Subtelny kolonializm komunistyczny – czyli jak Chiny przejmują władzę nad światem

Lata po zakończeniu zimnej wojny między ZSRR a USA, pojawił się nowy konflikt ideologiczny i gospodarczy, który definiuje strefy wpływów na świecie. Największe supermocarstwa – Chiny i USA – walczą o prymat na arenie międzynarodowej. Jak wygląda walka na styku filozofii i ekonomii?

Stany Zjednoczone już od dłuższego czasu uznają Chiny za swoje największe zagrożenie. Przyglądają się uważnie swojemu sąsiadowi zza Pacyfiku, analizując jego kolejne ruchy i dążenia. Co łączy Demokratów i Republikanów, a więc i Donalda Trumpa, i Joe Bidena, to ich postawa wobec Chin. Nie było nigdy tajemnicą, że mimo robienia wielu interesów, Trump był krytykiem polityki chińskiej i jej agresywnego ekspansjonizmu. Kontynuacja tej polityki była widoczna już w pierwszych godzinach po zaprzysiężeniu Bidena – zarówno Mike Pompeo, jak i Anthony Blinken, sekretarze stanu odpowiednio Trumpa i nowego prezydenta, wprost potępili ludobójstwo mniejszości ujgurskiej dokonywane przez władze w Pekinie od 2014 roku.

Biden niedawno przedstawił swoje ‘Wytyczne dotyczące bezpieczeństwa narodowego’, w których pisał o Chinach, jako o ‘jedynym konkurencie potencjalnie zdolnym do połączenia swojej potęgi gospodarczej, dyplomatycznej, militarnej i technologicznej, aby stworzyć stałe wyzwanie dla stabilnego i otwartego systemu międzynarodowego’, zwracając tym samym uwagę na to, kto będzie rywalem Amerykanów przez najbliższe lata (jeśli nie dekady).

Image

Joe Biden

Prezydent USA

Wierzę, że jesteśmy w środku historycznej i fundamentalnej debaty o przyszłości kierunku naszego świata. Są tacy, którzy twierdzą, biorąc pod uwagę wyzwania, przed którymi stoimy, że autorytaryzm jest najlepszą drogą do przodu… Musimy udowodnić, że nasz model nie jest reliktem przeszłości; to jedyna i najlepsza droga, aby zrealizować obietnicę naszej przyszłości.

Spór o wartości

Podczas kampanii wyborczej Biden obiecywał, że amerykańskie wartości będą w centrum polityki dotyczącej Chin. Obecnie wzywa demokracje świata do wspólnej rywalizacji, uznając, że demokracja jest najbardziej fundamentalną zaletą każdego z demokratycznych krajów. Chiny właściwie robią to samo, lecz w kwestii rządów autorytarnych – zwiększają swoją strefę wpływów, biorąc na sztandar kwestię swoich wartości. Dlaczego to filozofia jest tu ważna? Żeby nawet kraje, które nie są zagrożone ekspansją któregoś z mocarstw, czuły się zobligowane, aby obrać swoją stronę w tym sporze.

Nie jest też tajemnicą, że Xi Jinping, prezydent Chin, sądzi podobnie o Stanach Zjednoczonych, gdy w mowach do Komunistycznej Partii Chin, opowiada o koniecznym zwycięstwie idei Marksa i Engelsa oraz o nieuchronnej porażce kapitalizmu.

Widać więc powiązanie pomiędzy polityką chińską a amerykańską – fasadą i być może fundamentem całej wojny jest spór filozoficzny. Rozgrywa się on jednak w sferze gospodarczej.

