Norweski friluftsliv sposobem na przetrwanie w czasach społecznej izolacji

Nadchodzi zima, a z nią widmo kolejnej fali epidemii. Jedni boją się narażać zdrowie, idąc do biura, inni obawiają się o swoją godność, nosząc maseczkę. Wobec tak odmiennych postaw trudno znaleźć złoty środek i poprawić humor wszystkim. Zamiast stale narzekać lepiej wziąć przykład z Norwegów i przekuć niedogodności w cenne doświadczenia.
.get_the_title().

Kari Leibowitz z Stanford University prowadzi badania dotyczące tego, jak sposób myślenia wpływa na poprawę zdrowia psychicznego i fizycznego. Swoje obserwacje prowadziła między innymi w Tromsø, mieście oddalonym 350 kilometrów na północ od koła podbiegunowego, którego mieszkańcy nie widzą słońca od połowy listopada do połowy stycznia. Wybrany przez nią obszar badań był zapewne mocno odległy od realiów jej rodzinnego stanu New Jersey czy Stanford w słonecznej Kalifornii. Fakt, że ludzie żyjący na kole podbiegunowym są „uzbrojeni” w sposób myślenia, który pomaga przetrwać długą noc polarną, nie jest niczym nowym. By żyć w tak skrajnych warunkach, nie można mieć wahań nastroju, myśli samobójczych czy skłonności depresyjnych. Podczas najciemniejszych okresów nocy polarnej do Tromsø docierają tylko promienie słoneczne rozświetlające niebo spod horyzontu przez dwie do trzech godzin dziennie. Mimo to jego mieszkańcy nie przejawiają zimowej depresji, jakiej można by się spodziewać, mieszkając w miejscu pogrążonym w praktycznie całkowitych ciemnościach. Jaki jest więc sekret psychicznego dobrostanu mieszkańców północy?

Spośród wielu potencjalnych wyjaśnień Leibowitz sugeruje, że szczególną rolę odgrywa sposób myślenia i psychiczna gotowość do przystosowania się nawet do skrajnie trudnych warunków.

Osoby, które stresujące sytuacje postrzegają jako wyzwania dające możliwość uczenia się, zwykle radzą sobie znacznie lepiej niż ci, którzy koncentrują się jedynie na zagrożeniach. Te różnice w nastawieniu do życia nie tylko wpływają na nastrój, ale także na reakcje fizjologiczne zachodzące w ludzkim organizmie, jak zmiany ciśnienia krwi i tętna, oraz przebieg rekonwalescencji. Co zadziwiające, im dalej na północ i im trudniejsze warunki, tym bardziej pozytywne nastawienie do życia wśród ludzi. W 1859 roku norweski dramatopisarz, Henrik Ibsen opublikował wiersz „Paa Vidderne” („Na szczytach gór”), w którym po raz pierwszy użył słowa friluftsliv. Dzieło opisuje stan, w jakim znajduje się człowiek obcujący z naturą. Norweskie słowo friluftsliv trudno jest przetłumaczyć na inny język. Jest ono połączeniem słów “fri” – wolny, “luft” – powietrze oraz “liv”, które oznacza życie. Niezależnie od tłumaczenia przyjmuje się, że friluftsliv to po prostu aktywne spędzanie czasu wolnego w otoczeniu przyrody. Nic prostszego, wszyscy to robią – myślisz? Otóż nie do końca w takiej formie, jak czynią to Skandynawowie. Nasz rodzimy model wyjazdów na łono natury kojarzy się raczej z kolejkami na Morskie Oko, zatłoczoną Soliną lub parawanami nad Bałtykiem. Niby na powietrzu, ale kontakt z naturą w tym przypadku ogranicza się najczęściej do piasku wymieszanego z resztkami po minionych imprezach i skrzeku mew frytkojadów. Niewiele osób decyduje się na prawdziwy surwiwal, a ci, którzy podejmują takie wyzwanie, są zwykle wytrawnymi taternikami lub miłośnikami sportów ekstremalnych.

Tymczasem cała norweska kultura oraz codzienne życie uzależnione jest od warunków pogodowych i dóbr naturalnych.

Wielu Norwegów posiada swoją chatkę (nor. hytte), w której na odludziu, z dala od jakiejkolwiek cywilizacji, spędzają czas, chodząc po górach, łowiąc ryby, zbierając owoce leśne czy smażąc gofry popijane gorącą kawą, przygotowaną oczywiście na ognisku.

Fot. Paweł Siodłok / Lysebotn

Ten powrót do podstaw egzystencji i nauka przebywania ze sobą w całkowitym osamotnieniu może wydawać się wyreżyserowaną scenką ze zdjęć na Pintereście. Kto jednak Norwegię odwiedził, ten wie, że nie ma w tej postawie nic udawanego, a odnajdywanie sensu i wartości w izolacji jest głęboko zakorzenione w kulturze skandynawskiej. Wikingowie też hartowali ciało i charakter samotnymi wyprawami, spędzając długie miesiące w górach, zdani tylko na siebie. Kapryśny klimat, noc polarna i ukształtowanie terenu sprawiły, że życie w odosobnieniu nie jest niczym ani nowym, ani specjalnie trudnym dla przeciętnego Norwega. Nie trzeba wyprawiać się na daleki Svalbard, by dostrzec, z jakimi „utrudnieniami” borykają się mieszkańcy krainy fiordów. Norwegia charakteryzuje się specyficznym ukształtowaniem terenu. Wysokie, porośnięte gęstym lasem góry, głębokie fiordy, smagane lodowatym wiatrem wyspy ukształtowane z ostrych skał, na których nie rośnie ani jedno drzewo – w każdym z tych miejsc ludzie musieli nauczyć się koegzystować z naturą i czerpać z niej korzyści.

