Czy kłótnie o zawłaszczenie kulturowe nie poszły już za daleko?

Zastanawiamy się, co może być uznane za zawłaszczenie kulturowe i omawiamy kilka przypadków.
.get_the_title().

Parafrazując mistrza Gajosa „Kultura to jest coś takie… ważne dla narodu i w ogóle… to jest takie… to się w pale nie mieści!” Ta kabaretowa definicja wbrew pozorom jest nader prawdziwa. Mamy już kilkaset albo i kilka tysięcy definicji kultury, ale nie potrafimy znaleźć jednej jasnej i zwięzłej. Ważne, że w głębi wiemy, czym ona jest. Zatem gdy nas z niej okradają, rozumiemy, że dzieje się coś złego.

Wspominany termin pojawił się już dawno temu i oznacza zjawisko swoistej kradzieży własności intelektualnej należącej do całej grupy ludzi. Chodzi o kradzież całej Kultury.

Pomysł zrodził się w głowach różnorakich myślicieli, często o poglądach lewicowych. Jego początkowym założeniem było, by docenić ludzi, nie tylko ładne wytworzy ich kultury. By ową kulturę zrozumieć, a nie tylko bezmyślnie kopiować. Zawłaszczenie kulturowe traktowane jest czasem jako forma odseparowania prawowitych spadkobierców od własnych tworów. Forma kolonializmu. Broni się to jeszcze na polu mniejszości, zwłaszcza biorąc pod uwagę USA i ich potrzebę naprawienia dziejowych krzywd, zwłaszcza w kwestii rdzennych Amerykanów oraz Afroamerykanów. Jednakże ta idea obecnie trochę się wypaczyła i każdy bierze sobie z niej to, co mu pasuje, ignorując resztę. Niejeden robi, co może, by wypłynąć na tej coraz gwałtowniejszej fali.

Przykazanie brzmi tak: korzystaj, ale nie kopiuj dobrodziejstw kultury innej niż twoja własna.

Mniejszość powinna zaś wyraziście podkreślać swoje osiągnięcia i w pewien sposób kultywować niezależność. Jeśli ma ochotę, może korzystać z dorobku kultury dominującej. Całość sypie się, gdy dochodzi do wymiany kulturowej między dwoma liczebnymi narodami, czego początkowe założenia w ogóle nie obejmowały. Niech przykładem będzie Polska i Japonia. Gdy użyjesz argumentu, że nie można okraść w ten sposób wielkiego kraju, wielkiej kultury, owi myśliciele z miejsca powiedzą, że można. Przedstawiciele, których pytałeś są nieświadomi tejże kradzieży, nie rozumieją jej. W moim odczuci brzmi to mocno obraźliwie. Całość debaty o zawłaszczeniu kulturowym stała się polem przepychanek na temat fryzur, kolczyków, makijażu czy odzienia, a dodatkowo ma w sobie mnóstwo dziur i nieścisłości. Czy Włoch może trenować wu-shu? A jeśli tak, to czy musi przestać, jeśli nie spodoba się to chińskiej mniejszości we Włoszech? Albo czy w Polsce można pić herbatę? Początkowo więc idea była szczytna. Wymyślony przez przedstawicieli większości termin miał chronić kulturę mniejszości, a przede wszystkim zmusić do myślenia.

Pora na przykłady. Zacznę od starego, ale będącego dobrym wstępem do dalszych rozważań. Tym bardziej, że rzecz, o której mowa do dziś staje się punktem zapalnym w dyskusjach o zawłaszczeniu.

Być może pamiętacie o tym, jak Victoria’s Secret musiało przeprosić za użycie pióropusza Indian amerykańskich w trakcie pokazu. Tutaj jeszcze widać zachowaną ideę, by w prezentacji bielizny nie wykorzystywać symbolu dumy innej kultury. Zwłaszcza będącej mniejszością i nie mającej dużych wpływów. W końcu pióropusz miał niemałe znaczenie dla wielu plemion rdzennych Amerykanów, których historię z grubsza wszyscy znamy. Przejawy takiej mniejszościowej kultury można więc konsumować, ale nie kopiować. Na ten przykład słuchać reggae, ale nie grać. Podziwiać, ale nie używać. Mniejszość zaś według uznania może korzystać z dobrodziejstw kultury dominującej. Czyli, teoretycznie, Polak nie powinien otwierać wietnamskiej restauracji w naszym kraju, ale jak najbardziej ma prawo w takich jadać, jeśli prowadzone są przez przybyszów z Wietnamu.
Nie tak dawno, bo z początkiem maja, nastolatka borykała się z atakami białych Amerykanów za włożenie na bal maturalny sukienki przypominającej chińską. O ile wspomniane wydarzenie z pióropuszem spełnia jeszcze założenie ochrony pewnej pokrzywdzonej, ginącej mniejszości – czy to już nie brzmi protekcjonalnie? – tak nie wiem, czy można okraść z czegoś tak potężny naród jak Chiny. Naturalnie znaleźli się przedstawiciele mniejszości, którym wybór Amerykanki się nie spodobał, ale równie wielu poprało jej decyzję – także w samych Chinach, jeśli wierzyć szybkiej sondzie ulicznej przeprowadzonej na jednym z kanałów na Youtubie.

