Jak wygląda życie w Trójkącie Bermudzkim? – niezwykła relacja mieszkanki

Na czym polega tajemnica Trójkąta Bermudzkiego? O życiu na wyspie wielkości Ursynowa i nieznanej nam kulturze opowiada Dorota Linke ze Szmacianek, mieszkanka Bermudów.
.get_the_title().

Właśnie minęły prawie 3 miesiące od kiedy piję deszczówkę, a przyczyną tego nie jest bynajmniej trend typu ‘piję-wodę-z-kranu’. Przeprowadziłam się na Bermudy, gdzie nie ma rzek ani jezior, a wody gruntowe są zasolone. Każdy dom wyposażony jest w specjalny dach zbierający deszczówkę do zbiornika umieszczonego pod ziemią. Jeśli wydaje wam się to dziwne, to czytajcie dalej, bo życie w Trójkącie Bermudzkim zdumiewa i zaskakuje mnie codziennie, czyli od początku października, kiedy wylądowałam w tym dziwacznym kraju o powierzchni wielkości warszawskiej dzielnicy Ursynów.

Deszczówka przechowywana w zbiorniku pod ziemią

Wyspa

Powierzchnia ok. 100 wysp, które składają się na Bermudy, ma łącznie tylko 50 km2 i ciągnie się wzdłuż 30 km długości i 1 km szerokości, a najbliższy ląd oddalony jest aż o 1 tys. km. Mieszkam więc na tropikalnym zadupiu. Wyspy powstały w wyniku osadzania się rafy koralowej na kraterze nieczynnego już wulkanu.

Bermudy otoczone są rafą niczym murem obronnym, dlatego wokół linii brzegowej spoczywają wraki statków. Są ułożone prawie jeden obok drugiego i jest ich ponad 300!

Pierwszymi osadnikami Bermudów byli Brytyjczycy z rozbitego o rafy statku ‘Sea Venture’. 400 lat temu 150 osób i 1 pies szczęśliwie dotarli na ląd i założyli pierwszą kolonię brytyjską. Cała wyspa usiana jest kolorowymi domkami. Nie buduje się tu bloków czy szeregowców. Każdy mieszkaniec ma swój malutki domek z białym dachem zbierającym wodę. Domy maluje się w kolorach tęczy. Ściany najczęściej są różowe z zielonymi okiennicami, żółte z niebieskimi albo niebieskie z zielonymi. Dominuje tu zatem totalna pasteloza, która, co zdumiewające, wcale nie kuje w oczy.

Średnio raz w roku wyspę nawiedza huragan. Wyłącza się wtedy prąd i gaz, a okna zabezpiecza deskami. Wesołe usposobienie Bermudczyków pozwala im żartować z tego zagrożenia. Przeliczają na przykład stopnie siły huraganu na ilość butelek wina, w jakie należy się zaopatrzyć. Popularne na Bermudach jest też umieszczanie na Instagramie zabawnych zdjęć z przygotowań do zagrożenia.

To, co odróżnia Bermudy od Polski, to niesamowite wyluzowanie. Wszędzie słychać głośny śpiew lokalsów.

Zapewne zanim usłyszysz dźwięk silnika zbliżającego się skutera, najpierw dotrze do ciebie wesoła piosenka śpiewana na całe gardło przez kierowcę. Śpiewają sprzedawcy, śmieciarze i ludzie w autobusie. Ba, do tego wcale nie nucą pod nosem. Używają donośnego głosu z przepony!

Na Bermudach znany jest też zwyczaj witania się z każdym napotkanym. Przysparza to na początku zakłopotania, gdy co chwila ktoś wita się z tobą, pyta ‘co słychać’ i życzy miłego dnia. Po jakimś czasie zaczynasz się przyzwyczajać do tego stylu życia i odkrywasz, że żyje ci się dużo fajniej z takim pozytywnym nastawieniem. W autobusach jest totalny odlot – możemy poczuć się jak na wycieczce szkolnej. Po wejściu pasażera pada: ‘Good morning everyone’, po czym cały autobus chórem odpowiada ‘Good-mor-ning’.

Przygotowania do huraganu


Życie

Bermudy to trochę taka ‘korpo-wyspa’. Jako terytorium autonomiczne (autonomiczna kolonia Wielkiej Brytanii) posiada własny ustrój, ale istotną cechą Bermudów jest to, że są tzw. rajem podatkowym. Dlatego też znajdują się tu biura firm finansowych i consultingowych; m.in: Accenture, Deloitte, E&Y, HSBC. Pomimo brytyjskiej zależności, Bermudy mają własny rząd, a walutą nie jest funt a dolar amerykański. Średni dochód na mieszkańca plasuje się na trzecim miejscu na świecie. Niestety, ceny są tutaj także wysokie.

Za małe mieszkanie płaci się tu średnio 8 tys. zł miesięcznie, a piwo na mieście kosztuje 32 zł.

Zakupy przez internet nie rozwiązują problemu, bo od każdego zakupionego towaru trzeba zapłacić wysokie cło. To samo tyczy się rzeczy, które przywozimy w walizce. Tylko przy pierwszym przekroczeniu granicy nie trzeba płacić cła.

Nie spodziewałam się tego, ale wszystkie produkty spożywcze są importowane. Zarówno warzywa, owoce, jak i ryby. Bermudczycy nie uprawiają ziemi ze względu na niewolniczą przeszłość. Kiedy zniesiono niewolnictwo, opuścili plantacje i nie zamierzali już nigdy do nich wracać. Szkoda, bo rośliny, jakie tu rosną, osiągają monstrualne rozmiary.

Widziałam dzikie cukinie, które były większe od arbuzów!

Temperatura nie spada nigdy poniżej 15°C. W grudniu są 22°C, a od marca do października jest upalnie. Jest też potwornie wilgotno. Pranie nie schnie nigdy, dlatego zawsze obok pralki stoi suszarka. Natura na wyspie jest przepiękna. Morze ma przepiękny, turkusowy kolor. Pływają w nim wielkie żółwie i mnóstwo kolorowych rybek. Jest dużo palm i ciągle kwitną rosnące jak chwasty oleandry i hibiskusy. Zupełnie jak w słynnym kawałku ‘Somewhere Over The Raibow’.

Jest jedna rzecz, o której nie wiedziałam, decydując się na przeprowadzkę. To drzewne ‘śpiewające’ żabki. Mimo, że same żaby są maleńkie, to występują w ogromnych ilościach. Zaczynają ‘śpiewać’ o zachodzie słońca, a kończą dopiero nad ranem. Jest tylko jeden problem. Kiedy pierwszego dnia po przyjeździe otworzyłam wieczorem drzwi na zewnątrz i usłyszałam ten dźwięk, przypominający nienaoliwioną taczkę, byłam pewna, że to sygnał samochodowych alarmów uruchomionych od silnego wiatru. Obecnie trochę już się przyzwyczaiłam do tych, jak to opisują w przewodnikach, ‘uroczych żabek’, ale do dzisiaj śpię z głową nakrytą dwoma poduszkami.

Muszę też uczciwie zdementować doniesienia, jakoby na bermudzkich plażach był różowy piasek. Różowy kolor miałby być wytwarzany dzięki koralowcom, których rzeczywiście jest tu bardzo dużo. Ale różowe plaże widziałam niestety tylko na zdjęciach. Musi to być zatem jakaś lokalna ściema, którą dodatkowo nakręcają sami turyści za pośrednictwem zdjęć na Instagramie.

Podrasowane zdjęcie różowej plaży

‘Rum swizzle’ to oficjalny narodowy drink. Pyszne połączenie miejscowego rumu, ananasa, pomarańczy i granatu. Większość knajp znajduje się na Front Street, która wygląda dokładnie jak promenada z ‘Boardwalk Empire’. Biorąc pod uwagę fakt, że w czasie prohibicji Stany szmuglowały stąd miejscowy rum, można wczuć się w klimat jak z Atlantic City. Co parę tygodni, a latem nawet co kilka dni, organizuje się tu festyny. Front street zamienia się w deptak, rozstawiane są kiermasze, atrakcje dla dzieci i stoiska z jedzeniem.

Nie ma tu kasyn ani klubów go-go, ponieważ Bermudy są bardzo konserwatywne.

Pornografia jest tutaj zakazana, a opalanie topless jest karalne. Istnieje nawet przepis zakazujący przebywania w kostiumie kąpielowym w obrębie 25 jardów od plaży. Możliwe, że ma to jakiś związek z liczbą kościołów. Na Bermudach jest największa liczba kościołów na mieszkańca na świecie. Średnio co 500 metrów trafimy na jakąś świątynię. To jedna z tych rzeczy, które od razu rzucają się w oczy po wylądowaniu. Na Bermudach mieszka tylko 65 tys. mieszkańców, więc podejrzewam, że przynależy się tu do kilku parafii jednocześnie. Nawet zamiast ‘dzielnica’ (district/province), używa się oficjalnie słowa ‘parafia’ (parish). Po przyjeździe poczułam się skonsternowana, kiedy ktoś po raz pierwszy zapytał mnie ‘do którego kościoła chodzisz?’, w ten sam sposób jakby pytał ‘skąd jesteś?’.

