Innowatorzy w muzyce: Pink Floyd

Sztandarowy zespół „trójkowy”, dinozaur rocka, jakim jest Pink Floyd, w latach swojej świetności był jednym z najbardziej kreatywnych i innowacyjnych kolektywów swojej epoki.
.get_the_title().

W czasach PRL-u nie było internetu, więc ówcześni słuchacze byli skazani na czerpanie wiedzy o nowych trendach w muzyce z radia i nielicznych czasopism. Dostęp do płyt był słaby, powszechne było zgrywanie z radia właśnie i kierowanie się gustem kilku „władców dusz” z eteru. Dzisiaj, w czasach natychmiastowego dostępu do każdej płyty jaka kiedykolwiek powstała, postawa słuchacza ograniczającego się do tego, co polecili w Trójce jest wyśmiewana, o czym świadczy wykreowany przez fanpage „Wychowany na Trójce” stereotyp słuchacza-Janusza. Ale przykład tego zespołu pokazuje, że nie można też uogólniać. Dlaczego więc Pink Floyd wielki był?

Wiele twarzy

Pink Floyd to właściwie trzy, a może nawet i cztery albo i więcej zespołów.

Zaczynali karierę z niezwykle charyzmatycznym liderem Sydem Barrettem, który opuścił grupę zaraz po pierwszym longpleju. Psychodeliczna, pełna surrealizmu i magicznej aury muzyka, jaką grali pod wodzą Barretta była kompletnie inna niż ta, dzięki której stali się gigantami rocka. Dzisiaj płyta „The Piper At The Gates Of Dawn” (już sam tytuł sugeruje niezły odjazd) jest otoczona kultowym statusem i wraz z „porzuconym” przez Barretta i dokończonym w zmienionym składzie drugim albumem stanowi mniej znaną, ale bardzo ważną i wartościową inkarnację zespołu. Wreszcie jest też Pink Floyd pop-rockowe, wygładzone brzmieniowo, z przebojem „Learning To Fly”. Wciąż jednak najbardziej znany i kochany pozostanie skład czteroosobowy z lat 67-85.

Zderzenie osobowości

Dwóch równoprawnych liderów i autorów piosenek wcale było w przypadku Pink Floyd groźne dla funkcjonowania grupy. Wręcz przeciwnie, Roger Waters i David Gilmour niczym duet Lennon i McCartney prześcigali się ze sobą w pisaniu genialnych utworów, które były od siebie bardzo różne (bo różne też obaj mieli wrażliwości), ale świetnie korespondowały ze sobą na albumach. Obaj muzycy wprowadzali do stylu zespołu elementy, z którymi go dzisiaj najbardziej kojarzymy – Waters zaangażowane społecznie teksty, smutek i powagę, a Gilmour potrzebną tej muzyce przestrzeń, chroniące ją przed zbytnią gnuśnością piękne dźwiękowe pejzaże oraz oczywiście genialne partie gitary. Skład uzupełniali niemniej ciekawi artyści, bo może i Nick Mason oraz Rick Wright nie mieli decydującego głosu w sprawie kształtu piosenek, ale niczym Ringo Starr i George Harrison odciskali na nagraniach swoje piętno w ten czy inny sposób. Zresztą posłuchajcie koniecznie ich solowych utworów na przedziwnej płycie „Ummagumma”, tutaj wyraźnie słychać, jakie każdy z poszczególnych członków grupy miał pomysły na muzykę.

Magicy studyjni

Sztuka studyjnych zabaw z taśmami i efektami specjalnymi sięga dużo wcześniej niż Pink Floyd, bo szlaki przecierali znudzeni komponowaniem przy użyciu kartki i nut awangardziści, ale w kwestii wykorzystania tych efektów do stworzenia niesamowitej atmosfery albumowej przodowała właśnie angielska grupa. Dzięki pomysłom na wykorzystywanie różnych niemuzycznych dźwięków (pochodzących od przedmiotów martwych, jak zegary w „Time” i kasa w „Money”, ale też odgłosów wydawanych przez zwierzęta – znienawidzone przez wielu fanów występy psa w „Seamus”).

Pink Floyd osiągnęli mistrzostwo w nagrywaniu concept-albumów angażujących słuchacza poprzez ich oryginalną narrację, a wszystko to dzięki nieograniczonej wyobraźni dźwiękowej.

Rock jako forma sztuki

Angielska grupa jako jedna z pierwszych zaczęła myśleć o muzyce rockowej, jako posiadającej pełnię możliwości, by stać się sztuką wysoką. Już na wczesnych albumach, eksperymentujących z muzyką poważną i awangardową „Ummagumma” i „Atom Heart Mother”, próbowali to udowodnić, ale, co ciekawe, to nie te najbardziej odważne utwory okazały się potwierdzeniem tezy o możliwościach rocka (a także samego zespołu). To raczej ich najbardziej popularne krążki osiągały oprócz świetnej sprzedaży także i artystyczne wyżyny. „Dark Side Of The Moon” zawiera zarówno elektroniczny „On The Run”, wokalny popis „The Great Gig In The Sky” i inne odważne próby wepchnięte w bardziej standardowe rockowe brzmienia. Tak samo jest z „The Wall”, którego rock-operowa forma wcale nie ograniczyła zespołu do schematów, wręcz przeciwnie – to cholernie różnorodny materiał, na którym znalazło się miejsce dla megahitu „Another Brick In The Wall, Part 2”, a także dla kawałków ciężkich, pełnych dramatyzmu i kruchych, ilustracyjnych fragmentów.

Przekaz

Wreszcie to, co może i mniej istotne, ginące często w muzycznym gąszczu, czyli teksty. W pewnym momencie zespół uwielbiany za tworzenie przepięknych instrumentalnych pejzaży, poszedł na wspomnianym „The Wall” bardzo mocno w kierunku storytellingu, bo Waters postanowił mówić o polityce, o problemach mu współczesnych i o trudnej historii XX wieku.

Alan Parker poszedł tropem tekstów Watersa i nakręcił nowatorski film „Ściana”, w którym połączył dramat filmowy z formą teledyskową i animacją.

U Watersa widać sporą inspirację Orwellem i „Mechaniczną pomarańczą”. Jego przekaz jest silny, sugestywny, był w tamtych czasach bardzo odważnym głosem w muzyce rockowej. Niestety krótko po “The Final Cut” odszedł z zespołu i zaczęła się mniej ciekawa, bardziej generyczna karta w historii kapeli.

Tekst: Michał Weicher

TU I TERAZ