Ojciec musi dotrzymywać słowa

Pozwolę jej nie raz sparzyć się pokrzywą, czy skaleczyć, bo chcę, żeby zdobywała własne doświadczenie - mówi Jakub Majewski o swojej córce. Z architektem, projektantem i współzałożycielem łódzkiego biura architektonicznego moomoo rozmawiamy o doświadczeniach wynikających z bycia ojcem.
.get_the_title().

F5: Ile lat ma twoja córka?

Jakub Majewski: 8 lat.

Przed jej urodzeniem myślałeś, jakim będziesz ojcem?

Gówno tam wiedziałem, kim będę dla Nelki. Pewnie chciałem być dobrym ojcem, ale w rzeczywistości to był ogień. Nela przyszła na świat, a ja byłem w rozkroku. Byłem na początku tworzenia moomoo – własny small biznes, jakieś pierwsze nagrody zawodowe i nagle ojcostwo. Jak to pogodzić? Kompletnie tego nie wiedziałem. Próbowałem liznąć kilku książek o temacie współczesnego ojcostwa, ale strasznie to plastikowe było i cisnąłem tymi książkami w kąt.

To jakim się stałeś?

To nie stało się z dnia na dzień. To była metoda prób i błędów, obserwacji i czasami chwile bycia uważnym. Postanowiłem sobie, że od najmłodszych lat będę podchodził do Nelki jak do najważniejszego rozmówcy na świecie, z którym prowadzę konwersację. Pomyślałem sobie, że jeśli jestem w stanie zrobić to wielokrotnie wobec klienta, który jest mi obcą osobą, to czemu nie miałbym postępować tak samo wobec kogoś związanego ze mną krwią?

Do kilkuletniego dziecka non stop leciały teksty typu: “tego nie rób”, “tam nie podchodź”, “tak należy się zachować”. Tego była taka masa, sam nie mogłem tego słuchać, a co dopiero ona.

Gdy miałem jej coś ważnego do powiedzenia i chciałem mieć pewność, że faktycznie jest nastawiona na odbiór komunikatu, to rozpoczynałem od magicznej w naszym domu formułki: “chciałbym ci coś powiedzieć, chcesz to usłyszeć?”. Pewnie nie będzie to zaskoczeniem, ale wiele razy odpowiadała “NIE!” i bawiła się dalej, ale za jakiś czas wracałem z pytaniem, i kiedy miała przestrzeń na pogaduchy, to rozmawialiśmy o tych tzw. sprawach ważnych. To sprawiło, że wypracowałem sobie chyba jako jeden z pierwszych w jej świecie szacun i brak bezsensownego naciskania.

Mam żelazną zasadę, że jeśli daję Nelce wybór, że może o czymś zadecydować i łapię się na tym, że zbyt otwarcie zadałem pytanie, to nie podważam jej wyboru. I nawet jeśli ma popełnić błąd, przewrócić się, to wolę by tak się stało, ale by sama zdobywała doświadczenia, skoro dałem jej taką przestrzeń.

Nie ma dla mnie nic gorszego, niż niedotrzymywanie słowa i stwarzanie pozornych wyborów dziecku, bo zaczyna wówczas do nas, rodziców tracić szacunek.

To jest zaprzeczenie mnie i jeśli tylko wybór Nelki nie będzie zagrażał jej życiu, to pozwolę jej nie raz sparzyć się pokrzywą czy skaleczyć. Staram się ją ostrzegać, że może się to źle skończyć, ale będę pozwalać jej na zdobywanie własnych doświadczeń.

Razem z córką prowadzicie projekt drive story. Możesz coś więcej o tym powiedzieć?