Front Street

Ciężko jest mi zrozumieć Bermudczyków. Z jednej strony są weseli, wyluzowani i śpiewają na cały głos, a równocześnie są konserwatywni i przestrzegają dużo dziwnych zasad. Najpopularniejszym znakiem jest tu tabliczka ‘No loitering’, która oznacza zakaz przesiadywania, a nawet stania w danym miejscu. Wszelkie murki wyposażone są w grube kolce, przypominające te na parapetach odstraszające ptaki.

Trochę dziwne, że tworzy się tu infrastrukturę odstraszającą potencjalnych ‘loitersów’ przy znikomym, bo 2 proc. bezrobociu.

Mam wrażenie, że Bermudczycy lubią zasady, schematy i porządek. Ktoś założył nawet stronę na Facebooku, gdzie publikowane są zdjęcia osób łamiących prawo drogowe. Źle zaparkowane samochody opatrzone są często dokładnym opisem wraz z danymi właściciela pojazdu.

Jak przystało na Trójkąt Bermudzki, nie działa tu Google Maps. Myślę, że ma to jakiś związek z podwójnym nazewnictwem dróg i podwójnym numerowaniem budynków. Są dwie wyspy Long Islands, trzy zatoki Long Bay, dwie drogi Khyber Pass, ale to nie koniec. Na jednej ulicy mogą być dwa albo trzy domy z tym samym numerem, dlatego każdy ma swoją nazwę umieszczoną na ozdobnej tabliczce. Nazwy nie mają związku z nazwiskami domowników, kojarzą się bardziej z nazwami żaglówek: ‘Sant Winds’, ‘Seabright’, ‘Winterhaven’, ‘Fleetwood Manor’. Jeśli zapytasz się kogoś o adres, to możesz się spodziewać, że dostaniesz pół stronicową instrukcję dojazdu od najbliższego kościoła. Tyczy się to także formalnych spotkań. Nie korzysta się z klasycznych adresów. Nie wiem, jak pracują tu listonosze, ale muszę przyznać, że nie widziałam jeszcze żadnego. Nawet same Bermudy, jako archipelag, mają kilka nazw: La Garza, Virgineola, the Isle of Devils oraz Somers Isles, którą czasami przekręca się na Summer Isles.

Moda

To nie przypadek, że na spodnie przed kolano mówi się bermudy. Prawdziwe bermudy nie mają naszytych kieszeni, są uszyte z lnu, mają kant i można je dostać tylko na Bermudach. Są rzeczywiście strojem narodowym i nosi się je zamiast garnituru.

Latem na ulicach większość mężczyzn ubrana jest w kolorowe spodenki zestawione z marynarką i krawatem.

Oficjalny dress-code biurowy precyzyjnie określa strój pracowników i dopuszcza bermudy we wszystkich kolorach tęczy (i tak kolorowo się je tutaj nosi), pod jednym warunkiem – muszą być noszone z równie barwnymi podkolanówkami. Zestawy kolorów są niesamowite. Popularne są żółte marynarki z różowymi podkolanówkami, albo różowe spodenki z niebieską marynarką.

Dress-code biurowy

Jakieś pół miesiąca zajęło mi przyzwyczajanie się do tego kolorowego looku. Kiedy w końcu przestałam rechotać podczas chodzenia po mieście, nastał grudzień, na miejsce upałów wkroczyły tropikalne ulewy, a ulica odpowiedziała zupełnie nowym trendem. Od grudnia do lutego kobiety i mężczyźni wyglądają z daleko tak samo. Zestaw zimowy składa się z kurtki i spodni przeciwdeszczowych o wysokich parametrach wodoodporności oraz japonek. Pod spodem można nosić garnitur albo inną część garderoby, natomiast na ulicy wszyscy wyglądają dokładnie tak samo – kurtka Helly Hansen i Havaianasy – to obowiązkowy zestaw do przemieszczania się po wyspie skuterem.

