Nie bójmy się być radykalni – porzucenie kapitalizmu to jedyny ratunek dla planety

Jeśli nie porzucimy imperatywu wzrostu gospodarczego za wszelką cenę, to wyssiemy planetę do sucha, a wszystkie nasze ekologiczne innowacje nie będą miały znaczenia.

Koncepcja wzrostu gospodarczego za wszelką cenę jest relatywnie nowa. Według Jasona Hickela, autora książki ‘Mniej znaczy lepiej. O tym, jak odejście od wzrostu gospodarczego ocali świat’, pojawiła się dopiero pomiędzy XIV a XVI wiekiem, gdy wyzwoleni chłopi zorganizowali w Europie własne agrarne społeczności i przejęli surowce, które wcześniej były wspólne. Nie spodobało się to możnowładcom, którzy wpierw otoczyli te społeczności, a następnie brutalnie stłumili powstania. Zagłodzeni i pokonani chłopi musieli przyjąć feudalne zasady możnych i pracować pod ich butem, a tamci przejęli ziemie i zaczęli akumulować nadwyżkę produkcji. Początek mechanicznej i kalkulowanej akumulacji dóbr natury, jak wszystkie duże zmiany w historii ludzkości, powiązany jest też ze zmianą paradygmatu myślowego w ówczesnej filozofii – scjentystyczne i mechaniczne podejście do natury, które zastąpiło racjonalno-teologiczną kosmologię, przyczyniło się do gospodarczej i politycznej rewolucji. Dualizm kartezjański, który zakładał nie tylko rozdział, ale i prymat umysłu nad materią, naszkicował nowy obraz świata – jako uległego i posłusznego, ale zarazem karmiącego i życiodajnego. Takie rozumienie rzeczywistości naturalnej przyczyniło się też do tego, że europejscy kolonizatorzy traktowali niechrześcijan nie jako ludzi, a jako surowce.

Kartezjańska filozofia odczarowała świat – stał się on obiektem, a zamieszkujące go istoty przedmiotami.

W połowie XIX wieku z tych założeń wyrosła nowa nauka. Ekonomia neoklasyczna całkowicie oderwała gospodarkę od świata przyrody. Gospodarka była nastawiona nie na tworzenie szczęśliwego i dostatniego społeczeństwa, ale na nieustanny wzrost jako swój własny cel, osiągany w cyklu przekształcania pracy i zasobów w kapitał, który ma być akumulowany i reinwestowany w coraz szybszym i większym stopniu. Stało się tak mimo sprzeciwu takich klasycznych ekonomów, jak John Stuart Mill, czy Adam Smith, którzy widzieli naturalne ograniczenia wzrostu, a rozwój gospodarczy jako zaledwie jedną z faz rozwoju ogólnego – na pewnym etapie ludzkość miałaby stworzyć wystarczające bogactwo, aby skierować uwagę na inne definicje rozwoju. Nawet John Maynard Keynes nie wierzył w nieskończony wzrost dla samego wzrostu.

Konieczna jest głęboka restrukturyzacja naszych imperatywów ekonomicznych.

Degrowth

Idee degrowthu, czyli ruchu sprzeciwiającego się wzrostowi gospodarczemu za wszelką cenę, weszły do mainstreamu wraz z amerykańskim prezydentem Jimmym Carterem w latach 70. Przekonywał on swoich ludzi do przyjęcia rozwiązań OZE, zmniejszenia konsumpcji, korzystania z komunikacji publicznej, skupienia się na swojej społeczności i jej rozwoju, zamiast na dobrach materialnych. Było to niecodzienne zachowanie w czasie pokoju – prośba o umiar, oszczędność i solidarność, jakby nieustannie, tym razem gdzieś w tle, trwała wciąż jakaś permanentna wojna. Carterowi przyświecały pewne cele, ale inne niż nam się wydaje – prezydent USA chciał nie dekarbonizacji, a niezależności energetycznej i gospodarczej od krajów bogatych w ropę naftową. – W samych łupkach mamy więcej ropy niż kilka Arabii Saudyjskich i więcej węgla niż jakikolwiek kraj na Ziemi. Mamy narodową wolę wygrania tej wojny – mówił Carter w przemówieniu.

