Wielka Brytania będzie państwem policyjnym? Protesty mają być kontrolowane przez rząd i karane nawet rokiem więzienia

Ostatnie poprawki Priti Patel mają na celu ograniczenie podstawowego demokratycznego prawa do protestu.

Brytyjczycy są oburzeni poprawkami dodanymi w ostatniej chwili do ustawy o działaniu policji. Priti Patel, minister spraw wewnętrznych Wielkiej Brytanii, wprowadziła zmiany do projektu ustawy o ‘policji, zbrodni, wyrokach i sądach’ już po tym, jak przeszedł on przez obrady w Izbie Gmin i w Izbie Lordów. Chciała w ten sposób uniknąć rozgłosu i dyskusji nad kontrowersyjnymi poprawkami, które uderzają w demokratyczne prawo do protestu. Komentatorzy określają pomysły Patel jako przynależące do krajów autorytarnych takich, jak Rosja czy Egipt i obawiają się ‘państwa policyjnego’.

Na 18 stronach dodanych do 300-stronicej ustawy znajdują się m.in. przepisy, które zwiększają uprawnienia policji do ograniczania protestów i przyznają minister spraw wewnętrznych możliwość określenia, które protesty będą dozwolone.

Klauzule 55 i 56 ułatwią policji nakładanie warunków na marsze i protesty, usuwając rozróżnienie między nimi. Tam, gdzie wcześniej policja mogła jedynie orzekać o miejscu, czasie trwania i liczbie osób biorących udział w proteście, teraz będzie mogła nałożyć dowolny warunek, który uzna za konieczny. Jak wskazuje Liberty, organizacja na rzecz wolności obywatelskich, dałoby to policji prawo do całkowitego zakazu wybranych protestów.

Pierwsze doniesienia o kontroli protestów pojawiły się już nieco ponad rok temu. Wówczas wskazywano, że wiele praw, które Brytyjczycy uważają teraz za oczywistość – równość małżeństw czy prawo wyborcze dla kobiet – zostało wywalczone poprzez protesty. Ograniczenie organizowania i udziału w protestach to potężny zamach na podstawy demokracji ze strony rządu Borisa Johnsona, który najbardziej obawia się aktywistów klimatycznych.

Przyjrzyjmy się, co można znaleźć w poprawkach Priti Patel.

51 tygodni więzienia za plakaty

Wśród nowych poprawek są środki, które zakazują protestującym przyczepiania się do innej osoby, obiektu lub ziemi. Przepisy nie tylko sprawią, że przypinanie się – kluczowy sposób protestu na całym świecie – stanie się nielegalne, ale są one na tyle luźno sformułowane, że mogą dotyczyć każdego, kto trzyma się czegokolwiek. Karą za przyczepianie się jest nawet do 51 tygodni pozbawienia wolności. To zdelegalizowałoby taktykę sufrażystek, a także tę stosowaną przez protestujących pod ośrodkami detencyjnymi i lotniskami, którym udało się powstrzymać bezprawne deportacje.

Kolejnym przestępstwem byłoby ‘ingerowanie w infrastrukturę o znaczeniu ogólnokrajowym’, za co może grozić kara 51 tygodni więzienia, grzywna lub jedno i drugie. A co liczy się jako infrastruktura o znaczeniu krajowym? Wszystko od transportu, portów, ropy naftowej po prasę papierową.

Jedna z najbardziej kontrowersyjnych poprawek zwiększa możliwości policji w kwestii przeszukania obywateli. Policja miałaby prawo zatrzymywać i przeszukiwać osoby lub pojazdy przy podejrzeniu, że dana osoba może mieć przy sobie jakikolwiek przedmiot, który mógłby zostać użyty w zakazanym proteście. Chodzi np. o plakaty, ulotki i transparenty. Inne nowe uprawnienia przyznałyby policji prawo do zatrzymywania i przeszukiwania ludzi bez podejrzeń, jeśli uważają, że protest odbędzie się ‘na tym obszarze’. Każdy, kto sprzeciwi się przeszukaniu, może trafić do więzienia na do 51 tygodni. W praktyce znaczy to, że jeśli spacerujesz po jakiejś ulicy, gdzie wedle podejrzeń ma odbyć się protest, możesz zostać przeszukany przez policję, nawet jeśli nigdy o żadnym proteście nie słyszałeś.

Photo by Kyle Bushnell on Unsplash.

Najbardziej oburzające poprawki to nowe uprawnienia do zakazywania protestów konkretnym osobom.

Możemy dostać zakaz, jeśli wcześniej popełniliśmy ‘przestępstwa związane z protestami’. Z powodu innych przepisów w ustawie trudno będzie uczestniczyć w proteście bez popełnienia przestępstwa – np. możemy dostać zakaz, jeśli braliśmy udział lub ‘przyczyniliśmy się’ do protestu, który spowodował ‘poważne zakłócenia’. Poważne zakłócenia mogą być definiowane rozmaicie, nawet jako hałas. Jeśli natomiast chodzi o ‘przyczynianie się’ do protestu, to zawiera się w tym również publikowanie treści w mediach społecznościowych, np. podanie dalej informacji o tym, że dany protest się odbędzie. To oczywiście sprawia, że osoby, które zajmują się organizowaniem protestów, mogą zostać uznane za kryminalistów, jeśli zajdzie taka potrzeba. Warunki indywidualnego zakazu protestów mogą wymagać od ludzi informowania policji o ich aktualnym miejscu zamieszkania i zawierać ograniczenia dotyczące osób, z którymi ludzie mogą się spotykać, a także korzystania z internetu. Naruszenie tych warunków może skutkować wyrokiem 51 tygodni więzienia, grzywną lub jednym i drugim.