Część administracji Trumpa, szczególnie strateg Steve Bannon, mówiła o konieczności ustalenia bardzo wysokich standardów poszanowania praw człowieka i ekologii u partnerów handlowych USA, co w praktyce prowadziłoby do zerwania stosunków handlowych z Państwem Środka. Jednakże w głównym nurcie polityki amerykańskiej panuje, zdaje się, konsensus o utrzymaniu, a wręcz głębszym powiązaniu gospodarczym pomiędzy mocarstwami. Na czym polega problem? Chiny nie potrzebują krajów demokratycznych. To kraje takie jak Stany Zjednoczone nie chcą rezygnować z chińskiego rynku. Dzięki temu Xi Jinping nie tylko rozdaje karty, ale też ustala zasady gry. Jeśli ma dojść do zerwania stosunków handlowych, to tylko na zasadach Pekinu – przykładowo Chińczycy uzależnili Australię od swojego importu, aby zerwać umowy handlowe wskutek nieprzychylnych Chinom artykułom w mediach. Co mają więc zrobić przedsiębiorcy, jeśli chcą się rozwijać z wykorzystaniem rynków chińskich? W teorii muszą zadowalać zarówno swój rząd, jak i rząd chiński, w praktyce – tylko chiński. Spójrzmy na kilka przykładów.

Wypowiedzi, które są przeciwko polityce 'One-China', tj. odnoszące się do niepodległości m.in. Tajwanu, Hongkongu czy Tybetu, są dla Chin kwestią bezkompromisową.

Microsoft, NBA, Christian Dior

W chińskiej wersji Bing, wyszukiwarki Microsoftu, nie wyświetlają się wyniki dla frazy ‘tank man’. Powinna ona odsyłać do słynnego zdjęcia mężczyzny blokującego czołgi podczas protestów na placu Tiananmen. W dniu 32. rocznicy wyniki były także zablokowane dla użytkowników poza Chinami – m.in. w Niemczech, Francji czy Szwajcarii. Według Microsoftu sytuacja jest wynikiem ludzkiego błędu i została szybko naprawiona, niemniej użytkownicy poza Chinami mieli przez chwilę możliwość przeżycia na własnej skórze tego, jak sprawnie amerykańska firma zajmuje się antydemokratyczną cenzurą w totalitarnym kraju. Bing Microsoftu jest jedną z niewielu wyszukiwarek dostępnych w Chinach, ponieważ zgodził się na niewyświetlanie wyników dla takich fraz, jak ‘Dalaj Lama’, ‘Tiananmen Square’ czy ‘Falun Gong’.

W 2019 roku menedżer Houston Rockets, Daryl Morey, napisał tweeta ze wsparciem dla protestujących w Hongkongu. Mimo że tweet został szybko usunięty, a Morey zaznaczył, że są to jego poglądy, a nie oficjalne stanowisko Houston Rockets czy NBA, należało się spodziewać odpowiedzi ze strony Chin. Była ona bardzo drastyczna – państwowy nadawca telewizyjny CCTV oraz platforma streamingowa Tencent z miejsca zawiesiły transmisję NBA w Chinach i ostatecznie nie pokazały żadnych meczów przedsezonowych. Tymczasem koszykówka jest w Chinach niesamowicie popularnym sportem – szacuje się, że NBA w tym kraju ogląda nawet pół miliarda osób, czyli więcej niż zamieszkuje Stany Zjednoczone. Jasne jest, że z tak olbrzymiego rynku NBA nie chce zrezygnować. Tym samym władze ligi wystosowały oświadczenie twierdzące, że tweet Moreya ‘głęboko obraził naszych przyjaciół i fanów w Chinach, co jest godne ubolewania’, a władze Houston Rockets zdystansowały się od wypowiedzi menedżera, w której wyraził on poparcie dla demokracji i niepodległości Hongkongu.

Podobna sytuacja spotkała Christiana Diora. Firma zamieściła na chińskiej platformie Weibo nagranie, na którym przedstawiona była mapa Chin – jednak brakowało na niej Tajwanu. Biorąc pod uwagę wartość rynku towarów luksusowych w Chinach, który szacuje się na 23 miliardy dolarów, Dior nie może (tj. nie chce) sobie pozwolić na kwestionowanie roszczeń terytorialnych Chińskiej Republiki Ludowej. Dior oczywiście stwierdził, że jest to błąd i przeprosił. W oświadczeniu przeczytamy, że: ‘Ta firma chce podkreślić: takie zachowanie nie reprezentuje stanowiska firmy. Dior ostatecznie szanuje i podtrzymuje zasadę One-China, ściśle chroni suwerenności i integralności terytorialnej Chin oraz ceni uczucia narodu chińskiego’.