DriveStoryPl to projekt międzypokoleniowy z oldtimerami z tle. Będziemy jeździć po Polsce i rozmawiać z wyjątkowymi ludźmi. Zaczęło się całkiem niewinnie. Była jesień 2017 roku, a Nelka po powrocie ze szkoły na wejściu oznajmiła, że mam jej włączyć utwór “Despacito”. Zapytałem: “Co? Córcia, powiedz, skąd ty znasz coś takiego?” I okazało się, że wówczas w szkole wśród 4- i 5-klasistów ten kawałek bił wszelkie rekordy popularności. Dotarło do mnie, że moment, gdy rówieśnicy będą mieli na nią równie silny wpływ co rodzice nastąpi dosłownie za chwilę. Nie chcę jej odbierać przynależności do grupy rówieśników ani opowiadać, żeby włączyła dziewczynkom Komedę, nie. Niech ten świat sobie będzie i nie chcę zamykać jej w jakimś kloszu, ale postanowiłem że rok 2018 poświęcę na przedstawienie jej w najbardziej przekonujący sposób jak fajnie jest budować relacje z ludźmi twarzą w twarz. Do tego celu wykorzystujemy nasze 50-letnie BMW 2002, którym co roku jeździliśmy na wakacje. Odwiedzać będziemy w tym roku wyjątkowych ludzi, np. małżeństwo, które po 20 latach pracy w korporacji sprzedało wszystko co miało w Warszawie i wyniosło się na Warmię, gdzie prowadzi ogród warzywny i siedlisko w tak uroczy sposób, że nie mogę się doczekać wspólnego śniadania z nimi i pogawędek do wieczora przy kominku. Będą też odwiedziny w podobnych miejscach na Dolnym Śląsku, Mazurach i Kaszubach. Wszystko w atmosferze slowdrivingu, powolnego przemierzania Polski, zakrętów i porośniętych naturą terenów. W tym roku chcę przybliżyć mojej córce nie tylko frajdę z powolnego spędzania czasu, ale przeróżne także postacie, które kiedyś powiedziały “STOP” i zaczęły żyć kompletnie pod dyktando swojej pasji, a nie zgodnie ze schematem, bo tak wypadało.

Co cię najbardziej zaskoczyło w roli ojca?

Jak dziecko zje śliwki, to nie podaje się mu mleka. A tak na poważnie, to nie wiedziałem, że to jest po prostu ciężka fizyczna praca!

Co da dziecku ojciec, czego nie da matka? Co dajesz ty, jako ojciec, czego nie daje matka?

Mama Nelki i ja pochodzimy z dwóch kompletnie innych domów, mamy totalnie inne doświadczenia podczas dorastania, ale także spełniamy się dziś w zupełnie innych dziedzinach zawodowych (ja jestem architektem, mama adwokatem), co w naturalny sposób predysponowało nas do przekazywania młodej tej samego świata, ale na dwa sposoby. Mama porusza się po ściśle usystematyzowanych obszarach zasad, paragrafów, zależności, które zostały już wymyślone i narzucone, ja natomiast te zasady tworzę. Jako projektant architektury najczęściej najpierw mam wizję, widzę cel i następnie do niego dorabiam wszystko, co jest potrzebne, by tę moją wizję spełnić.

Jak swoje podejście przekazuje córce? Mam takie doświadczenie sprzed 3-4 lat. Byliśmy na wakacjach w gospodarstwie agroturystycznym, gdzieś na końcu świata. Poniżej płynęła rzeczka, byliśmy na rybach. Ja i Nelka – ja zarzucałem wędkę, młoda kręciła kołowrotkiem, frajda po pachy. Po jakiejś godzinie zmieniła się pogoda o 180 stopni i przyszła letnia ulewa. Szybko zerwaliśmy się z krzesełka i daliśmy nogę pod kawałek strzechy tuż obok. Liczyłem, że po chwili przestanie, ale nic z tego, deszcz dawał mocniej, a i temperatura przestała już być letnia. Padła decyzja, że wracamy na wzniesienie, gdzie była nasza kwatera, ale wiedziałem, że suchej nitki nie będzie. Zaczęło się u młodej płakanie, że zimno, że mokro i że nic nie mamy, a przecież trzeba wracać. Wtedy stało się coś, co zaprogramowało Nelkę w sposobie radzenia sobie z problematycznymi sytuacjami. Zatrzymaliśmy się jeszcze chwilę pod daszkiem i zaczęliśmy wymieniać, co mamy ze sobą i szybko okazało się, że jeden plecak, krzesełko i 2 głowy wystarczyły, by tylko trochę zmókł mi tyłek i nogi. Wymyśliliśmy, że Nelka wejdzie mi na barana, plecak założy na plecy, a krzesło wrzucimy jeszcze nad nią i w ten sposób okazało się, że nie tylko daliśmy radę wejść na naszą bazę, ale przede wszystkim to był temat nr 1 na każdym spotkaniu rodzinnym, gdzie chwaliła się, jak to MY daliśmy radę! Utkwiło jej to tak w pamięci, że od tamtej pory pociągnąłem jeszcze z 2-3 razy w podobny sposób rozwiązywanie problemów i weszło jej to w nawyk! Genialnie! Ojciec czuje wtedy dumę. Jak już poruszyłem temat nawyku, to nie wiem, czy to kwestia akurat naszego domu, czy faceci po prostu tak mają, ale mnie mega irytują wszystkie zakazy, nakazy i to poczucie, że znów się wykonuje coś nie tak, jak ktoś oczekiwał tego ode mnie.