Dopiero E. F. Schumacher, autor książki ‘Małe jest piękne: spojrzenie na gospodarkę świata z założeniem, że człowiek coś znaczy’ i krytyk mainstreamowej ekonomii, przekonywał, że zarówno lewica, jak i prawica nie widzą szerszego obrazu, walcząc o kontrolę nad środkami decydującymi o wzroście gospodarczym. Dla Schumachera wizja wyzwolenia to nie kwestia zmian grup u władzy, lecz głęboka, permanentna transformacja imperatywów ekonomicznych. Kwestia wzrostu, która wymaga ciągłej produkcji i konsumpcji, cechuje się pewnym stopniem przemocy, który nie wpisuje się w sposób działania natury. Nieskończony wzrost nie jest możliwy na skończonej planecie. W latach 70. naukowcy z MIT obliczyli, ile wytrzyma ludzkość przy tym samym poziomie konsumpcji energii i materii – okazało się, że maksymalnie do połowy XXI wieku. 50 lat po wizji Schumachera widzimy skutki, które przewidział.

Schumacher wskazywał ponadto, że wskaźnik PKB nie jest miarodajnym sposobem oceny standardu życia – PKB dotyczy produkcji, a tym samym zdrowia gospodarki. Nie mierzy jednak konsumpcji, sposobu rządzenia oraz handlu, nie mówiąc już o każdej pracy w domu czy o czarnym rynku. Co jednak najważniejsze, nie mierzy odpoczynku – najlepiej dla PKB, gdyby każdy pracował niemal dobę i zajeżdżał się na śmierć. Standard życia obywateli jest jednak wówczas bardzo niski.

Photo by Library of Congress on Unsplash.

Image

Jason Hickel

Antropolog ekonomiczny, autor książki ‘Mniej znaczy lepiej’

W degrowth podoba mi się to, że oferuje krytykę kapitalizmu, która ma sens dla ludzi, którzy nie są jeszcze antykapitalistami, ponieważ dociera do sedna tego, czym naprawdę jest kapitalizm. Większość ludzi zakłada, że kapitalizm dotyczy rynków i handlu; i co może być w tym złego? Ale rynki i handel istniały przez tysiące lat przed kapitalizmem; kapitalizm wyróżnia to, że jest zorganizowany wokół i zależny od ciągłej ekspansji dla dobra akumulacji elit. Kiedy zwracasz na to uwagę ludziom, od razu rozpoznają to jako problem i zaczynają myśleć o tym, jak mogłoby wyglądać postwzrostowe, postkapitalistyczne społeczeństwo. Innymi słowy, degrowth oferuje rodzaj praktycznego i odpowiedniego wejścia do myśli postkapitalistycznej.

Często wejście w dyskurs o słuszności wzrostu gospodarczego odbywa się poprzez koncepcję tzw. zielonego wzrostu. To fałszowanie rzeczywistości. Zielony wzrost nie istnieje w skali globalnej.

Co to jest zielony wzrost i dlaczego nie działa?

To wizja oparta na przekonaniu, że postęp technologiczny drastycznie zmniejszy ilość surowców potrzebnych do utrzymania wzrostu – proces znany jako dematerializacja – i oddzielenia rosnącego PKB od jego wpływu na środowisko. Wskazuje się wówczas na przejście bogatych krajów z gospodarki industrialnej do opartej na usługach oraz na lepszą wydajność energetyczną i materiałową – zastępujemy listy e-mailami, płytki plikami cyfrowymi i generalnie żyjemy więcej w rzeczywistości elektronicznej, a mniej w tej nieelektronicznej.

