnie nie ma jednak mowy, zwłaszcza że siedmiomeczowe boje w finałach konferencji (odpowiednio z Boston Celtics i Houston Rockets) solidnie wymęczyły oba teamy, co może rzutować także na przebieg ich bezpośredniej potyczki.

Gdyby wierzyć bukmacherom, rywalizacji Cleveland Cavaliers z Golden State Warriors w ogóle nie byłoby sensu oglądać.

Kurs na zwycięstwo Kawalerzystów daje okazję do solidnego podreperowania stanu portfela, bo, wedle doniesień probasket.pl, wynosi gdzieniegdzie 6,70 przy zaledwie… 1,08 za każdego dolara wpłaconego na triumf Warriors.

Czy jednak różnica pomiędzy tegorocznymi finalistami jest aż tak ogromna? Przede wszystkim będzie to starcie dwóch zupełnie odmiennych filozofii koszykówki.

Cała siła Cleveland tkwi oczywiście w niesamowitym LeBronie Jamesie, na którego barkach spoczywa odpowiedzialność za ofensywne (i nie tylko) poczynania zespołu. Kluczowe pytania są więc dwa. Pierwsze – czy James wykrzesa z siebie jeszcze siły, by po raz kolejny zanotować tak fenomenalne występy jak z Bostonem, gdzie rzucał w meczu chociażby 46 czy 44 punkty? Pytanie drugie – czy koledzy z zespołu, będący w stosunku do niego jednak o jakościową półkę niżej, zmotywowani stawką pojedynku i charyzmą wiecznie głodnego osiągnięć lidera wzniosą się u jego boku na swoje wyżyny? Jeśli oba te warunki będą spełnione, ogranie skazywanych na pożarcie Cavaliers wcale nie musu być dla Golden State formalnością. Tym bardziej, że finały niosą ze sobą nieco inny rodzaj presji, a i zmęczenie długim sezonem może dać się jednym lub drugim we znaki w najmniej spodziewanym momencie. Tak prezentuje się ten nieco bardziej romantyczny, nawet jeśli odrobinę naiwny, scenariusz, w którym zespół na papierze słabszy, ale z niesamowitym liderem, ogrywa faworyta. A jak wygląda wizja nieco bardziej zdroworozsądkowa?

Umówmy się – Golden State Warriors stanowią potężny kolektyw, w którym rolę lidera może równie dobrze odgrywać kilku zawodników, w tym najbardziej do tego predestynowani Kevin Durant i Stephen Curry. Jest to po prostu profesjonalna, wyrachowana maszyna do wygrywania, która w play-offach rozniosła po 4:1 San Antonio Spurs i New Orleans Pelicans, na godnego przeciwnika trafiając dopiero w zażartym starciu z Houston. Nie zapominajmy też, że Konferencja Zachodnia w powszechnej opinii uznawana jest za znacznie bardziej wymagającą od wschodniej i dla wielu sympatyków koszykówki to właśnie starcie z Rockets stanowiło przedwczesny finał NBA.

Tak naprawdę Warriors awans w dużej mierze zawdzięczają nieobecności w składzie rywali Chrisa Paula i ich totalnie absurdalnej serii kolejnych 27 pudeł (!) w rzutach za 3 punkty, która jeszcze długo będzie się śniła fanom Rakiet w koszmarach.

Jak rysowałby się wynik (92:101), gdyby wpadło choć kilka z nich? No właśnie.

Tutaj, w ramach ocieplania wizerunku NBA, dla odmiany kilka najefektowniejszych zagrań z tego spotkania:

Nadzieję Cleveland może zaś dawać to, że przestoje w grze Golden State zdarzały się w tym sezonie kilkukrotnie, gdy nie do końca wiadomo było, kto ma w kluczowych momentach wziąć ciężar gry na siebie. U Kawalerzystów, w chwilach próby tego problemu nie ma i wszystko jest jasne – gramy do LeBrona i jakoś to będzie. Pojawia się jednak inne duże utrudnienie.

Drużynie z Oakland (tak jak przy wszystkich dotychczasowych finałach z Cleveland) sprzyja także terminarz – pierwsze dwa mecze gra u siebie, kolejne dwa na wyjeździe, a potem wszystko będzie odbywać się na przemian – łatwo więc wyliczyć, że ewentualne decydujące siódme starcie Warriors rozegrają przed własną publicznością.

A to naprawdę ogromna przewaga, choć Cleveland jedną twierdzę, bostońską, w decydującym meczu już podbiło, więc czemu historia miałaby się nie powtórzyć.

Jeśli oba zespoły utrzymają swoją hegemonię w kolejnych sezonach (co roku słyszymy: „Nie no, to już na pewno ostatni raz”, a potem wracamy do punktu wyjścia), “prove it” Michaela Jordana może napotkać solidny kontrargument. Przypomnijmy, że w dotychczasowych trzech „wspólnych finałach” Golden State wygrywało w 2015 i 2017 roku (4:2 i 4:1) a Cleveland w 2016 (4:3). Jak będzie tym razem? Pierwsze starcie już jutro, w nocy z czwartku na piątek, o 3:00 czasu polskiego.

Tekst: Wojciech Michalski

SURPRISE