Przypomnijmy, że Tajwan jest krajem niepodległym i w 1949 roku przeniósł się na wyspę u wybrzeży Chin po zwycięstwie komunistycznych rebeliantów na kontynencie. Do 1971 roku Tajwan reprezentował Chiny w ONZ.

Photo by Christian Mendoza on Unsplash.

Hongkong, w którym na przełomie 2019 i 2020 roku trwały antychińskie protesty, jest szczególnie drażliwym tematem.

Tiffany, Swarovski, Versace

Firma jubilerska Tiffany & Co. opublikowała na Twitterze zdjęcie chińskiej modelki, ubranej w biżuterię Tiffany, zakrywającej przy tym jedno oko. Brzmi niekontrowersyjnie, prawda? Nie, jeśli jesteś chińskim cenzorem i musisz być wyczulony – uznano, że gest zakrywania oka przypomina akcję protestujących w Hongkongu, którzy zaklejali oczy bandażem w solidarności z oślepioną podczas protestów lekarką. Tiffany poinformowała, że sesja zdjęciowa miała miejsce jeszcze przed początkiem protestów, lecz mimo to zdjęła zdjęcie, aby nie obrazić chińskich klientów. – Żałujemy, że może to być tak postrzegane, w zamian usunęliśmy grafikę z naszych kanałów i nie będziemy już jej używać – ogłosiła firma.

O kwestię Hongkongu rozbili się także Swarovski oraz Versace. Swarovski na swojej stronie nazwał to półautonomiczne miasto krajem, natomiast na jednej z koszulek Versace, która wyliczała szereg miast z całego świata, koło ‘Madrid, SPAIN’ można było przeczytać ‘Hong Kong, HONG KONG’. Obie firmy oczywiście przeprosiły bardzo szybko i żarliwie, z nadzieją, że nie stracą dostępu do chińskiego rynku. Po tej sytuacji ze współpracy z Versace zrezygnowała jedna z ambasadorek marki – Yang Mi, pisząc: ‘Zastrzeżenie: W każdym momencie integralność terytorialna i suwerenność Chin są święte i nienaruszalne, a nawet bardziej nierozłączne!’ Donatella Versace osobiście opublikowała przeprosiny po chińsku oraz po angielsku.

Photo by Rachael Henning on Unsplash.

Reakcja władz chińskich jest natychmiastowa, a odpowiedzi firm stanowcze – cenzorom lepiej nie podpadać.

Calvin Klein, Marriott, Blizzard

Calvin Klein sklasyfikował na swojej stronie Hongkong, Makau oraz Tajwan jako osobne kraje. Makau, podobnie jak Hongkong, jest miastem półautonomicznym, zależnym od Pekinu w kwestiach militarnych, lecz posiadającym swój system prawny, administracyjny, gospodarczy oraz monetarny, ma też swoich własnych delegatów do organizacji międzynarodowych. Tak jak Hongkong był niegdyś kolonią brytyjską, tak Makau było kolonią Portugalii. W oświadczeniu na Weibo Calvin Klein stwierdził: ‘Calvin Klein całkowicie szanuje i uznaje integralność chińskiej niepodległości i chińskiego terytorium’.

W kwestionariuszu do swoich klientów sieć hoteli Marriott wyszczególniła Tajwan, Hongkong, Tybet oraz Makau jako osobne kraje. Odpowiedź Chin była szybka – Szanghajska Administracja Cyberprzestrzeni wszczęła śledztwo dotyczące potencjalnego złamania zabezpieczeń i praw reklamowych, przez co Marriott musiał zdjąć swoją stronę oraz swoją aplikację na tydzień. Ówczesny CEO Marriott International, Arne Sorenson, publicznie przeprosił władze chińskie za tę sytuację.