Nietrudno się domyślić, że tak zróżnicowane ukształtowanie terenu może utrudniać codzienne spontaniczne spotkania towarzyskie.

W gminie Kvitsøy mieszka około 511 osób i sporo więcej owiec wypasających się wolno na nieosłoniętych od wiatru pastwiskach. Domy rozsiane są na wielu malutkich, odizolowanych od lądu wysepkach. By zrobić zakupy, oddać książki do biblioteki czy zabrać dzieci na lody, warto mieć własną łódź, bo sklepy i inne miejsca użyteczności publicznej znajdują się zwykle w głębi lądu. Mimo to ludzie, których spotyka się z rzadka na ulicach, sprawiają wrażenie zadowolonych z życia. Kto wie, być może dlatego, że kutrem nie stoi się w korkach? Jeśli dla kogoś 511 mieszkańców to niewiele, warto by odwiedził wieś w gminie Sandnes w norweskim hrabstwie Rogaland. Wioska Lysebotn licząca 13 osób, położona jest na wschodnim krańcu Lysefjorden w zupełnie odizolowanej dolinie, do której dostać można się jedynie helikopterem lub łodzią. Do miejscowości prowadzi w prawdzie jedna kręta doga, ale by nią dojechać, należy pokonać wysokie pasmo górskie otaczające Lysefjorden.

Fot. Paweł Siodłok / Lysebotn

Mieszkańcy Lysebotn zapewne nie rozumieją. co znaczy strach przed izolacją wywołany przez pandemię, zwłaszcza że zaopatrzenie do jedynego sklepu przypływa kilka razy w tygodniu promem, a przesyłki dostarcza „helipoczta”. Po zacumowaniu na pobliskiej przystani można rozpalić ognisko, upiec złowione wcześniej ryby i napić się kawy w maleńkim barze. Nikt nie zwraca uwagi na przyjezdnych, o ile oczywiście zachowują się przyzwoicie. W tym mikroświecie otoczonym przez wypełnione nietoperzami jaskinie jest w zasadzie wszystko. Siedząc na przystani z widokiem na fiord i szumiący wodospad, dopada człowieka refleksja, że w sumie nic nie jest nam do życia więcej potrzebne.

Zdrowie mieszkańcom tych krańców Norwegii zapewnia nie tylko chłód, ale ogólne nastawienie do życia i nietypowa odporność na sytuacje stresujące czy niewygodne.

Dla przykładu: jeśli jakimś trafem osoba pobierająca opłaty za przystań akurat się nie pojawi, a miejscowi nie potrafią wskazać jej aktualnego miejsca pobytu, najpewniej można usłyszeć, że nic nie szkodzi i po prostu należy płynąć dalej. W końcu liczy się chęć uiszczenia opłaty, a nie sam jej fakt.

Fot. Paweł Siodłok / Kvitsøy

Spotkanie Norwega w jego naturalnym środowisku jest równie trudne jak upolowanie sarny w pobliskich lasach. Jeśli mamy szczęście, to właściciel posesji, na którą właśnie weszliśmy (bo kto słyszał o ogrodzeniu), pomacha nam z uśmiechem przez okno. Wchodząc do sklepu, niezależnie od tego, czy jest to wioska licząc 13 osób czy miasto wielkości Oslo, trudno zorientować się, gdzie jest kolejka do kasy. Ludzie zwykle stoją w takich odstępach, że nie bardzo wiadomo za kim się ustawić. Nikt nie patrzy nikomu w koszyk i nie chucha w kark.

Społeczeństwu mocno opartemu na wzajemnej uczciwości łatwiej jest radzić sobie z przeciwnościami, jakie niesie codzienne życie.

Wzajemna tolerancja, stosowanie się do zasad, ale i zdrowe, wrodzone zdystansowanie, może być skuteczniejszym lekarstwem na obecną sytuację, niż niejedna tabletka. Ocenianie Norwegów jako ludzi nieprzystępnych, zimnych i zdystansowanych jest jedynie nieznajomością ich kultury i warunków życia. Na swój dobrostan i odporność – zarówno fizyczną, jak i psychiczną – pracują każdego dnia, stosując się od zasad, które nam wydają się obce, ale w obecnej sytuacji powinny stać się normą. Na początek, w ramach walki z epidemią, warto przetestować skandynawski model spotkań towarzyskich na świeżym powietrzu, bo jak śpiewa zespół Ylvis: „Nie ma złej pogody, są tylko tylko złe ubrania”.

Zdjęcie główne: Paweł Siodłok
Tekst: Anna Puszczewicz-Siodłok

Banner Image Banner Image
Preloader spinner
Print
Print Text
Zobacz więcej
Wybierz region
Facebook
Age: