Czym są tokeny NFT i dlaczego ludzie płacą za nie miliony?

Digitalowa numizmatyka nabiera coraz większego rozpędu. Wszystko za sprawą tokenów NFT, które dla entuzjastów kryptowalut są obiektami kolekcjonerskimi, a dla cyfrowych artystów opcją na spieniężenie swoich prac.

Znaczki pocztowe, karty z chipsów, a nawet limitowane edycje butów – każde pokolenie ma swoje obiekty pożądania. Cyfryzacja i rozwój kryptowalut sprawiły, że na rynku pojawiły się przedmioty kolekcjonerskie na miarę XXI wieku. NFT na pierwszy rzut oka mogą wydawać się jedynie zdigitalizowanymi kolorowymi obrazkami, które każdy bez problemu może pobrać z internetu. Jednak w rzeczywistości są to dzieła wykonywane przez grafików, którzy do niedawna nie posiadali narzędzia pozwalającego na certyfikowanie swoich prac. Przez brak odpowiedniego rozwiązania artyści tacy jak Beeple – mimo ogromnej kreatywności – nie potrafili wyobrazić sobie sposobu na sprzedaż cyfrowych obrazów.

W przeciwieństwie do namacalnych dzieł, które mogą być eksponowane wyłącznie w jednym miejscu i mieć określonego właściciela, digitalowe grafiki, wideo lub gify można powielać w nieskończoność i wyświetlać zupełnie za darmo na ekranach na całym świecie. Komplikowało to sprawy nie tylko dla twórców, ale również potencjalnych nabywców, którzy nie wiedzieli, jak wyceniać cyfrową sztukę. Obawiali się, że prace mogą tracić na wartości, przez co ich odsprzedaż będzie nieopłacalna. Rozwiązaniem ich problemów okazała się technologia Blockchain zapewniająca bezpieczny zapis transakcji oraz Ethereum, która wśród innych kryptowalut wyróżnia się tym, że pozwala na przypisanie do siebie jakiegoś dobra. W centrum tej rewolucji znajdują się tokeny NFT. Działając jak wirtualne podpisy, rozwiązują obawy, że wartość sztuki cyfrowej jest zmniejszona przez łatwość, z jaką można ją skopiować. Wystarczy rozwinąć ich nazwę – non-fungible tokens – żeby zrozumieć, że również wymienianie nie wchodzi w grę. Nie są one bowiem walutą, którą można zamieniać i rozmieniać. Trafniej można je określić certyfikowaną własnością intelektualną.

NFT w odróżnieniu od standardowych kryptowalut jak bitcoin są jedyne w swoim rodzaju. Kupując je, stajemy się właścicielami jakiegoś (zazwyczaj) cyfrowego dobra – może to być grafika, animacja, muzyka, wpis na Twitterze czy skin w grze. To już zależy od twórcy danego tokena. Trzeba jednak zaznaczyć, że mogą one reprezentować przedmioty ze świata rzeczywistego, takie jak dzieła sztuki czy nieruchomości. Wraz z transakcją otrzymujemy także kryptograficzny certyfikat, który jest czymś w rodzaju aktu własności, a zarazem potwierdzeniem autentyczności dzieła. Kontrakt jest rejestrowany w blockchainie – nie można go zmienić ani usunąć. Za to dany token może zostać ponownie sprzedany, a wraz z nim prawo własności zostanie przeniesione na nowego nabywcę. Jednak zanim o tym, skupmy się na narodzinach hajpu na niewymienialne tokeny.

Punks Not Dead

Nazwa debiutanckiego albumu szkockiej grupy punkowej The Exploited świetnie odnosi się również do debiutu innego zespołu. CryptoPunks pojawili się na scenie kryptowalut w czerwcu 2017 roku. Za tym projektem stali John Watkinson i Matt Hall. Panowie, obserwując, jak bitcoinowi magnaci na specjalnej platformie “wymieniają się” memami z wizerunkiem nieszczęsnej żaby Pepe, zdali sobie sprawę, że sami mogą tworzyć unikalne postacie generowane w łańcuchu blokowym Ethereum. Liczba pikselowych mordeczek była ograniczona do 10 tys. i nie było wśród nich żadnych powtórek.