Przestępstwem byłoby też wywoływanie ‘poważnego zakłócenia’ społeczności, za co grozi kara do 10 lat więzienia. Jedno z najbardziej niepokojących uprawnień w ustawie daje minister spraw wewnętrznych kontrolę nad definicją ‘poważnego zakłócenia życia społeczności’ i ‘poważnego zakłócenia działalności organizacji’. Uprawnienie to skutecznie umożliwia minister tłumienie tylko tych protestów, które jej się nie podobają lub z którymi się nie zgadza.

Media i rząd chcą ukazać grupy ekologiczne jako agresywne i zakazać ich działania.

Ekolodzy wrogami Patel i Johnsona

Protest jest niezbędnym środkiem nacisku na rząd. Priti Patel wie, że nowe uprawnienia są bezprawne, w przeciwnym razie nie próbowałaby uniknąć kontroli parlamentarnej poprzez dodanie poprawek po przejściu projektu przez Izby. Była premier z Partii Konserwatywnej, Theresa May, która sama była kiedyś minister spraw wewnętrznych, skomentowała sprawę. – To kuszące, gdy minister spraw wewnętrznych może sam sobie przekazać większe uprawnienia, wtedy też wydaje się to rozsądne, ponieważ wszyscy myślimy, że jesteśmy rozsądni. Ale w rzeczywistości przyszli ministrowie mogą tacy nie być – powiedziała.

Rząd uzasadnia te uprawnienia, odwołując się do protestów przeciwko Extinction Rebellion z 2019 roku i niedawnych protestów w Bristolu. Relacja rządowa i medialna mówiła o ciężko rannych policjantach, podpalonych samochodach i zamieszkach. Jednak prawda jest inna – policja przyznała, że nie było ciężkich obrażeń, a mieszkańcy Bristolu mówią raczej o agresywnym zachowaniu policjantów. Zresztą próba obrócenia narracji tak, aby ludzie bali się raczej protestujących, a nie policji, teoretycznie nie powinna mieć sensu – brytyjska policja ma obecnie uprawnienia do tłumienia zamieszek. Przepisy Patel mają jednak inny cel i dotyczą protestów pokojowych. Takie protesty mają być głośne i nieznośne, inaczej nie byłyby zbyt skuteczne.

Jako powód tych przepisów wskazuje się często protesty wspomnianego Extinction Rebellion oraz ekologicznej grupy Insulate Britain, która blokuje arterie miejskie i porty poprzez m.in. przywiązywanie się do infrastruktury. Poprawki zdają się uderzać w ich sposób działania. Kneblowanie protestów ekologicznych w czasie katastrofy klimatycznej jest dla wielu Brytyjczyków, zwłaszcza młodych, niepokojącym procederem.

Photo by Markus Spiske on Unsplash.

Image

Theresa May

Była premier Wielkiej Brytanii

Będą ludzie, którzy zobaczą sceny protestów i spytają: ‘Dlaczego rząd czegoś nie robi?’. W wielu przypadkach odpowiedź może być po prostu taka, że żyjemy w demokratycznym, wolnym społeczeństwie.

Jest sprzeciw

Jeszcze przed tymi nowymi poprawkami projekt spotkał się z ostrą krytyką. Ponad 600 tys. osób podpisało petycję przeciwko niemu, a ponad 350 organizacji charytatywnych i 700 naukowców podpisało listy wzywające do odrzucenia projektu. Ludzie z różnych części kraju, przedstawiający różne ideologie i poglądy, zebrali się wspólnie pod szyldem #KillTheBill. Nawet byli wysoko postawieni funkcjonariusze policji ostrzegali, że ustawa zagraża demokracji i może utrwalić dyskryminację rasową, natomiast setki pracowników służby zdrowia, edukacji i socjalnych stwierdziło, że jej postanowienia naruszają ich obowiązki zawodowe. Trzech specjalnych sprawozdawców ONZ potępiło projekt ustawy, Wspólna Komisja Praw Człowieka Parlamentu stwierdziła, że jej propozycje są ‘opresyjne i złe’, a sondaże wykazały, że 2/3 opinii publicznej jest zaniepokojone możliwością zakazu protestów.

Prawo do protestu nie jest darem od państwa – to podstawa działania społeczeństwa. Brytyjscy obywatele muszą więc obecnie, w iście orwellowskim scenariuszu, protestować przeciwko zakazowi protestów.

Zdjęcie główne: ITV
Tekst: MK

Preloader spinner
Print
Print Text
Zobacz więcej
Wybierz region
Facebook