Jak zostać weganinem? Rozmawiamy dziś z Dorotą Krysińską z wegańskiej Mihiderki

Weganizm w naszym kraju coraz bardziej przybiera na sile. Niestety wiele osób chcących przejść na dietę roślinną nie wie, jak się do tego zabrać. O tym, jak zostać weganinem rozmawiamy dziś z Dorotą Krysińską – sercem wegańskiej sieci restauracji - Mihiderki.
.get_the_title().

F5: Jak zaczęła się Twoja przygoda z weganizmem? Co było bodźcem, który sprawił, że postanowiłaś zmienić swój styl życia?

W moim domu rodzinnym mięsa ani ryb nigdy nie otaczało się jakąś szczególną estymą, moja mama była weganką w czasie swoich studiów i często jadło się u nas obiady bez mięsa. Kiedy sama wyjechałam na studia, nie miałam ochoty ani dotykać surowego mięsa, ani wydawać moich bardzo ograniczonych pieniędzy na nie. Przestałam je kupować, a z czasem w ogóle jeść. Równolegle czytałam o wpływie produktów zwierzęcych na zdrowie i środowisko. Decyzja była dla mnie dość pragmatyczna, momentalnie przestałam myśleć o mięsie jako o produkcie spożywczym. Dalsze trwanie przy tym wyborze nie jest dla mnie żadnym świadomym wysiłkiem.

F5: Wielu ludzi boi się, że gdy przejdą na weganizm, nie będą w stanie dostarczać swojemu organizmowi wystarczającej ilości witamin, białka i mikroelementów. Jak Ty sobie z tym radzisz?

Przede wszystkim, zgodnie z materiałami naukowymi, którymi się zaczytywałam, przeceniamy ilość potrzebnego nam białka. Rozmawiając ze znajomymi, widzę, że często w sumie nie wiedzą, ile mają go zjeść, ale im więcej, tym lepiej. A to nie do końca prawda, bo nadmiar białka też nam szkodzi – szczególnie naszym nerkom, prowadzi do przekwaszenia organizmu, co zwiększa ryzyko stanów zapalnych i ogólnego zmęczenia organizmu. Osobie o umiarkowanie aktywnym stylu życia wystarczy około 0,8 do 1 g białka na kilogram masy ciała. W moim wypadku to miska zupy soczewicowej, koktajl z masłem orzechowym i szpinakiem, kilka łyżek hummusu – a więc jedzenie, które bez problemu pochłonę przed godziną 14. Jeśli ktoś się martwi, warto pamiętać o takich sztuczkach, jak dorzucanie pestek i ziaren do sałatek i zup, wybierane produktów pełnoziarnistych, codziennie jedzenie strączków przynajmniej na jeden posiłek. Po drugie, o niedobory witamin i mikroelementów najłatwiej przy niezróżnicowanej, wysoko przetworzonej diecie i obecność produktów zwierzęcych uważam tu za drugorzędną.

Jeśli znacie jakiegoś weganina, który licho wygląda, nie skreślajcie całego stylu życia, tylko pomyślcie, ile osób na diecie tradycyjnej też narzeka na swoją cerę czy poziom energii.

Moim zdaniem czynnikiem ryzyka jest brak świadomości, czego naszemu organizmowi potrzeba i skąd to wziąć, a nie wybranie diety roślinnej. Jeśli ktoś codziennie je to samo, dorzucenie do jadłospisu mięsa czy sera go nie uratuje. Podobnie weganin, który żyje na pieczywie z wędliną sojową, nie dostarczy sobie wszystkich potrzebnych składników. Po prostu nie istnieją produkty, które zapewniłyby naszym organizmom wszystko to, co im jest potrzebne. Jest takie powiedzonko, żeby jeść całą tęczę – często staram się o tym pamiętać, robiąc zakupy. Inne witaminy są w jaglance czy szpinaku, a inne w czerwonej kapuście czy papryce, białej fasoli czy zielonym groszku, mimo że należą do podobnych grup. Nie zjemy tego wszystkiego jednego dnia, ale w skali tygodnia czy dwóch – już się da. A to naszemu organizmowi wystarczy, gospodarka mikro- i makroelementami to procesy rozciągnięte w czasie.