Hongkoński gracz e-sportowy, znany jako Blitzchung, został zawieszony jako sportowiec na rok i usunięty z turnieju organizowanego przez Blizzard Entertainment, po tym jak wyraził swoje wsparcie dla protestów w Hongkongu. Blitzchung pojawił się na turnieju w masce przeciwgazowej i wykrzyczał: – Wyzwólcie Hongkong, rewolucję naszych czasów! Reakcja Blizzarda była ostra i natychmiastowa – poza wspomnianymi karami, gracz otrzymał grzywnę równą jego wygranej na turnieju, a nagrania z wydarzenia zostały usunięte z kanału firmy.

Photo by kyle smith on Unsplash.

Amerykańscy producenci bez przerwy stąpają po cienkim lodzie, uwijają się, żeby nie urazić wyczulonego na przytyki narodu chińskiego.

Hollywood

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego postaci LGBT+ z komiksów Marvela nie są postaciami LGBT+ w filmach Marvela? Dlatego, że chińscy cenzorzy opublikowali dokument z wytycznymi, które zakazują pokazywania w Chinach ‘ciemnej strony społeczeństwa’ oraz ‘wulgarnej, niemoralnej i niezdrowej treści’. Niedawno w serialu ‘Loki’ pojawił się jednak wątek możliwej biseksualizmu tytułowego bohatera – z czasem przekonamy się, czy ta krótka linijka dialogu zostanie wycięta, gdy (lub jeśli) niedostępny obecnie w Chinach Disney+ trafi na ich rynek, tak jak wycięty został wątek homoseksualny w Pixara ‘Naprzód’ w Rosji oraz niektórych krajach bliskowschodnich.

Wątki LGBT+ nie są jedynymi, o których decydują w amerykańskich filmach Chińczycy. Z nadzieją na dystrybucję w Państwie Środka, które pozwala jedynie na 34 zagraniczne filmy rocznie, producenci blockbusterów z całego świata (lecz głównie z USA) prześcigają się w umizgach do cenzorów, którzy są ostatnią przeszkodą na drodze do wartego miliardy dolarów rynku. Dlatego w globalnych superprodukcjach nie uświadczymy żadnych chińskich antagonistów, żadnych martwych Chińczyków, żadnej krytyki chińskiego sprzętu, firmy czy obywateli. Wytyczne są na tyle niejasne, że cały proces zatwierdzania przez cenzorów jest nieprzewidywalny i wszystko może okazać się ryzykowne – przykładowo dopuszczony ostatecznie film ‘Mission: Impossible 3’ podczas projekcji w Szanghaju musiał mieć wyciętą scenę, w której widać suszące się na zewnątrz ubrania. Był to rzekomo negatywny obraz Szanghaju, jako miasta, w którym nie stać ludzi na automatyczne suszarki. Ze ‘Skyfall’ natomiast zniknęła scena, w której James Bond zabija chińskiego strażnika, ponieważ cenzorzy nie dopuszczali pokazania na ekranie śmierci Chińczyka z rąk obcokrajowca.’Karate Kid’ z 2010 roku, mimo że powstał w koprodukcji z firmą chińską, a jego scenariusz zatwierdzony przez rządową instytucję, został pierwotnie zakazany w Chinach, ponieważ antagonista był Chińczykiem. Wersja 3D ‘Top Guna’ została natomiast odrzucona, bo… film przedstawiał militarną dominację USA.

Chiny w większości przypadków nie muszą interweniować i cenzurować filmów – poprzez wytyczne, które regulują, co dostanie się, a co nie dostanie na jeden z największych rynków świata, Amerykanie robią to za nich. Sami cenzurują się podług polityki chińskiej, aby otrzymać jak najlepsze daty premier i możliwość na kampanię reklamową. Kluczowym składnikiem tej globalnej strategii cenzorskiej jest bezkompromisowość Xi Jinpinga – albo robicie po naszemu, albo wcale, łaski bez.