Co zaskakujące, Watkinson i Hall wcale nie byli łasi na cyfrowe aktywa należące do kolekcjonerów prymitywnych internetowych obrazków. Zdecydowali się pozwolić każdemu, kto posiada portfel Ethereum, na bezpłatne zakupienie Cryptopunka.

Foto: larvalabs.com

Wszystkie 10 tys. tokenów zostało szybko wykupionych i zapoczątkowało kwitnący rynek wtórny, na którym ludzie handlowali postaciami.

CryptoKitties

Wystarczy zajrzeć na Instagrama, żeby uświadomić sobie, że największe branie w internecie mają konta z głupkowatymi memami oraz słodkimi kociakami. Entuzjaści kryptowalut najprawdopodobniej stanowią liczne grono obserwatorów tego typu profili. Po pierwsze wspomniany już wcześniej Pepe, a po drugie krypto-kotki dowodzą, że najwięksi gracze to wcale nie sztywni goście w garniakach pod krawatem. Kiedy w październiku 2017 roku pierwszy raz pojawiły się informacje o CryptoKitties, mało kto przypuszczał, że kotki mogą wywołać takie poruszenie na rynku kryptowalut. Tymczasem to właśnie dzięki nim NFT trafiły do głównego nurtu.

CryptoKitties to jednak nie tylko obrazki z wizerunkami kotów, a wirtualna gra oparta na blockchainie, która pozwala graczom na adopcję, wychowanie i handel wirtualnymi futrzakami. Projekt – mimo że się zacinał i spowalniał łańcuch Ethereum – szybko stał się viralem, bo oprócz wspomnianych wad niósł ze sobą także ogromne zyski. Tym bardziej że powstanie CryptoKitties zbiegło się w czasie z hossą kryptowalut w 2017 roku, która na traderów działała jak kocimiętka na mruczka, a niektóre cyfrowe kocięta sprzedawały się nawet za ponad 100 tys. dolarów.

Foto: cryptokitties.co

Okazało się, że niewymienialne tokeny mają ogromny potencjał.

Boom na sztukę cyfrową

Z biegiem czasu powstały specjalne platformy do handlu różnymi NFT. Na jednej z nich Jack Dorsey wystawił swój pierwszy historyczny wpis na Twitterze. Cena just setting up my twttr osiągnęła 2,5 mln dolarów, a aukcja skończy się 21 marca.

Podczas gdy konfigurowanie Twittera do sztuk pięknych nie należy, dzieło stworzone przez Mike’a Winkelmanna, używającego pseudonimu Beeple można już do nich zaliczyć. Dom aukcyjny Christie’s przeprowadził pierwszą aukcję jego całkowicie stokenizowanego obrazu. Początkowa cena elektronicznego kolażu ‘The First 5000 Days’, składającego się z 5000 zdjęć, których wykonanie zajęło 13 lat, wynosiła zaledwie 100 dolarów. Głośna aukcja przyciągnęła jednak ponad 350 potencjalnych nabywców, a cyfrowa kompozycja została sprzedana za 69,34 mln dolarów. Może być zaskakujące, że za grafikę, którą można pobrać z internetu, ktoś zapłacił taką absurdalną kwotę. Ale nie o samo dzieło tu chodzi… NFT daje coś, czego nie można skopiować – własność. W końcu każdy może powiesić sobie na ścianie odbitkę ‘Krzyku’, ale oryginał jest tylko jeden.

Gdy w sieci pojawiła się informacja, że garstka performerów powiązanych z firmą Injective Protocol dostała w swoje ręce jedno z dzieł Banksy’ego (‘Morons’) warte 95 tys. dolarów, a następnie dokonała jego spalenia podczas transmisji na żywo, wielu fanów tajemniczego street-artowca łapało się za głowę jak postać z obrazu Muncha. Szok nieco ustąpił, gdy okazało się, że praca została zdigitalizowana, wystawiona na aukcję w formie tokenu i sprzedana za 380 tys. dolarów.