Zawsze podkreślam różnicę między dietą wegańską a roślinną – i zachęcam wszystkich do nastawienia się na tę drugą. Jedząc nisko przetworzone składniki (czyli wybierając pełnoziarniste produkty, owoce i orzechy zamiast słodyczy, pestki zamiast gotowych sosów czy grzanek), przy każdym posiłku wrzucamy w siebie coś bogatego w substancje odżywcze. Wysoko przetworzone propozycje dostępne w sklepach to często żywność wyjałowiona, aby dłużej mogła leżeć na półkach. Taki jest też sens, z perspektywy zdrowia, jedzenia lokalnych produktów – warzywa i owoce, które wyhodowano niedaleko nas, mniej czasu spędziły w transporcie, a więc, przynajmniej w teorii, więcej czasu na słońcu, dzięki czemu są smaczniejsze i bardziej bogate w witaminy.

Nawet wiedząc powyższe, czasami martwię się, że o czymś zapominam. Korzystam wtedy z aplikacji Cronometer, która wylicza spożyte witaminy, aminokwasy i mikroelementy na podstawie wprowadzonych informacji o tym, co się danego dnia zjadło. Na początek może to być duże ułatwienie. Aplikacja wskaże nam, z czego jeszcze musimy sobie zrobić nawyk. Teraz uruchamiam aplikację może raz na dwa miesiące, tylko dlatego, że jak się nie mam o co martwić, to muszę coś wynaleźć 😉

Oczywiście muszę wspomnieć o witaminach B12 i D3. Z powodu niedoboru tej drugiej miałam kiedyś problemy zdrowotne. Było to cztery lata temu i od tamtego czasu suplementuję obie pigułkami. Choć zdarza mi się zapomnieć o tym na całe tygodnie, rutynowo wykonywane badania krwi nie sugerują problemów, a ja czuję się bardzo dobrze. To po prostu kolejny, malutki nawyk, który z czasem staje się nieświadomym zachowaniem.

F5: Zawsze wydawało mi się, że weganie muszą spędzać mnóstwo czasu “przy garach”. Co byś doradziła ludziom, którzy chcieliby przejść na weganizm, ale uważają, że brak im zdolności kulinarnych?

Polubcie się z zupami-kremami albo gulaszami z jednego garnka i gotujcie je z tego, co akurat macie pod ręką. Nie da się ich zepsuć! Pamiętajcie tylko o soli i kwaśnym elemencie (pomidory, łyżka soku z cytryny czy octu – to nie musi być nic wyszukanego). Pomóc mogą też mrożone warzywa, bo są już przygotowane do gotowania, nie trzeba ich kroić ani obierać. Kiedy mam zajęty tydzień, lubię sobie ugotować wielki garnek prostej zupy, po pudełku brązowego ryżu i kaszy jaglanej, upiec buraki czy marchewki, a potem odgrzewać po porcji, dowolnie korzystając z dodatków, aby codziennie zjeść trochę inaczej. Jestem też wielką fanką koktajli, bo można do nich wrzucić takie składniki, jak surową zieleninę czy pestki, które czasem ciężko zjeść w dużych ilościach na surowo, a zblendowane z bananem wypija się w trzy migi, no i mało po tym zmywania.

Wychodzi na to, że blender to sprzęt obowiązkowy, ale można już takie sprzęty kupić łatwo i niedrogo.

F5: Chciałabym poruszyć też kwestie finansowe, gdyż wiele osób boi się, że jeśli przejdą na weganizm, ich portfel na tym ucierpi. Zapytam więc prosto z mostu, czy uważasz, że dieta oparta wyłącznie na produktach pochodzenia roślinnego jest droga?

