“Soma 0,5 mg” – płyta nagrana jak pod SEO. Pożywka dla krytyki, czy przyzwoity album?

Czy płyta Taconafide to faktycznie wielkie wydarzenie dla polskiej muzyki, nie tylko pod względem cyferek na wyświetlaczach kanałów streamingowych? A może rację mają krytycy, którzy sugerują, że to słodka wydmuszka? Sprawdzamy.
.get_the_title().

Powiedzmy to sobie wprost – choć znajdzie się wielu, którzy będą wypierać ten fakt – premiera „Somy 0,5 mg” to najważniejsze wydarzenie na polskim rynku fonograficznym w 2018 roku. Ba, nawet sięgając do bliskiej przeszłości, ciężko wskazać przedsięwzięcie muzyczne, które w ostatnich latach cieszyłoby się zainteresowaniem tak wielu mediów, często o różnym profilu, a jednocześnie biło rekordy słuchalności. I trudno również wymienić na tę chwilę innych artystów z rodzimego podwórka, którzy mogliby w ciągu najbliższych kilku miesięcy zmienić ten stan rzeczy.

Fenomen Taconafide to żyzna gleba i okazja do złapania lajków czy przyciągnięcia uwagi zarówno dla twórców memów, krytyków, jak i wszelkiej maści serwisów – od muzycznych, przez lajfstajlowe, aż po wysoko nakładowe tygodniki i dzienniki. I nawet ci, którzy ostentacyjnie wyrażają swoje niezainteresowanie płytą tego duetu, także nie mogą się powstrzymać od oznajmienia tego głośno światu. Skąd te emocje? To proste. Zwykle w naszym kraju tak dużą popularnością cieszą się albo wykonawcy disco-polo, którym z oczywistych względów nie poświęca się wiele miejsca, przynajmniej na łamach liberalnych mediów, albo reprezentanci hip-hopu rozpoznawalni wśród młodszych odbiorców, często nieatrakcyjni dla prasy czytanej przez 30- i 40-latków. Ich wszystkich niezainteresowany może zbyć drwiącym uśmieszkiem lub ignorancją. Ale gdy najgłośniejszą płytę wypuszcza dwóch gości o bardzo świeżym wizerunku, z czego jeden z nich był określany głosem prekariatu i do obdarzonych kapitałem kulturowym puszcza oko odniesieniami do Francoisa Ozona czy Federico Felliniego, niektórym włącza się lampka ostrzegawcza. I prześwietlają to zjawisko bezlitośnie. Na wylot.

Wszystko powyższe odnosi się oczywiście do marketingowych i socjologicznych aspektów szumu wokół „Somy 0,5 mg”. Ale jaka pod względem muzycznym jest ta płyta? Czy faktycznie – jak sugeruje wielu krytyków – to słodka wydmuszka, z tekstami, które mogłyby pełnić rolę „inspirujących cytatów” na obciachowych grafikach przesyłanych w internecie przez nasze babcie? Spróbujmy podejść do sprawy sprawiedliwie.

Po pierwsze, produkcja. Do swojego przedsięwzięcia Quebo i Taco zaangażowali głównie młodych producentów (typu duet Michał Graczyk X 2K czy Pham) i twórców znanych z wycieczek poza gatunkowe ramy (jak Duit czy FORXST).

Brzmienie jednak jest dość zachowawcze, choć oczywiście silnie sprzężone z aktualnymi trendami.

Mocno syntetyczne i przestrzenne podkłady nie zawsze są wdzięcznym polem dla dość matowego głosu Szcześniaka, choć lepiej mu idzie we fragmentach melorecytowanych i wtedy, gdy na głos nałożone są efekty. Cały klimat albumu miejscami zdradza fascynacje rapem z Kanady, jak Drake czy Tory Lanez (właściwie „Tory Lejns”, czego Taco nie chce tłumaczyć fanom), co oczywiście budzi wiele podejrzeń w kontekście bliźniaczego podobieństwa „Kryptowalut” do „Litty”. Z drugiej strony nie da się nie odczuć na „Somie 0,5 mg” inspiracji falą emo rapu, co przejawia się nie tylko w dźwiękach gitary – jej główni reprezentanci, jak zmarły w ubiegłym roku Lil Peep czy XXXTenctaction, są przywoływani również w tekstach.