Postrzegamy to płonące wydarzenie jako wyraz sztuki samej w sobie. Generujemy nową formę dzieła sztuki poprzez stworzenie tego unikalnego NFT, które jest bezpośrednią reprezentacją tego, co fizyczne. Powodem, dla którego samo spalenie jest tak ważne, jest fakt, że tak długo, jak istnieje fizyczny egzemplarz, jego wartość pozostanie z nim związana. Jeśli jednak całkowicie odtworzymy fizyczne dzieło i wprowadzimy do kodu inteligentnego kontraktu specyfikacje, takie jak numer wersji sztuki, nikt nigdy nie będzie mógł w żaden sposób zmienić cyfrowej sztuki. W ten sposób fizyczne dzieło zostanie na zawsze upamiętnione w NFT – wyjaśnia jeden z performerów.

Jak na ironię zniszczone dzieło przedstawiało licytację obrazów, a na jednym z nich zawarto stwierdzenie – I can’t believe you morons actually buy this shit. Najwyraźniej po tym, jak praca poszła z dymem, nikt nie przejmował się już obrazoburczą sentencją.

To tylko kilka z bardziej znanych przykładów, które potwierdzają, że w NFT drzemie ogromny potencjał dla artystów chcących spieniężyć, a może bardziej stokenizować swoje prace. W tym przypadku mowa o twórcach cyfrowych, którzy potrzebowali miejsca i sposobu na sprzedaż swoich dzieł. Sztukę wirtualną tworzy się i mówi o niej od lat. Ale teraz, dzięki poparciu ze strony takich osób jak Elon Musk i jego partnerka Grimes (sprzedała swoją cyfrową kolekcję obrazów ‘WarNymph’ za łączną kwotę 6,3 mln dolarów) szumowi internetowego w kręgach artystycznych i kryptowalutowych, a także – co być może najważniejsze – technologii blockchain, nie tylko weszła do głównego nurtu, ale generuje ogromne sumy pieniędzy dla cyfrowych artystów i kolekcjonerów online.

Foto: Beeple – The First 5000 Days / christies.com

Szansa dla mniej znanych twórców cyfrowych

Swoje tokeny zaczęli wypuszczać także inni muzycy. Wśród nich jest deadmau5, który 9 marca za pośrednictwem platformy Nifty Gateway wydał kolekcję zatytułowaną ‘Slickmau5’. Zawiera ona trzy edycje grafik cyfrowych i nowych numerów z nadchodzącego albumu myszogłowego DJ-a.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez deadmau5 (@deadmau5)

Długowłosy kolega z branży Steve Aoki zaledwie dzień wcześniej sprzedał galerię animacji Dream Catcher, na której zarobił w sumie 4,25 miliona dolarów. Najdroższa z prac nazwana Hairy poszła za 888 888,88 dolarów. Jej nowym właścicielem stał się John Legere, były dyrektor generalny T-Mobile. Co warto podkreślić, ex-CEO otrzymał nie tylko prawo własności do “włochacza”, ale także ekran osadzony w akrylowej ramce, który będzie wyświetlał NFT.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Steve Aoki (@steveaoki)

Własny token oznaczony’/afx\/weirdcore\<blockscanner>’ wydał również ojciec chrzestny muzyki elektronicznej – Aphex Twin. Chyba nikogo nie powinno dziwić, że AFX zdecydował się wykorzystać do tego animowany motyw swojej twarzy.

No dobra, ale gdzie miejsce dla mniejszych artystów, którzy nie mają takich zasięgów jak wspomniana trójka muzyków? Tak się składa, że mają szansę znaleźć się na szczytach notowań, bo giełdy takie jak wspomniana wcześniej Nifty Gateway są świetną wyrzutnią dla niszowych twórców dóbr cyfrowych. W końcu gdzie łatwiej sprzedać digitalowe dzieła niż na elektronicznym rynku opartym na obrocie kryptowalutami? Takie mamy czasy. Co prawda początkujący gracze nie będą mieli takiego wzięcia jak Beeple czy Aoki, ale z czasem ich tokeny mogą nabierać coraz większej wartości.

