NajlF5sze wideoklipy, cz.1. Korepetycje z wyobraźni

Nasza nowa seria to cotygodniowy rzut pięciu wyjątkowych teledysków, które łączy to, że wszystkie mają wiele wspólnego z motywem przewodnim danego odcinka.
.get_the_title().

Cześć! W ramach serii „NajlF5sze wideoklipy” postaram się w przystępnej formie prezentować wam najciekawsze i/lub najbardziej oryginalne teledyski, na jakie natknąłem się przez lata moich muzycznych przygód. Mam tu zwłaszcza (ale nie tylko) na myśli takie nagrania, których zasięgi są niestety dość skromne, podczas gdy ich audiowizualna jakość często wgniata w fotel.

Każdy odcinek skoncentrowany będzie wokół innego motywu przewodniego zilustrowanego pięcioma klipami.

Byłoby fajnie, gdyby dla osób lubiących sztukę lub po prostu rozkochanych w koncertowych wizualizacjach – w tym i niżej podpisanego – była to choć drobna estetyczna rekompensata na czas przeciągającego się braku możliwości uczestnictwa w występach artystów w wersji live.

Część pierwsza nosi tytuł: „Korepetycje z wyobraźni”, więc właściwie powinienem to wszystko zacząć tak:

Witajcie, nazywam się Wojtek Michalski, jestem żółtą, magnetyczną gwiazdą, która otacza centralny, zielony zamek synchronizacji. Przewodnikiem mi żółty, samoistny człowiek. Po mojej prawicy zasiada czerwony, galaktyczny wędrowiec, po mojej lewicy niebieska, wiodąca moc. Przez życie prowadzi mnie białe, rytmiczne zwierciadło. Jam jest…

Nie no, dobra. Skoro już pośmieszkowaliśmy, to do sedna! A, i pamiętajcie koniecznie o słuchawkach dla zmaksymalizowania bodźców.

1. Syny – „Nag Champa”

Przed wami najprawdopodobniej najbardziej odjechany klip powstały kiedykolwiek na polskiej ziemi.

Twórczość Synów (Piernikowski i 1988) oraz sposób, w jaki panowie wsączają (a w tym przypadku raczej wdmuchują) surrealizm i psychodelię w przestrzeń zapuszczonych, zdezelowanych rodzimych blokowisk i krajobrazów, to rzecz absolutnie unikatowa i w zasadzie już dobro narodowe. W tym kontekście polecam wszystkim artykuł analizującego dorobek duetu Piotra Szweda. Pierwsza część utworu bazuje na charakterystycznym dla grupy stylizowanym hip-hopie, zawieszonym na mrocznym podkładzie i wprowadzającym nas w historię o wytwornicy dymu, która… niewłaściwie użyta może zniszczyć planetę. A to, co dzieje się od 1:43, zasługuje już po prostu na jedno wielkie WOW.

Kalejdoskop świetnie prowadzonych dźwiękiem, coraz bardziej dziwacznych i abstrakcyjnych ujęć sprawia, że za każdym razem, gdy myślimy że to już kulminacja, kolejna scena wyprowadza nas z błędu.

Moje ulubione momenty to m.in. żwawo wędrujący humanoidalny dym oraz kopcące samoistnie kreatury w kapturach wyglądające jak nieślubne dzieci monstrów z „Obcego” i „Anihilacji”. Tak mogłaby wyglądać współczesna, zupgrade’owana wersja „Gozu” Takashiego Miike, gdyby zdecydował się realizować swe dzieło gdzieś na nieodrestaurowanym polskim osiedlu. Primeshit, Białasy!

2. Black Dresses – „Creep U”

Ta surrealistyczna animowana przechadzka po pełnym strachów i dziwów pustym domostwie tak dobrze współgra z bieżącym zeitgeistem, że aż prosi się o uznanie „Creep U” jakimś „covidowym hymnem”. Z kawałka dziewczyn z Black Dresses bije przy tym mocno podszyte melancholią ciepło, które cechowało niegdyś najlepsze noise-popowe czy nawet shoegazowe składy. Znajdziemy tu oczywiście punkt zaczepienia w postaci melodyjnej piosenkowej formuły, którą dla bardziej wymagających słuchaczy ubarwiono też bogatym fakturalnie tłem i przeszkadzajkami, jednak łatwo o wrażenie, że to tylko przykrywka i rozgrzewka, innymi słowy robienie nas przez niemal 3 i pół minuty w balona. Siła utworu tkwi bowiem tak naprawdę w manipulującym percepcją kontraście, który łatwo przeoczyć, a na który chciałbym zwrócić waszą uwagę.