Ja zostałam weganką, bo szkoda mi było pieniędzy na mięso i nabiał! Absolutnie więc nie uważam, że taka dieta jest droga. Dzisiaj wydaję dużo pieniędzy na orzechy, składniki do pieczenia (unikam białej mąki i białego cukru) i często kupuję ekologiczne, lokalnie wyhodowane warzywa i owoce, ale inne składniki kosztują mnie dużo mniej. Poza tym, całe moje życie obraca się wokół gotowania i jedzenia, więc na pewno wydaję dużo więcej niż muszę. Zamiast orzechów włoskich można kupić pestki dyni i tak dalej. Da się oczywiście wydać ogromne sumy, choć łatwiej o to, kupując gotowe dania. Niektóre rzeczy, na przykład mleka roślinne, są wielokrotnie droższe niż tradycyjne. Ale opakowanie fasoli, szczególnie suchej, to ułamek ceny dobrego mięsa. Nieporównywalna jest cena jabłka do opakowania czekolady. Polecam tak kupować świeże produkty, żeby się nie przeliczyć z ich ilością, nie wyrzucać. Suche produkty można kupić w dużej ilości, na przykład fasolę na kilogramy, a nie w puszce, już gotowe. Przy odpowiednim planowaniu zakupów można właściwe nawet wydać mniej.

F5: Nawet niektóre przyprawy zawierają laktozę czy inne produkty pochodzenia zwierzęcego. Dużo czasu spędzasz na robieniu zakupów?

Kiedy kupuje się niskoprzetworzone produkty, w sumie nie trzeba się tak o to martwić. Dodatkowo, jeśli ma to nam spędzać sen z powiek, to już lepiej uważać się za wegetarianina albo wszystkożercę, który przez 90-95 proc. czasu wybiera dietę wegańską – sama tak robię, zdarza mi się dzisiaj zjeść jajka czy ser, jeśli ktoś mnie poczęstuje, żyje mi się łatwiej, a moim zdaniem lepiej podejść do tematu nieco elastycznie, aniżeli rzucić tym wszystkim w kąt i stresować się z powodu śladowej ilości mleka w jakimś produkcie. Choć rozumiem, że osoby kierujące się głównie motywacją etyczną nie oceniają takiej postawy jako właściwą. Wracając do tych zakupów, moja praca to testowanie przepisów i fotografia kulinarna, więc w sklepie czy na targu jestem codziennie i potrafię spędzić na tym pół dnia. Nie jestem więc reprezentatywna w tej kwestii! Ale kiedy akurat mniej pracuję, robię duże zakupy raz w miesiącu, a do tego codziennie, w drodze do domu, łapię jakąś głowę kalafiora czy pomidory, to, co chcę zjeść danego dnia, więc nie zajmuje to wcale dużo czasu.

F5: Wiele osób twierdzi “Ale ja bym tak nie mógł bez mięsa/sera/mleka”. Nie tęsknisz czasem za niektórymi produktami pochodzenia zwierzęcego?

Nie zdarza mi się to.

Czasem tęsknię za jakimś smakiem z dzieciństwa, ale wtedy odtwarzam podobne danie, używając innych składników. Zwykle okazuje się, że chodzi o „koncept” a nie sam składnik – kluski z sosem, który można zrobić przecież z grzybów, jajecznicę, którą robię teraz z ciecierzycy i płatków drożdżowych.

Oczywiście wymaga to pewnej wyobraźni kulinarnej, ale tę można sobie łatwo wyćwiczyć, a internet pełen jest przepisów innych roślinożerców. Poza tym coraz więcej na rynku produktów takich jak fermentowane sery z nerkowców, przyprawiane seitany… Jeśli ktoś ma raz na miesiąc ochotę, może to załatwić sprawę. No i ponownie, uważam, że lepiej przez większość dni w miesiącu jeść rośliny, a raz pozwolić sobie na kawałek sernika u babci, niż rezygnować z całej idei i nie podjąć próby tylko dlatego, że ten sernik nam smakuje i sobie nie wyobrażamy go już nigdy nie zjeść.