Zielony wzrost jest popularnym ruchem, ponieważ z jednej strony utrzymuje w pewnym stopniu status quo, a z drugiej bierze pod uwagę zagrożenia kryzysu klimatycznego. Tak twierdził choćby Barack Obama, mówiąc, że walka ze zmianami klimatycznymi nie wymaga mniejszego wzrostu ani niższego standardu życia. Taki pogląd nie bez powodu jest popularny – jest uspokajający. Jest też niestety fałszywy. W ramach zielonego wzrostu liczy się jedynie emisje krajowe i kraje rozwinięte oparte na usługach. Kryzys klimatyczny jest natomiast kryzysem globalnym, a dobra wciąż produkowane są w fabrykach, tylko teraz w innych, biedniejszych krajach, które eksportują je na świat. Jeśli liczysz emisje kraju, który zaprzestał produkcji pralek, komputerów czy samochodów – są one rzeczywiście mniejsze. Jeśli jednak doliczysz emisje wytworzone przy produkcji wszystkich importowanych dóbr, nic się nie zmienia. Zielony wzrost nie może być inicjatywą globalną, przez co nie spełnia swoich celów. Najnowsze badania nie wykazują oznak zmniejszenia zużycia energii czy materiałów na świecie, nawet przy rozwoju OZE.

Ten pozorny paradoks wyjaśniany jest przez pewne zjawisko, zaobserwowane już w XIX wieku. Otóż w systemie nastawionym na wzrost, rozwój produkcji, użycie piły mechanicznej zamiast siekiery nie przełoży się na wykonanie tej samej pracy w krótszym czasie – to czas pozostanie bez zmiany, a wzrośnie produkcja. Tak samo rozwój OZE i nowe elektrownie wiatrowe czy słoneczne zostaną dodane do całego miksu energetycznego, żeby odpowiedzieć na wzrastające zapotrzebowanie. A ono ciągle rośnie. Obecny system wymaga rocznego wzrostu około 3 proc., aby uniknąć recesji – to oznacza konieczność podwojenia gospodarki co 23 lata. Gospodarka z 2000 roku musi być więc 20 razy większa w roku 2100. Stanowisko zielonego wzrostu utrzymuje jednak, że taki stan rzeczy może mieć miejsce w nieskończoność, bo innowacje dematerializują część gospodarki. Jednak już 2000 rok był pierwszym, gdy ludzkość zużyła więcej energii i materiałów, niż jest to bezpiecznie możliwe. Jak na razie zielony wzrost wymaga rozwoju technologii mocno opartej na eksploatacji materiałów, często rzadkich, przy produkcji takich produktów, jak samochody Tesli czy smartfony. Nawet jeśli samochody elektryczne doprowadzą do redukcji emisji, to nic to nie zmieni. Zaoszczędzona energia i materiały nie prowadzą bowiem do ostatecznej redukcji zużycia, lecz zainwestowania zaoszczędzonych dóbr w poszerzenie i rozwinięcie dalszej produkcji – w ten sposób imperatyw wzrostu unieważnia zielony wymiar wszelkiej ekologicznej innowacji.

Photo by Lubo Minar on Unsplash.

Ekosocjalizm wymaga poświęceń, ale daje wiele w zamian – przede wszystkim zdrową planetę.

Ekosocjalizm

Gospodarka w ramach tzw. ekosocjalizmu przestałaby dążyć do wzrostu – ekologicznego lub innego. Materiały i energia będą nadal zużywane, a odpady wytwarzane, ale na znacznie niższych poziomach. Zamiast indywidualistycznej gospodarki konsumenckiej, gospodarka postwzrostowa skierowałaby się ku tworzeniu dóbr publicznych, które pozwolą żyć dobrze jak największej liczbie ludzi, zamiast utrzymywać setki osób w skrajnym luksusie. Rozwinięty zostałby transport zbiorowy, publiczna opieka zdrowotna czy publiczna edukacja. Ekosocjalista skupia się na kwestii odpoczynku, bezpieczeństwa i rozwoju ludzkiego, co jest możliwe, gdy porzucimy imperatyw wzrostu.

Coraz więcej badań ujawnia odwrotną zależność między ‘szczęściem’ a wzrostem powyżej pewnego punktu. W bogatych krajach ogólne zadowolenie osiągnęło szczyt w 1950 roku, kiedy PKB i realne dochody per capita stanowiły ułamek ich obecnej wielkości (a nierówności były bliskie współczesnym historycznym minimom). Zwolennicy ograniczenia wzrostu zakładają, że podobny poziom szczęścia zostanie uzyskany, gdy cofniemy się na poziomie gospodarczym.