Niewinna, podszyta na wideo świetlnymi smugami partia rozpoczynająca się od 3:20 koi bowiem zmysły i wyłącza czujność, by w chwili, gdy jesteśmy już ukołysani i czujemy się bezpiecznie, „Creep U” mogło bez uprzedzenia uderzyć, ba, wręcz grzmotnąć w nas z całą mocą. Dokładnie od 4:03.

Rzadko zdarza się, że tak efektownie poprowadzona dźwiękiem kulminacja ma dodatkowo aż tak zniuansowane odzwierciedlenie w obrazie. Wszystko się trzęsie, trzeszczy, pulsuje, zakłócenia i dysonanse dekonstruują do reszty świat przedstawiony, a my szukając w tym wszystkim strzępków melodii i porządku możemy poczuć się jak podczas jakiegoś kosmicznego widowiska, gdzie gigantyczne ciała niebieskie wzajemnie się rozrywają. Cudo.

3. KNOWER – „I Must Be Dreaming”

Przy tak gigantycznej ilości muzyki na rynku trudno dziś o zespoły, których brzmienie można odróżnić od pozostałych niemal od razu. KNOWER, dzięki specyficznym progresjom akordowym czy pomysłowo implementowanej do utworów linii basu, niewątpliwie należy jednak do tej drużyny.

Trudno ubrać w słowa cały ten festiwal fantasmagorii związany z „I Must Be Dreaming”, bo grupie udało się stworzyć miks znakomicie odzwierciedlający chaos marzeń sennych, w którym futurystyczność nieustannie przenika się z retro.

Moje pierwsze skojarzenie brzmiało: „Niekończąca się opowieść 2.0”, zwłaszcza jeśli spojrzymy na latanie na samoloto-wilkach (sic!), ale z pewnością każdy będzie miał tu swoje intuicje. Zrobienie czegoś tak nowoczesnego przy wykorzystaniu praktycznie samych najprostszych figur przestrzennych i płaskich, ostentacyjnie wyciągniętych jeszcze na pierwszy plan, jest naprawdę godne podziwu.

4. Soniamiki – „Fantazi”

Prawda, że to fajnie, gdy treść (apoteoza korzystania w życiu z fantazji i wyobraźni) tak pięknie potrafi współgrać z formą? Soniamiki śpiewając, maszeruje jednocześnie jak gdyby nigdy nic z ogromnym lizakiem, a w tle przewijają się przeróżne dziwne postaci – od tancerek, których głowy są przyozdobione ogromnymi pączkami, po trzygłowy chórek żywcem wyciągnięty z jakiegoś anime Hayao Miyazakiego.

Najefektowniej wypadają sceny zbiorowe, urzekające kolorystyką i łagodnym, optymistycznym odrealnieniem.

Kawałek po kilku odtworzeniach potrafi mocno uzależnić, ale że generuje wyłącznie pozytywne emocje, ten nałóg jest jak najbardziej rekomendowany. Zresztą jak można nie traktować „Fantazi” z życzliwością, jeśli zerkając w obsadę trafiamy nawet na informację o tym, kto zagrał Rubinowe Drzewo, Hypno Princessy czy Donuty.

5. Jon Hopkins – „Emerald Rush”

Są takie klipy, które „tańczą” wraz z muzyką. Nadzorujący powstawanie animacji do „Emerald Rush” Robert Hunter i Elliot Dear ewidentnie zrobili wszystko, by uzyskać tu ten efekt.

Repetytywna struktura kawałka stopniowo nabiera rumieńców i przyozdabiana jest w kolejne mikrowarstwy, zaś równolegle postępuje wędrówka zagubionego chłopca przez uniwersum pełne dziwacznych istot stanowiących osobliwe skrzyżowanie duszków ze świetlikami.

Fani “Spirited Away” z pewnością uśmiechną się na ich widok. Obok zaskakującej puenty zwróćcie też uwagę na to, jak pięknie przedstawiono opadanie w bezmiar wszechświata od 2:15. Jeśli ktoś z was zaciekawił się Hopkinsem, a nie miał z jego twórczością dotychczas styczności, więcej o Brytyjczyku pisałem kilka lat temu tutaj. Wspominam tam też obszerniej o innym jego wartym uwagi wideo, czyli o hipnotycznym teledysku do „Open Eye Signal”.

Tymczasem już za tydzień, w drugim odcinku cyklu, zanurzymy się w świecie audiowizualnego turpizmu i obłędu. Do usłyszenia!

Tekst: Wojciech Michalski
Źródło zdjęcia głównego: bok.bialystok.pl

Preloader spinner
Print
Print Text
Zobacz więcej
Wybierz region
Facebook