Transport

Najlepszym środkiem transportu jest właśnie skuter. Ulice są bardzo wąskie i na całej wyspie obowiązuje ograniczenie do 35 km/h. Autobusy jeżdżą bez rozkładów (jest tylko jeden i znajduje się na pętli). Odjazd z konkretnego przystanku trzeba sobie samemu oszacować. Nie ma co liczyć na punktualność. Za to w autobusie, jak już wspominałam, jest wesoło.

Większość mieszkańców pracuje w jedynym mieście w kraju – Hamilton, i do tej miejscowości prowadzą wszystkie (3) duże drogi.

Na głównym skrzyżowaniu robi się oczywiście tłoczno, ale pomimo tego Bermudczycy mają wesołe poranki. Na rondzie codziennie wita ich Johnny Barnes. Johnny to kultowa postać i najweselszy człowiek na Bermudach. Ma 94 lata i przychodzi każdego dnia, między 5 a 10 rano, machać ludziom jadącym do Hamilton. Przekazuje swoją miłość, krzycząc od 30 lat do każdej przejeżdżającej osoby ‘kocham cię’, ‘zawsze będę cię kochać’ lub ‘Bóg cię kocha’. Jest moim ulubieńcem i cieszę się, że mieszkańcy postawili mu niedawno pomnik.

94-letni Johnny Barnes

Ze względu na rozmiar wyspy oraz czystość powietrza i wody pitnej, którą spożywa się prosto z rynny, w Bermudach obowiązuje wiele obostrzeń dotyczących posiadania samochodu. Na jedno gospodarstwo domowe może przypadać tylko jeden samochód. Na wyspach nie ma też wypożyczalni aut.

Nie umiem znaleźć powodu, dlaczego na Bermudach nie ma chodników.

Uwielbiam chodzić na piechotę i jestem chyba jedyną osobą, która tutaj chodzi po ulicy. Bawi mnie, gdy tutejsze przewodniki turystyczne rekomendują dojazd taksówką już przy 500 metrowych odcinkach. Ostrzegają, że przejście takiej odległości w upale może się źle skończyć. Kiedy oglądałam mieszkania na wynajem i przyznałam się, że przyszłam na piechotę, właścicielka domu stwierdziła, że ‘Europejczycy tak mają i że to się nawet nazywa flaneur’.

Na Bermudach kiedyś funkcjonowała przepiękna kolej biegnąca przez całą długość wyspy (na bermudzkiej kolei pracował jako elektryk mój ulubiony Johnny Barnes). W roku 1984 roku kolej zamknięto i utworzono w jej miejscu bardzo malowniczą ścieżkę rowerową. Railwail trail ma 30 km i jest chyba najfajniejszą trasą rowerową na świecie. Znaczna część drogi prowadzi przez bujnie, porośnięte tropikalną roślinnością wąwozy. Częściowo trasa przebiega też przy samym brzegu oceanu.

Kolej bermudzka w 1960r.

Diabelskie wyspy, jak zwykło się je kiedyś nazywać, są niezaprzeczalnie rajskimi wyspami. Wspaniałe widoki, puste plaże i słońce przez cały rok rekompensują wszelkie niedogodności. Na pewno dużo silniej odczuwa się tu moc natury. Nie spodziewałam się, że wilgotność na poziomie 90 proc. zmieni tak wiele w codziennym życiu. Źle przechowywane dokumenty mogą się po prostu rozłożyć, a niedosuszone ubrania spleśnieją w ciągu kilku dni.

Ogromne ilości małych żyjątek, które codziennie trzeba wyeksmitować z mieszkania i widmo corocznego huraganu sprawiają, że trzeba codziennie mierzyć się z dziką naturą.

Żyjąc w Warszawie, stawiało się czoła zupełnie innym problemom. Uwielbiam zmiany i przygodę, i na pewno nie będę żałować decyzji o przeprowadzce. Momentami jest ciężko, szczególnie, gdy brakuje przyjaciół, ale wierzę, że doświadczenie podróży czy emigracji wzbogaca człowieka i czyni go lepszym. Na razie czuję, że musi minąć jeszcze trochę czasu, zanim rozwiążę moją zagadkę Trójkąta Bermudzkiego i w pełni zrozumiem tutejsze zwyczaje. Gorąco polecam Bermudy, szczególnie jeśli planujecie podróż do Stanów, bo lot z NY trwa niecałą godzinę. Jeśli tylko nie pochłonie mnie morski potwór, to oferuję się jako przewodnik, bo pomimo małych rozmiarów, Bermudy skrywają kilka sekretnych i naprawdę niesamowitych miejsc, które postaram się wam opisać w następnym tekście.

TRAVEL