F5: Jak narodziła się Twoja pasja do gotowania?

Wiele moich wczesnych wspomnień związane jest z jedzeniem i gotowaniem. Moja babcia wspaniale gotuje i robi to z wielką przyjemnością, z kolei moja mama nigdy nie miała do tego cierpliwości – myślę, że dlatego sama zaczęłam się bawić w robienie obiadów. Gotowałam dużo już w gimnazjum, w liceum piekłam wymyślne ciasta, których wcale nie chciałam jeść, chciałam je po prostu zrobić. Z dużą regularnością i poważnym podejściem, próbując się ciągle czegoś uczyć, zaczęłam gotować dopiero na studiach. Z jednej strony na pewno miałam nagle dużo więcej czasu niż w bardzo intensywnym liceum z ogromem zajęć dodatkowych. Ale też byłam zmęczona bardzo neurotycznym podejściem do jedzenia, mojej wagi i wyglądu i chciałam zacząć patrzeć na ten temat, kiedyś tak dla mnie przyjemny, w nowy, zdrowy sposób. Zafascynowało mnie gotowanie potraw z całego świata, próbowanie nowych przypraw i składników, założyłam bloga z przepisami, który szybko stał się czymś, co mnie w życiu najbardziej ekscytowało, miałam codziennie nowy projekt do zrealizowania. Równolegle zaczęłam pracować w gastronomii i po prostu wpadłam w ten specyficzny, uzależniający światek. Moi rodzice to seryjni przedsiębiorcy, których namówiłam na zmianę diety, byli zafascynowani tego wpływem na swoje zdrowie i samopoczucie. Kilka lat temu niełatwo było o wegańskie jedzenie na mieście na naszym Śląsku. Dodatkowo ja kończyłam studia i nie chciałam wpaść w korpożycie. Kilka takich okoliczności się nałożyło i tak już od trzech lat działamy!

F5: Choć to biznes rodzinny, nie da się ukryć, że jesteś sercem Mihiderki – od lat testujesz wegańskie przepisy. Wasze menu zmienia się mniej więcej co tydzień (stałym punktem są roślinne burgery). Skąd czerpiesz inspiracje do wymyślania coraz to nowszych dań?

Tutaj muszę się surowo nie zgodzić ☺ Biznes zaczął się dość rodzinnie, ale teraz rozwój i codzienną pracę to rezultat zaangażowania wielu, wielu osób. Bez takiej drużyny nie wyszlibyśmy pewnie poza Gliwice. Menu zmieniamy teraz, po apelach gości, co 4-6 tygodni, a dzięki skali możemy mieć za to dłuższą kartę. Pomysły wpadają zewsząd, chociaż najbardziej lubię czytać o kuchniach innych kultur i kombinować, jak dopasować je do naszych warunków i dostępnych produktów, a także po prostu przejść się po targu i zobaczyć, co z czym ładnie wygląda – wtedy zwykle też dobrze smakuje. Natura wie, co robi. Do tego kolekcjonuję książki kulinarne, wydaję na nie każde pieniądze i czytam je do snu, w drodze do pracy – niech wszyscy wiedzą, co mi sprezentować na urodziny!

F5: Podbiliście Śląsk (od Gliwic, Zabrza, Częstochowy aż do Katowic), Kraków, a na początku zeszłegp roku zadebiutowaliście we Wrocławiu. Jakie są Wasze najbliższe plany?

Rozwojem zajmuje się głównie mój tata. Wiem, że choć mamy różne plany, jesteśmy też elastyczny i czujnie obserwujemy, co się dzieje i jakie nowe możliwości czy partnerstwa pojawiają się przed nami.

F5: Dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiała: Karolina Kmita

Menu Mihiderki możecie sprawdzić w Gliwicach, w CH M1 w Zabrzu, na Kazimierzu w Krakowie, w Galerii Katowickiej, we Wrocławiu, przy placu Dominikańskim oraz w Arkada.

FOODIE