Złą wieścią dla Hollywoodu jest plan Chin na rozwój własnego kina na miarę ‘chińskich Avengersów’ – oznaczać to będzie, że właściwie nie będą oni potrzebować zagranicznych blockbusterów, aby zapełnić swoje kina. Zresztą już teraz chińskie filmy radzą sobie naprawdę bardzo dobrze i osiągają wyniki w box office podobne do hitów amerykańskich. Ponadto rośnie obecnie niechęć chińskich dystrybutorów wobec produkcji Marvela – chodzi o angaż Chloé Zhao do reżyserii najnowszego ‘Eternals’. Zhao, świeża laureatka Oscara za ‘Nomadland’, jest w ojczyźnie uznawana za zdrajczynię po bardzo krytycznych wypowiedziach pod adresem rządu chińskiego. – To miejsce, w którym kłamstwa są wszędzie – powiedziała w wywiadzie w 2013 roku.

Powstaje więc pytanie: czy jest sens dalej trzymać się polityki chińskiej w amerykańskich filmach, czy może czas już wpleść w nie demokratyczne wartości, o których mówił Biden?

Photo by Gabriel on Unsplash.

Co dalej?

Pytanie brzmi, czy firmom z krajów demokratycznych – w tym wypadku głównie firmom amerykańskim – w ogóle opłaca się dalej grać w grę Xi Jinpinga. Przedsiębiorcy uzależniają się od rynku chińskiego do tego stopnia, że nie są w stanie postawić na swoim na żadnym kroku, a przy popełnieniu ‘błędu’, tj. gafy reklamowej, do której przyczepić się mogą cenzorzy, można doprowadzić do załamania się przychodów firmy. Ponadto zgodnie z raportem Toma Paukena, byłego doradcy Ronalda Reagana, wejście na rynek chiński jest do pewnego stopnia przedsięwzięciem kosztownym. Korporacje wchodzące do Państwa Środka muszą dzielić się tajemnicami handlowymi, sprzedawać licencje za bezcen i są poddane mocnym restrykcjom. Tym samym częsta stała się praktyka podkupywania amerykańskich przedsiębiorstw przez firmy państwowe i sprzedawania ich produktów na eksport znacznie poniżej ceny rynkowej, doprowadzając przy tym do ich bankructwa i zamknięcia fabryk.

Gdy ustępuje się autorytarnemu rządowi na każdym kroku, należy spodziewać się, że ugryzie, gdy będzie miał ku temu okazję.

Gdy dołożymy do tego jeszcze straty wizerunkowe poprzez ustępstwa ideologiczne, tj. odmawianie niepodległości demokratycznym krajom, które Chiny uznają za własne, cała operacja na rynku chińskim jest właściwie balansowaniem na krawędzi. Ponadto eksperci przekonują, że ten rynek, tak czy siak, niedługo będzie się zamykał.

Image

Anne Stevenson-Yang

współzałożycielka i dyrektorka ds. badań J Capital Research Ltd.

Chiny przechodzą przez te cykle otwierania się i zamykania. Otwierają się, gdy potrzebują pieniędzy, a to się działo przez lata 90. oraz 2000. do teraz. Obecnie koszt wzrasta ponad zyski, więc znów zobaczymy, jak Chiny się zamykają.

Przedsiębiorcy stoją więc przed trudnym dylematem – mogą albo wciąż ciągnąć z tego rynku tyle, ile się da, broniąc się w miarę możliwości przed lepkimi łapskami chińskich władz, albo wycofać się już teraz, tracąc być może miliony, ale zachowując twarz i zwracając ją w stronę Bidena i jego walki na wartości. Czas pokaże, która decyzja będzie lepsza.

Zdjęcie główne: Tim Rue/Bloomberg
Tekst: Miron Kądziela

Preloader spinner
Print
Print Text
Zobacz więcej
Wybierz region
Facebook