Gospodarka postwzrostowa definiowana jest przez stabilność i równość, a także wolność i czas na odpoczynek. Takie nastawienie jest możliwe, nie jest ona już podporządkowana ciągłemu wzrostowi. Szacuje się, że amerykańską gospodarkę można zmniejszyć nawet o 65 procent, jednocześnie poprawiając życie obywateli. Obejmuje to wskaźnik najczęściej związany z celebracją niekończącego się wzrostu: oczekiwaną długość życia.

To wszystko wymaga jednak tego, co współczesny konsument nazwałby ‘poświęceniem’. Wiele osób przeciwnych jest kapitalizmowi, ale nie jest jasne, jak wiele osób zrezygnuje z pewnych przyjemności. Jason Hickel nie jest konkretny w kwestii tego, z czego należy zrezygnować, ale jako niespójne z degrowthem wskazuje paliwa kopalne, broń i wielkie samochody, a także konsole do gier, podwójne garaże czy multum urządzeń w każdym domu. Generalnie obraz jest taki: utrzymujemy przy życiu nowoczesne, całodobowe szpitale, szybką i powszechną komunikację, darmową edukację, ale rezygnujemy z wszystkiego, co jest zarazem obciążające dla środowiska, jak i niekonieczne. Przy czym ratujemy jednocześnie planetę przed apokalipsą.

Degrowth wymaga po prostu pewnego przedefiniowania tego, co to znaczy majątek – tutaj byłby on bardziej ogólnospołeczny i wspólny, skupiony bardziej na fundamencie niż na ‘luksusie’.

Photo by Ricardo Gomez Angel on Unsplash.

System musi być globalny, bo zagrożenia są globalne.

Ekosocjalizm jako zjawisko globalne

Skupmy się teraz na koniecznej ‘globalności’ zjawiska. Postwzrostowy ekosocjalizm musi być globalny, aby zaadresować swój cel – kryzys klimatyczny. Obecnie jednak wiele krajów nie jest na wystarczającym poziomie gospodarczym, aby zacząć rozwijać się w inną stronę, szczególnie jeśli chodzi o kraje z globalnego południa.

Krótkoterminowy wzrost musiałby być kontynuowany w tych krajach, które wciąż nie osiągnęły podstawowego poziomu warunków sanitarnych, infrastruktury i edukacji potrzebnej do godnego standardu życia. Większym celem tych krajów byłoby uwolnienie się od ich historycznej roli jako źródła zasobów naturalnych i taniej siły roboczej dla północy. Aby postwzrost był sprawiedliwy, globalny i skuteczny, najostrzejsze ograniczenie konsumpcji będzie musiało nastąpić na północy, gdzie obecnie wyrządzane są największe szkody planecie. W krajach bogatych i rozwiniętych w Ameryce Północnej, Europie i Azji przeciętna osoba zużywa około 28 ton surowców rocznie, w porównaniu do 2 ton w krajach biednych. Ekonomiści natomiast uznają, że bezpieczna granica wynosi 8 ton.

Przepaść między narodami staje się jeszcze bardziej ekstremalna, gdy spojrzymy na emisje. Najbogatsze 20 procent populacji ludzkiej odpowiada za 90 procent nadmiaru CO2 w atmosferze. Jeden procent najbogatszych ludzi na świecie ma dwa razy większy ślad węglowy niż najbiedniejsza połowa populacji świata razem wzięta. Dla globalnej północy degrowth nie tylko zaczyna się na krajowym podwórku, ale też na najbogatszym podwórku.

Photo by Fateme Alaie on Unsplash.

Społeczeństwo socjalistyczne musi być w swoich założeniach egalitarne i opiekuńcze, żeby było zasadne i nie zamieniało jednego zła na drugie.

Kwestia czasu czy niedoścignione marzenie?

Mówiąc krótko: ekosocjalizm zakłada przede wszystkim, że walka z globalnym ociepleniem jest niekompatybilna z kapitalizmem opartym na imperatywie wzrostu i najlepszą drogą do uratowania planety jest ruch w stronę socjalizmu. Wizja ekosocjalistyczna nie zakłada oczywiście życia w zgodzie z przyrodą w sensie jakichś prymitywnych agrarnych komun. Chodzi o radykalne ograniczenie zużycia naturalnych surowców planety, aby nie przekraczać jej możliwości regeneracyjnych, a zarazem skupić się na potrzebach fundamentalnych, które podwyższają jakość życia ogółu, kosztem jakości życia najbogatszych elit. W innym wypadku planeta się wyczerpie.

Mamy już środki i technologię, aby przejść do systemu, który działa na bezemisyjnej energii, ale nie stanie się to w obecnej sytuacji, ponieważ nie przyniesie to korzyści tym, którzy są już na szczycie. Badania wykazały, że zaledwie 100 firm odpowiada za 71 proc. światowej emisji gazów cieplarnianych. Gdybyśmy stworzyli rząd chcący ściśle regulować te firmy, miałoby to drastyczny wpływ na emisje i otworzyłoby drzwi do pozyskiwania wyłącznie czystej energii. To oczywiście bardzo trudne – przekonać cały świat do głębokiej restrukturyzacji gospodarczej. Nie jest to jednak w żadnym stopniu utopia – nie jest to wyśnioną ideą idealistyczną ani nie jest z natury niemożliwe – jest to raczej dalekosiężny cel.

Na Zachodzie widać bowiem powolny wzrost popularności rozwiązań socjalistycznych i ekosocjalistycznych – w osobach Alexandrii Ocasio-Cortez, Jeremy’ego Corbyna czy globalnych inicjatywach ekologicznych, takich jak porozumienie paryskie, czy COP26 oraz szeregu książek i artykułów w mainstreamowych mediach. Idea degrowthu jest zresztą kompatybilna nie tylko z ekosocjalizmem, bo może rozwijać się w każdym antykapitalistycznym ruchu ideologicznych – np. socjaldemokracji, anarchizmie czy enwironmentalizmie. Rozwój tej myśli może być równoległy i z czasem synergiczny, degrowth nie może być przecież opóźniany w czasie w nieskończoność. Przy czym Jason Hickel uważa, że ekosocjalizm jest celem, a degrowth drogą do niego.

W kontekście ekosocjalizmu pojawia się jednak obawa autorytaryzmu – takie rządy musiałyby ponapinać wiele mięśni, aby osiągnąć swój cel. Oczywiście jest też inna droga i to ona jest faworyzowana przez ekosocjalistów: stopniowa restrukturyzacja na drodze demokratycznej i wypracowanie wspólnych rozwiązań.

Photo by Justin Bautista on Unsplash.

Image

Eric Holthaus

Meteorolog i dziennikarz klimatyczny

[Ekosocjalizm] nie będzie wymagał od wszystkich oddania całego majątku i życia na farmie. Myślę, że możliwe jest posiadanie świata, którego pragniemy i świata, który musimy mieć. Chcę wierzyć, że to prawda. Pomyśl o świecie sprzed 30 lat: 1988 był zupełnie innym światem. Przykładem, do którego zawsze wracam, są małżeństwa homoseksualne. W pewnym momencie wydawało się to niemożliwe. Wydawało się, że to kwestia, której nigdy nie zmienimy. Ale z wieloma ludźmi pracującymi za kulisami i bardzo publicznie przez dziesięciolecia, świat polityczny zmienił się w ciągu zaledwie kilku lat.

Popularyzacja ruchu degrowth wymaga wciąż wiele pracy, lecz równolegle na świecie wiele społeczności powoli zmierza w tym kierunku.

Przykładem są takie miasta jak Amsterdam i Kopenhaga, które przyjęły tzw. model pączka. Widzimy to również na poziomie krajowym, gdzie Nowa Zelandia, Szkocja i Islandia zdecydowały się porzucić wzrost PKB jako cel rządu. Są też działania na poziomie międzynarodowym: Komisja Ochrony Środowiska Parlamentu Europejskiego niedawno głosowała za wprowadzeniem wiążących celów dotyczących wykorzystywania materiałów pochodzących z recyklingu w produktach i zużywania mniejszej ilości surowców, a także ograniczenia nagromadzenia zanieczyszczenia tworzywami sztucznymi i zaprzestania marnowania materiałów wielokrotnego użytku. To podstawowa polityka degrowth.

Grafika główna: Wallpapers.com
Tekst: Miron Kądziela

Preloader spinner
Print
Print Text
Zobacz więcej
Wybierz region
Facebook