Przypuśćmy, że dziełem jakiegoś grafika zainteresuje się Elon Musk lub inny multimiliarder. Kupi je za bezcen, ale za nim przyjdą kolejni nabywcy, a wraz z popytem nasz mały artysta będzie mógł podnieść ceny wywoławcze swoich prac. Tymczasem obrzydliwie bogaci reflektanci będą się prześcigać w ilości wydanego ethereum, a wartość zakupionych już prac będzie stale rosnąć, aż staną się bezcenne.

To właśnie kolejna korzyść dla twórców cyfrowych. Mogą oni bowiem nadal zarabiać na swojej pracy nawet po jej sprzedaniu. NFT pozwalają im otrzymać procent ze wszystkich kolejnych transakcji dokonanych na danym dziele. Na giełdzie Nifty Gateway przelicznik jest zwykle ustawiony na 10 procent. Dzięki takiemu rozwiązaniu za każdym razem, gdy dany token zmieni właściciela, jego autor otrzyma swoją działkę ze sprzedaży.

Foto: Steve Aoki – Hairy

Trzeba pamiętać, że każda moneta ma dwie strony, a obok pozytywnych głosów na temat NFT pojawiają się też okrzyki rozdrażnienia.

Zabawa dla najbogatszych

Tak to wśród kolekcjonerów bywa, że największe zbiory mają ci, których stać na takie hobby. Całkiem niedawno zrobiło się głośno o młodym sneakerheadzie, bo pochwalił się w internecie swoją pokaźną kolekcją kicksów. Okazało się, że chłopak jest synem byłej już menadżerki Nike. Byłej dlatego, że za wszystkie pary 19-latek zapłacił kartą swojej mamy. Wtedy wyszło na jaw, że skupował limitowane edycje butów, by potem odsprzedać je z zyskiem. Co więcej, miał nawet swoją firmę West Coast Streetwear.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Joe (@west.coast.streetwear)

Oczywiście już samo zdjęcie w otoczeniu kolekcjonerskich najków wywołało oburzenie. W końcu przez tego gościa setki zajawkowiczów nie mogły dostać swojej upragnionej pary. Z kolei ten, zamiast pozwolić kupić je innym po ‘normalnej’ cenie, bezczelnie zgarniał dodatkowy hajs za resell. A skoro już jesteśmy przy Nike, to nie można nie wspomnieć o tym, że firma także zainteresowała się rewolucyjną technologią. Marka opatentowała metodę weryfikacji autentyczności limitowanych modeli – właśnie za pomocą systemu NFT – którą nazywa CryptoKicks.

US Patent Office

Wracając do kolekcjonerów, sytuacja ma się podobnie w świecie tokenów, ale tam raczej nikt nie narzeka na brak pieniędzy. Tu deficytowe są dzieła, których wartość często osiąga horrendalne sumy, przez co nie każdy może pozwolić sobie na ich kupno. Pojawiają się też obawy, że inwestorzy nie robią tego dla sztuki, a dla tego, co weszło im w krew, czyli spekulacji. Chcą po prostu zarabiać na odsprzedawaniu tokenów bez większego zagłębiania się w to, co artysta miał do przekazania.

Szał na NFT przypomina nieco sytuację z ICO, kiedy wiele start-upów wydało nowe tokeny cyfrowe, aby zebrać pieniądze. Dziś już wiadomo, że tylko nieliczne firmy miały szansę pozostać na rynku, a niektóre od samego początku były scamem. Tak czy inaczej, rynek ten przeszedł swoją hossę i bessę. Niewykluczone, że i w przypadku NFT przyjdzie czas na korektę.

Foto: Pierre Borthiry / Unsplash
Tekst: Konrad Siwik

Preloader spinner
Print
Print Text
Zobacz więcej
Wybierz region
Facebook