Wstające z grobów martwe norki w Danii ogłaszają koniec hygge

To kolejny dowód na to, że Dania wcale nie jest oazą szczęścia.
.get_the_title().

Dania przeważnie kojarzy nam się z krajem szczęśliwych ludzi, którzy za sprawą magicznej formuł hygge odkryli, jak żyć szczęśliwie. Nic dziwnego, zwłaszcza że Duńczycy od lat znajdują się w czołówce najszczęśliwszych narodów na świecie – w ubiegłym roku znaleźli się na drugim miejscu raportu ONZ World Hapiness Report, ustępując tylko Finom. Raport ten sprawdza, jak zadowoleni z życia są mieszkańcy danego kraju, biorąc pod uwagę różne czynniki: PKB na mieszkańca, poziom opieki społecznej, średnią długość życia w zdrowiu, wolności i swobody obywatelskie, wysokość wsparcia dla organizacji charytatywnych czy poziom korupcji. Jak widać, w raporcie nie pojawiają się żadne kwestie związane z ochroną środowiska ani wpływu, jaki gospodarka danego kraju ma na resztę planety. Gdyby tak było, Dania nie miałaby najmniejszych szans na tak wysoką pozycję w rankingu.

Ślad ekologiczny Danii, czyli wskaźnik szacujący zużycie zasobów naturalnych w stosunku do możliwości odtworzenia ich przez Ziemię, jest naprawdę wysoki – w badaniach z 2017 roku kraj znalazł się na piątym miejscu na świecie, co ma związek z produkcją mięsa i wysokim wskaźnikiem jego spożycia.

Jednak na tym grzechy Danii się nie kończą: pisaliśmy już o cyklicznej i masowej rzezi delfinów i grindwali u brzegi zależnych od Danii Wysp Owczych. Z kolei na początku listopada zrobiło się głośno o duńskich fermach norek.

Kraj ten jest największym eksporterem futer z norek na świecie (17 mln skór rocznie) i działa w nim aż 1500 ferm.

W ostatnim okresie wśród norek doszło do gwałtownego rozprzestrzenienia się podłapanego od ludzi koronawirusa i to na 200 fermach. W efekcie transmisji zwrotnej wirus z norek przeniósł się na co najmniej kilkanaście osób. Ponadto zmutował, a więc jak sądzą eksperci, gdyby w nowej wersji wymknął się spod kontroli, mógłby znacząco utrudnić tempo wdrażania szczepionki i stanowić duże, nie tylko lokalne, zagrożenie (szerzej pisaliśmy o tym tutaj).

fot. Morten Stricker / AP

W efekcie rząd zadecydował o eksterminacji wszystkich duńskich norek, czyli ok. 17 mln, i póki co wybito ich ponad 10 mln. Martwe zwierzęta zostały zakopane w ziemi.

Na tym jednak makabryczna historia się nie kończy: okazało się bowiem, że część z nich zakopano w zbyt płytkich grobach, tak więc martwe norki zaczęły „wychodzić” na powierzchnię.

Jak to możliwe? Odpowiada za to gromadzący się w martwych ciałach gaz. – Kiedy ciała ulegają rozkładowi, mogą powstawać gazy. To powoduje, że ciała trochę się rozszerzają. W efekcie, w najgorszym przypadku norki wypychane są z ziemi – tłumaczy rzecznik prasowy policji Thomas Kristensen. Dotyczy to zwłaszcza zwierząt zakopanych w piaszczystej ziemi. Norki, które „wyszły z grobów” są ponownie zakopywane w innych miejscach. Ministerstwo środowiska mówi, że to chwilowy problem związany z procesem rozkładu i ustanie, gdy w martwych zwierzętach przestaną powstawać gazy. Tymczasem jednak obszar, gdzie zostały pochowane norki, jest monitorowany. Należy podkreślić, że martwe zwierzęta nie stanowią zagrożenia dla ludzi – wirus, którym były zainfekowane, przenosił się w wydychanym przez nie powietrzu. Mimo wszystko doniesienia o norkach wstających z grobów brzmią jak wyjęte z horroru. Z pewnością nie jest to coś, co kojarzy nam się z krajem ludzi szczęśliwych.

Czy w takich warunkach można żyć hygge?

Tekst: NS

Zmiany Klimatu