Postanowiłem, że zamiast ją straszyć karami, że jak czegoś nie zrobi, to wolę budować w niej nawyk, wzmacniając to, co się już jej udaje się zrobić (nawet jak na początku mało jest za co ją chwalić, to i tak to robię).

Dostaje ode mnie regularnie nagrody za to, że się stara. Ojciec ma być w moich oczach oparciem, ale jednocześnie drogowskazem.

Jest jeszcze temat, który dla mnie jest jakimś tematem normą, jak ojciec wychodzi z dzieciakiem, to po cholerę kobiety pakują im 1500 pierdół na zapas, na wypadek jak się poleje, przewróci, jak się obesra itd.? Po co?! Ogarniemy przecież nawet jak nie będziemy mieli tego całego staffu! Ojciec da radę! Owszem, zdarzają się wpadki, pół litra kompotu wiśniowego nie wzbudza euforii u dzieciaka, na którego się to wszystko wylało, ale jeżdżenie na golasa w foteliku i zawieszone ciuchy na lusterkach już załatwiły uśmiech u młodej.

Moim zdaniem takie sytuacje uczą dzieciaka, że nie ma co się szykować na najgorsze, bo i tak sobie poradzimy w tym świecie.

Dużo się mówi o dzieciństwie unplugged, żeby pozwalać dzieciakom eksplorować świat, żeby nie siedziały tyle przed ekranami. Co o tym myślisz?

Niech biega, lata i się brudzi! Od momentu, gdy Nelka ma 4 lata to co roku jeździmy na 2 tygodnie z przyczepą kempingową. Za każdym razem jesteśmy w innym miejscu, za każdym razem z innymi dzieciakami, a ona zawsze potrafi się w tym odnaleźć. Wystarcza jej czasem kilka godzin i przychodzi, mówiąc: “Tata! będę tam i tam, są tam nowe koleżanki!” Zazwyczaj zapraszam najpierw je do nas, a później dają nogę w teren, ale zawsze wracają.

Niechybnym kosztem takiego podejścia jest większe prawdopodobieństwo wypadków. Mieliście taką sytuację, że się przestraszyłeś, że mogło jej się coś stać?

To prawda, czuję, że jako społeczeństwo szukamy coraz mocniejszych wrażeń, dużo też tego relacjonujemy w sieci i ja osobiście miałem, wydawać by się mogło, banalne doświadczenie, ale puściłem Nelkę na rower na ścieżkę przystosowaną do tego. Wydawać by się mogło, że wszystko cacy, dzieciak dostał kask, ochraniacze i pedałuje na rowerze, ale czasem jak się samemu zabezpieczy to i tak nie jesteśmy w stanie pomyśleć za innych. W moim przypadku było tak, że na ścieżce rowerowej jeździli panowie na rowerach terenowych i kręcili jakieś wideo do sieci, przez co stracili uwagę i skończyło się wjechaniem w dzieciaki. Niby nic wielkiego, bo wszyscy żyją, ale Nelka wróciła pod przyczepę potłuczona i z otarciami, a przede wszystkim z dużymi oporami wychodzenia na rower. Musieliśmy pojechać na pobliskie pogotowie, od tamtej pory zdecydowanie była zachowawcza, na szczęście tylko przez tydzień. Z pewnością będę ją wypuszczał dalej w plener, bo nawet jak jest ze mną, to nie mam przekonania, że wszystkiego uniknę. Tak było w tym roku na feriach zimowych w Szczyrku. Jechała na desce, podjechałem blisko do niej i okazało się, że sieknąłem ją krawędzią mojej deski i 2 dni ze stłuczonymi kolanami wykreśliło nas ze szkółki, karnetów i zabawy na śniegu.

Czego nauczyło cię ojcostwo?

Odpowiedzialności za jutro. I nie tylko za siebie, a przede wszystkim za małą.

Nie ma jednego idealnego modelu wychowania dzieci, ale nawet przy najlepszych chęciach wypadki się zdarzają, bo dzieci zawsze będą dziećmi. Odkrywają świat, uczą się na błędach i zaskakują kreatywnością. Nawet gdybyśmy chcieli, nie jesteśmy w stanie cały czas ich kontrolować. Dlatego o tym, co ważne, w Nationale-Nederlanden mówimy wprost: różne pomysły chodzą po dzieciach. Na szczęście, nawet na nieprzewidziane zdarzenia można się przygotować. Nie uchronimy Twojego dziecka przed wypadkiem, ale jeśli się wydarzy, dzięki ubezpieczeniu, wesprzemy Cię w jego powrocie do zdrowia. Zobacz, jak to działa.

SURPRISE