No właśnie, jeżeli już o liryce mowa, musimy wrócić do tych samych punktów odniesienia. Bo Taconafide, zwłaszcza w wykonaniu Szcześniaka, próbuje na polskie warunki przełożyć to, co Borys Dejnarowicz w świetnym tekście dla Dwutygodnika pt. „Smutny jak Drake” nazwał odrętwieniem i duchową pustką stojącą za ułudą „celebryctwa”.

Mimo naszpikowania całej płyty przechwałkami dotyczącymi pieniędzy i fejmu, z tekstów bije przygnębienie i poczucie izolacji.

I to akurat wydaje się szczere, bo jest naturalną konsekwencją kariery, choć ta forma może być dla wielu ciężka do zaakceptowania. Zwłaszcza dla tych, którzy u Taco doszukiwali się zrębów społecznego zaangażowania i prób uchwycenia ducha generacji – teraz zostało tylko ego i miłosne rozterki. I nawet jak w jego tekście pojawia się bezdomny, to nie ma on imienia ani twarzy. To po prostu ktoś komu Fifi daje na wódę, bo sam nikogo nie ocenia i też nie chce być oceniany. Przejdźmy zatem do oceny.

Dlaczego tak mało w tym tekście o Quebo? Bo na Taconafide to on pozostaje w cieniu, także wtedy, gdy sięga po swoją niby-dominującą, emocjonalną, egzaltowaną manierę wokalną (na szczęście dla uszu słuchacza jest jej na debiucie tego duetu mniej niż na „Egzotyce”). Dużo częściej serwuje także grafomańskie wersy, a to właśnie pretensjonalność jest największą wadą „Somy 0,5 mg”. Doskonałą tego egzemplifikacją jest utwór „Mleko & Miód” (przez chwilę mieliśmy nadzieję, że to może ironiczne nawiązanie do nieznośnej insta-poezji Rupi Kaur, ale w praktyce wychodzi na to, że to, o zgrozo, szczery follow-up). I choć niewątpliwa lekkość pisania Taco Hemingwaya ciągle jest na tym projekcie słyszalna, to zbyt często raper daje się ponosić pustym frazom i nurzać w sprawdzonym, acz wysłużonym już zestawie rekwizytów (wino, Republika, porywy serca). I nie żeby to był wyjątek wśród raperów – tutaj po prostu te atrybuty prezentowane są z napuszeniem, niestety w przeważającej większości bez cienia dystansu (na ten za to porywa się Quebo – za porównanie się do Wiśniewskiego i Biebera należy mu się plus).

Czym jest zatem „Soma 0,5 mg”? Przede wszystkim produktem skazanym na sukces. I słychać, że świadomość tego faktu udzielała się chłopakom przy tworzeniu – płyta brzmi bowiem jakby została napisana pod SEO (bitcoin, smog, polski Vogue, niehandlowe niedziele czy samotność w wielkim mieście to tylko kilka z aktualnych i “klikalnych” tematów, które znajdziemy na albumie). Można zatem pogratulować chłopakom wyczucia i odnalezienia klucza do serc polskich słuchaczy.

Ale czy projekt Taco i Quebo to rzeczywiście rzecz, która zmieni polską muzykę? Nie. Czy to więc album, który zasługuje na srogie baty od krytyki i najniższe oceny recenzentów? Też nie. Panowie muszą po prostu pogodzić się z tym, że dokonania markowane ich ksywkami stały się dla wielu wyznacznikiem przynależności do danej grupy odbiorców, a wielu a priori będzie reagowało na każdy przejaw ich medialnej obecności sprzeciwem. No ale to w końcu także cena sukcesu.

PS. Warto sprawdzić dodatek do właściwej „Somy”, czyli „Somę 0,25 mg”. Znalazły się tam wersje utworów z gościnnym udziałem innych raperów (i Dawida Podsiadło). Można tam trafić m.in. na przyzwoite zwrotki Kaza Bałagane i Palucha.

Tekst: Rafał Krause

TU I TERAZ