Pawbeats: “Wreszcie ktoś postawił na nowatorskie systemy nagłośnieniowe”

Pawbeats, znany polski producent i kompozytor, wspomina najlepiej nagłośnioną imprezę DIY tego roku - Desperados Sound Stage.
.get_the_title().

30 kwietnia w Amsterdamie miał swoją premierę Sound Stage – piąta już impreza w ramach projektu Desperados „Inner Tequila Studio”. Wszystkie z nich, o czym pisaliśmy niedawno tutaj, skoncentrowano wokół bezprecedensowego przesuwania granic w zakresie eksperymentowania z muzyką we własnym stylu. Podniebna impreza w samolocie, pędzący pociąg, w którym odbywał się koncert Mount Kimbie czy sety DJ-skie prosto z zawieszonych nad ziemią balonów, stanowiły prawdziwy pokaz możliwości i kreatywności.

Wspomniany wyżej Sound Stage to najnowsze przedsięwzięcie Desperadosa. We współpracy z popularnym w światku muzyki tanecznej KiNKiem, godzącym tu rolę DJ-a i producenta, wokół imprezującej publiczności usytuowano osiem mobilnych systemów dźwiękowych, które stworzone zostały przez artystów pochodzących m.in. z Niemiec, Holandii, Francji i Wielkiej Brytanii. Do ich budowy wykorzystano m.in. tłumiki, elektroniczne bębny olejowe, a nawet konstrukcje całych samochodów. Zobaczcie, jaką atmosferę udało się dzięki temu wytworzyć.

W tym niezwykłym wydarzeniu uczestniczyli także influencerzy z całego świata, którzy otrzymali dodatkowo możliwość dołożenia swojej muzycznej cegiełki do tej brzmieniowej różnorodności.

Jednym z polskich wysłanników był kompozytor i producent Marcin Pawłowski, szerzej znany jako Pawbeats, z którym ucięliśmy sobie krótką pogawędkę na temat jego wspomnień z Sound Stage.

Emocje po Sound Stage z pewnością zdążyły już nieco opaść. Jak, z perspektywy czasu oceniasz ten projekt?

To było zdecydowanie bardzo pozytywne i inspirujące doświadczenie. Poznałem tam wielu naprawdę świetnych muzyków z różnych stron świata. Być może w przyszłości zaowocuje to jakąś międzynarodową współpracą?

Jak to się stało, że jako jeden z wybrańców trafiłeś na ten eksperyment muzyczny Desperadosa do Amsterdamu?

Czasami sam się zastanawiam, ale wydaje mi się, że polska ekipa Desperadosa dotarła jakoś do mojej twórczości, zapoznała się z ideą, z jaką wędruję przez ten muzyczny świat, i uznała, że być może podołam wyzwaniu, które będzie tam na mnie czekało.

Czy przedsięwzięcie można uznać za innowacyjne i przełomowe?

Postawienie nacisku na nowatorskie systemy nagłośnieniowe to na pewno innowacja w organizacji eventów.

Dotychczas uwaga ludzi skupiała się na wykonawcach i na ich wizerunku, tym razem po raz pierwszy w mojej karierze w końcu miałem do czynienia z tak wspaniale wyeksponowanymi sound systemami.

Jaki był twój bezpośredni wkład w Sound Stage? Opowiesz nam, jak od strony technicznej w praktyce przebiegała kooperacja różnorodnych systemów dźwiękowych?

Każdy z zaproszonych artystów – czy, szerzej mówiąc, influencerów – miał za zadanie obsługiwać jeden z ośmiu systemów, który zawierał jakiś elektroniczny instrument lub generator dźwięku. Na przykład odpalenie padów, które miały nałożony filtr górno- lub dolnoprzepustowy. Wszystko odbyło się niemalże bez próby, ale wyszło doskonale.

Czy etos DIY jest dla ciebie ważny także we własnej działalności produkcyjnej i kompozycyjnej?

Dawniej byłem zdecydowanie zapatrzony w ten etos, aż przesadnie, bo za wszelką cenę chciałem być jedynym twórcą swojej muzyki, nie chciałem nawet, by ktokolwiek dogrywał jakąkolwiek nutkę. Dziś znalazłem kompromis i to właśnie kooperacja z innymi muzykami i możliwość konfrontacji daje mi najwięcej przyjemności. Wciąż to co robię jest jednak zdecydowanie autorskie i wpasowuje się w hasło DIY.

Co w trakcie Sound Stage zaskoczyło cię najbardziej?

Byłem zdumiony poziomem organizacji – miałem wręcz „spersonalizowany” pokój – po wejściu zobaczyłem mnóstwo upominków, na lustrze wisiał plakat z moim wizerunkiem, płyta winylowa, na którą później został nagrany nasz występ – wspaniałe podejście. Podpatrzyłem i przy okazji swoich koncertów będę pamiętał, że tak można!

KiNK okazał się fajnym gościem?

To bardzo kontaktowy człowiek, który podchodził do swoich nowych kompanów z ogromnym szacunkiem. Mieliśmy okazję porozmawiać przez kilkanaście minut o produkcji muzyki elektronicznej. Obaj lubimy podróżować, więc trudno nam było się nie rozgadywać, jednak czasu było niewiele.

Zdradzisz nam jakieś barwne ciekawostki zza kuluarów?

Nie było takich, mieliśmy dosyć mało czasu i wszystko było zaplanowane z góry. I „niestety” – było jak w zegarku.

Czy sądzisz, że Sound Stage może wytyczyć szlak dla organizatorów dużych imprez – także festiwali – w (tej bliższej i dalszej) przyszłości?

Tak jak wspomniałem wcześniej, ja sam wyciągnę jakąś lekcję dla siebie. Niejeden obecny tam organizator imprez mógłby zwrócić uwagę na to, z jaką pieczołowitością wszystko było przygotowane.

TU I TERAZ