Idźmy dalej. Japonia kopiuje wszystko, co zachodnie, od Halloween po Święta Bożego Narodzenia, choć tak naprawdę ich nie obchodzą. Tak samo, jak my czasem kupujemy lalki Darumy. Teoretycznie rozumiemy ich znaczenie, ale nie budzą w nas emocji, gdyż jest to ciekawy, ale obcy element.

Japończycy też lubią naszą zachodnią kulturę jako coś egzotycznego, więc kopiują wszystko, co im się podoba i kojarzy z Zachodem.

Tym bardziej, że potrafią mieć nieziemską fantazję, zwłaszcza w mandze i anime.
Bardzo często, gdy piszę o herbacie czy prezentuję na Instagramie moją fascynację kulturą Kraju Kwitnącej Wiśni dostaję drobne wyrazy uznania. Ktoś tam w dalekiej Polsce docenia piękną tradycję picia herbaty, związaną z nią filozofię. Tak samo ja się cieszę, gdy znany vloger prezentuje festiwal kultury Polskiej w Tokio.
Kolejne przykłady? „Egzotyczne” fryzury na pokazach mody. Elementy garderoby zaczerpnięte z innej kultury. Jak w przypadku kolekcji Gucci i turbanów sikhów. Turbanów, a dokładnie stylów ich wiązania istnieje cała masa. Bywają takie o znaczeniu religijnym i takie, które są tylko nakryciem głowy. Wykonane henną zdobienia ciała, i tak dalej, i tak dalej. Kilka dni temu trafiłem na tekst, że Nicki Minaj przywłaszczyła sobie elementy kultury azjatyckiej. Co już samo w sobie brzmi specyficznie i dość… ignorancko. Japonia, Chiny, Mjanma i Wietnam to jedna i ta sama kultura? Można to naturalnie traktować przez analogię do „kultury europejskiej”, ale… Dodam, że gdzieś wyszperałem, że nazwisko Minaj wywodzi się od słowa Maharaj.

Na koniec warto by pokusić się o jakieś podsumowanie, konkluzję.

Czy można okraść kogoś z kultury? Można co najwyżej zaadaptować coś powierzchownie.

Jak Japończycy elementy Bożego Narodzenia, jak niektórzy mieszkańcy Zachodu wspomnianą lalkę Darumy. W swych ojczyznach oba zwyczaje nadal trwają i mają się dobrze. O ile w przypadku mniejszości całość ma jeszcze sens, tak stawianie całej szeroko pojętej kultury Chińskiej, Japońskiej czy Hinduskiej na pozycji wymagającej ochrony ze strony Zachodu brzmi… rasistowsko. Do tego patrząc na bardzo swobodne zapożyczenia z kultury Europy i USA, nie wydaje mi się, by np. wspomniani Japończycy przesadnie interesowali się kwestią kradzieży kulturowej. Bo i co to znaczy? Wszak w ramy kultury wpisuje się każdy twór. Dorobkiem danej kultury jest także technologia czy filozofia.

Idea zawłaszczenia kulturowego przerodziła się w przepychankę. Co ciekawe głównie w USA, gdzie stronami sporu są Afroamerykanie, rdzenni mieszkańcy kontynentu i reszta. Przeważnie też chodzi o elementy wizualne albo muzykę. Makijaże, strój, fryzury. Doszło nawet do tego, jeśli wierzyć jednemu z lifestylowych magazynów, że sprawą zainteresowało się ONZ. Zawłaszczenie kulturowe nie stanowi jeszcze przestępstwa w świetle prawa – autorskiego? – gdyż kultury mają to do siebie, że się przenikają. Gdybyśmy rozebrali je na czynniki pierwsze, okazałoby się, że wszystkie są mieszanką tych ościennych i tych dalszych.
Choćby tradycja picia mojej ukochanej herbaty przebyła długą drogę od czasów jej odkrycia gdzieś dawno temu w Chinach, zanim trafiła do Polski. Zatem, czy mogę zaparzyć gyokuro w gaiwanie?

Tekst: Niko

Preloader spinner
Print
Print Text
Zobacz więcej
Wybierz region
Facebook
Age: