Mniej pracy, DIY, miejskie ogrodnictwo, spółdzielnie, kooperatywy, garażówki i slow food. Tak uratujesz świat!

Czterodniowy tydzień pracy jest już blisko. Ale by stworzyć system zdolny zapobiec katastrofalnym zmianom klimatu i kryzysom coraz większej gospodarki może być potrzebna bardziej drastyczna redukcja czasu pracy.
.get_the_title().

Każdy kto wierzy w nieskończony wzrost na fizycznie ograniczonej planecie, jest szaleńcem lub ekonomistą – powiedział dawno temu…ekonomista Kenneth Boulding. To samo mówi dziś środowisko naukowe skupione wokół koncepcji degrowthu.

I dodaje, że gospodarka jest za duża, a jej dalszy wzrost to zagrożenie dla klimatu i całej biosfery, w tym nas samych.

W czym problem? Nasz dzisiejszy świat oparty jest na wzroście gospodarczym/PKB, czyli natręctwie wytwarzania dóbr i usług o rosnącej każdego roku wartości rynkowej. Najczęściej oznacza to po prostu więcej. Więcej surowców i więcej energii potrzebnej do ich wydobycia, przetworzenia, transportu, użytkowania i – jak dobrze pójdzie – recyklingu. Niebezpiecznie zwiększa to też nasze szanse na katastrofę klimatyczną i przekroczenie innych barier planetarnych. Badania potwierdzają bowiem, że wzrost PKB jest silnie skorelowany ze wzrostem emisji dwutlenku węgla. Niestety pokazują też, że nowe, oszczędniejsze technologie wcale nie prowadzą do ograniczenia emisji i spadku poziomu zużycia surowców.

Okazuje się bowiem, że często wzrost efektywności skłania nas do bardziej intensywnego korzystania z danego narzędzia/zasobu, przez co potencjalne korzyści po prostu znikają jak kamfora. To tzw. efekt odbicia (rebound effect).

Badacze degrowthowi wskazują, że gospodarka prędzej czy później przestanie rosnąć, a może nawet znacznie się skurczyć. Zresztą już dziś nad krajami rozwiniętymi krąży widmo tzw. sekularnej stagnacji – braku “paliwa” dla dalszego wzrostu. Tym bardziej warto planować transformację w kierunku świata wolnego od tego uzależnienia, a jednocześnie ograniczyć negatywny wpływ na klimat i inne elementy środowiska.

Rozwiązaniem może być bardziej lokalna, mniej emisyjna gospodarka oparta na długowieczności produktów i mniej materialnym, osadzonym w społeczności stylu życia.

Mniej pracy to mniej pośpiechu, mniej wywołanych nią produkcji i konsumpcji, mniej tzw. bullshit jobs i ograniczenie przyspieszenia społecznego. Samo zdrowie. Brzmi świetnie ale zakładając, że nie nastąpi nagły kryzys, transformacja do świata postwzrostu/degrowthu trochę potrwa. Jak to zrobić i jak sprawić by nie były to rozwiązania dostępne tylko dla garstki wybrańców?

W 2018 roku szerokim echem odbił się list otwarty naukowców, a także petycja nawołująca instytucje unijne do powołania specjalnej komisji ds. polityki postwzrostowej oraz do przemianowania “Paktu na rzecz Stabilności i Wzrostu”, czyli dokumentu regulującego zasady unijnej polityki gospodarczej, na “Pakt na rzecz Stabilności i Jakości Życia”.

Ponadto, środowisko naukowe skupione wokół degrowthu prowadzi badania i zastanawia się nad tym jak mogą wyglądać system finansowy i inne instytucje w świecie nieopartym na wzroście gospodarczym. Organizowane są szkoły letnie, pojawia się sporo publikacji w czasopismach naukowych, a co dwa lata odbywają się konferencje degrowthowe na ponad tysiąc osób. Działają już sieci inicjatyw wprowadzające te założenia w życie, np. europejskie Transition Towns czy New Economy Coalition w USA.

Brzmi utopijnie? Koncepcja bezwarunkowego dochodu podstawowego weszła do mainstreamu, zaś dodatkowy dzień wolny w tygodniu ma być jedną z propozycji brytyjskiej Partii Pracy przed następnymi wyborami parlamentarnymi. Z kolei miliarder Richard Branson zachęca by już zacząć myśleć o skróceniu etatu do trzech dni tygodniowo. To dobry kierunek – więcej czasu na pielęgnowanie grządek i relacji, na naukę języków, muzykę i czytanie książek odłożonych na później. I ratunek dla planety.

Tekst: JCh

Banner Image Banner Image
AdvertisementAdvertisement
AdvertisementAdvertisement
Preloader spinner
Print
Print Text
Zobacz więcej
Wybierz region
Facebook
Age: