Previous Slide Icon Next Slide Icon
Play Daily Button Pause Daily Button
Exit Daily Button

Czy bezdzietni powinni płacić wyższe podatki?

Pomysł opodatkowania bezdzietnych powraca w debacie publicznej jak bumerang. Zazwyczaj najpierw jest krytykowany, potem powoli się wypala i zostaje odrzucony. Przynajmniej do czasu aż ktoś znowu spojrzy w słupki i zauważy, że bez rozwikłania kryzysu niskiej dzietności cały system emerytalny w końcu zapadnie się pod sobą.

Podatek dla bezdzietnych, znany w Polsce jako 'bykowe’, obowiązywał już w naszym kraju. Był kalką sowieckiego podatku, rozpoczętego w latach 40. i został zaimplementowany w krajach komunistycznych, aby po wojnie przyśpieszyć odnowę populacji. W Polsce dotyczył wpierw osób bez dzieci i ślubu po 21 r.ż., a później, od 1959, podwyższono tę granicę do 25 r.ż. Z bykowego zrezygnowano dopiero w 1973 roku. Ciężko określić, czy to konkretnie wpływ podatku, ale rzeczywiście po wojnie rodziło się ponad dwukrotnie więcej osób niż umierało. Z drugiej strony, w latach 80. rodziło się w Polsce jeszcze więcej dzieci, już bez widma podatku i poczucia obowiązku odnowienia populacji po wojnie.

W czasach współczesnych o podatku dla bezdzietnych wspomina się przede wszystkim w Niemczech. Kilka lat temu niemiecki minister zdrowia Jens Spahn proponował podjęcie tego tematu pod dyskusję, twierdząc, że bezdzietni powinni płacić 'znacznie więcej’, aby wyrównać obciążenie między obywatelami i pomóc w nadchodzącym kryzysie systemu emerytalnego. Jednak. jak wskazuje raport ‘Taxing Wage 2019’, nie ma wśród europejskich krajów OECD ani jednego, w którym bezdzietni nie płacą już wyższych podatków niż rodzice – jednak nie w formie dodatkowej daniny, lecz poprzez korzystanie z mniejszych ulg.

Średnia różnicy pomiędzy całkowitym kosztem zatrudnienia pracownika a jego wynagrodzeniem netto to w krajach OECD 36,1 proc. dla bezdzietnych i 26,6 proc. dla rodziców.

Podobnie jest w USA – tam bezdzietni odprowadzają łącznie 29,6 proc. podatków od pracy, a rodzice – 18,5 proc. Niemniej republikański senator Mike Lee proponował nową ulgę 2,5 tys. dolarów na każde dziecko, co bezpośrednio opłacać mieliby bezdzietni. Cena tej ulgi dla budżetu wyniosłaby nawet 2,4 biliona dolarów.

Dziecko, gdy dorośnie, płaci składki emerytalne, z których państwo wypłaca świadczenia zarówno jego rodzicom, jak i osobom, które nigdy nie zdecydowały się na dzieci.

System emerytalny

Zacznijmy od argumentów za podatkiem. Przede wszystkim emerytów utrzymują pracujący, a gdy rośnie liczba emerytów i spada pracujących, system staje się niewydolny. Podatek dla bezdzietnych miałby więc dwie funkcje: po pierwsze zachęcałby do zdecydowania się na potomstwo, a po drugie, gdyby to nie zadziałało, zasypywałby dziurę, jaką tworzy bezdzietny, nie decydując się na stworzenie nowego podatnika. Mówiąc prościej: bezdzietny rekompensowałby w ten sposób różnicę, jaką wytwarza rodzic. Ponadto należy mieć na uwadze, że wychowanie dziecka jest kosztownym przedsięwzięciem – w Polsce szacuje się, że koszt ten to nawet 200 tys. zł, a np. w USA około 233 tys. dolarów. Oczywiście dochodzą jeszcze pewne ograniczenia życiowe – posiadanie dziecka ma wpływ na karierę i nieraz wyłącza rodziców z pracy na pewien czas lub hamuje ich rozwój zawodowy.

W 2012 w Niemczech chadeccy posłowie skupieni wokół Marco Wanderwitza zaproponowali, aby bezdzietni powyżej 25 r.ż. płacili dodatkowy jednoprocentowy podatek, aby zrekompensować koszt usług pielęgnacyjnych, z których będą korzystać na starość. Warto odnotować, że już teraz bezdzietni Niemcy płacą wyższe podatki – o 0,25 pkt proc. Jest to wynik orzeczenia niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego z 2001 roku, które głosiło, że system ubezpieczeń społecznych faworyzuje osoby nieposiadające dzieci, a dla utrzymania systemu ważne jest nie tylko płacenie składek, ale też posiadanie dzieci. W sytuacji gdy nie wszyscy mają potomstwo, rodzice otrzymują dodatkowe obciążenie, czemu państwo powinno zaradzić. W 2005 roku weszło w życie niemieckie bykowe, czyli wspomniane dodatkowe 0,25 punktów procentowych od dochodu, które trafia do składki pielęgnacyjnej i które płaci się od 23 r.ż. Ponadto bezdzietni wpadają wówczas do pierwszej, najwyższej klasy podatkowej, co znaczy, że przy tych samych zarobkach płacą większe podatki niż rodzice. Z nowym prawem próbował walczyć w 2007 roku bezdzietny mężczyzna, uznając, że jest nierówno traktowany, jednak sąd nie przyznał mu racji i podtrzymał orzeczenie Trybunału.

Zdjęcie: Anna Shvets/Pexels

Image

Marco Wanderwitz

Sekretarz Stanu w rządzie Angeli Merkel

Szczególnie gdy chodzi o ubezpieczenie zdrowotne i pielęgnacyjne, osoby bezdzietne lub z tylko jednym dzieckiem obecnie znacząco korzystają z faktu, że inni w ich pokoleniu mają dwójkę lub więcej dzieci – dlatego, że na starość otrzymają te same usługi komunalne z widocznie mniejszym wkładem.

Nie chodzi tu ani o karanie bezdzietnych, ani zmuszanie ich do ciężkich decyzji wbrew ich woli – państwa to nie interesuje.

Kryzys depopulacji

Gdy społeczeństwo starzeje się, a dzieci rodzi się za mało, zbliżamy się do sytuacji, w której nie tylko system emerytalny staje się niewydolny, lecz przez malejącą liczbę podatników słabnie całe państwo. Wówczas jakiekolwiek rozwiązanie, które będzie miało pozytywy wpływ na dzietność, będzie korzystne dla państwa jako całości – zarówno dla rodziców, jak i bezdzietnych. Gdy postawi się sprawę w ten sposób, zdaje się, że indywidualne dylematy w kwestii posiadania dziecka zostają wyłączone poza dyskurs – system musi funkcjonować tak czy inaczej. Stąd obciążenie finansowe musi być równo dystrybuowane. Znowu musimy zwrócić oczy na naszych zachodnich sąsiadów. Jens Spahn, poza wspomnianym na początku wskazaniem na zasypanie dziury w systemie emerytalnym, zwraca uwagę na zagrożenia związane ze starzejącym się społeczeństwem.

Problem nie jest jednak, rzecz jasna, specyficznie niemiecki. W Polsce program 500+ wyczerpał swój wpływ na demografię kilka lat temu, a i tak przyśpieszał on głównie decyzje o kolejnym – nie pierwszym – potomku. Do tego dochodzi spadek urodzeń w czasie pandemii. Tymczasem nasz system ubezpieczeń społecznych może nie wytrzymać ciągłego ubytku obywateli – według prognoz Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji do 2030 roku ma w Polsce brakować aż 4 mln pracowników, przy rosnącej liczbie emerytów.

Photo by Augustine Wong on Unsplash

Image

Jens Spahn

Minister Zdrowia w rządzie Angeli Merkel

Musimy rozpocząć szczerą debatę o tym, jak mamy pozostać ludzkim społeczeństwem, jak mamy utrzymać nasze socjalne instytucje, jeśli co trzecia osoba w Niemczech ma ponad 60 lat – a mniej niż co piąta jest młodsza niż 20.

Zmuszanie do posiadania potomstwa może doprowadzić do nieszczęścia dzieci i ich rodziców.

Czy ten podatek jest sprawiedliwy?

No dobrze. Czas na kontrargumenty, o które, wbrew pozorom, jest trudniej, zwłaszcza gdy kwestię zmuszania do indywidualnych wyborów wyłączyliśmy sobie poza dyskurs. Niemniej nie można nie zauważyć, że poczucie bycia karanym wcale nie znika w osobistym odczuciu obywatela, a popychanie do wielkiej, zmieniającej życie decyzji ustawą jest zwyczajnie nieodpowiedzialne. Bo czy każdy powinien mieć dziecko? I, co ważniejsze, czy każdy może mieć dziecko? Co z osobami homoseksualnymi, co z osobami bezpłodnymi, co z osobami aseksualnymi, co z osobami fizycznie niezdolnymi do prokreacji? Czy będzie trzeba udowadniać, że jest się osobą homoseksualną? Podatek wprawdzie ma również pełnić rolę zasypywania różnic, w przypadku gdy ktoś pozostanie mimo wszystko bezdzietny, lecz jego podstawową rolą jest wciąż administracyjna inspekcja sypialni. Warto zaznaczyć, że pomysł Jensa Spahna został odrzucony przez Angelę Merkel, a ministra rodziny Kristina Schröder uznała, że sensowniejszym rozwiązaniem problemu dzietności będzie wsparcie istniejących rodzin, a nie karanie ludzi bezdzietnych.

Kolejnym kontrargumentem jest to, co wspomnieliśmy na samym początku – w wielu krajach bezdzietni płacą już większe podatki. Co ważne w tym kontekście, bezdzietni płacąc więcej, nie dostają więcej – tzn. wiele świadczeń socjalnych, choćby 500+, ale tez wyprawka dla dziecka czy Karta Dużej Rodziny, skierowanych jest wyłącznie do osób z dziećmi. Czy więc sensowne jest mówić o dalszym 'wyrównywaniu obciążeń’? Czy jest jeszcze co wyrównywać? Dodatkowy podatek może być już przesadą. Płodzenie i wychowywanie dzieci jest już mocno refundowane działaniami prorodzinnymi państwa, a składa się na to całość obywateli. Jednakże tylko bezdzietni nie otrzymują z tego tytułu korzyści.

Photo by christian buehner on Unsplash

Państwo musi przekonać swoich obywateli, że ich już podjęta decyzja o potomstwie jest przez państwo wspierana.

Czy ten podatek ma sens?

Przyjmijmy teraz, że program jest skuteczny i podatników rzeczywiście rodzi się więcej. Czy oznacza to, że muszą oni dołożyć swoje cegiełki do systemu emerytalnego? Czemu nie mieliby wyjechać za granicę po lepszą płacę i lepszą pracę? Wiele gałęzi gospodarki jest niedofinansowanych, a perspektywy w sektorze prywatnym są nieraz większe u naszych zachodnich sąsiadów. Nowy podatek może więc w praktyce rzeczywiście pomóc w poprawie systemu emerytalnego, lecz niekoniecznie w kraju, w którym zostanie wprowadzony.

No i przede wszystkim – czy podatek na bezdzietność rzeczywiście wpłynie na dzietność? Sensownym rozwiązaniem zdaje się większe wsparcie dla osób, które chcą mieć pierwsze lub kolejne dziecko, ale nie mogą sobie na to pozwolić ze względów ekonomicznych.

Przede wszystkim rozwój refundowanej medycyny prenatalnej i ginekologii oraz pomoc finansowa dla rodziców dzieci niepełnosprawnych zdjęłyby z młodych rodziców lęk przed urodzeniem dziecka, które będzie niespodziewanie większym obciążeniem finansowym. Korzystny byłby też dłuższy urlop macierzyński lub tacierzyński, co pozwoli pogodzić obowiązki zawodowe z domowymi. Ponadto refundacja opiekunek do dziecka byłaby korzystnym rozwiązaniem dla rodziców starszych, kilkuletnich dzieci, które jeszcze nie chodzą do szkoły. I wiemy, co myślicie – czy takie działania nie są dalszym obciążeniem dla bezdzietnych, którzy z tych ulg nie skorzystają? Tak, ale jest to sposób na ewentualne wyrównanie różnicy obciążeń oraz zwiększenie dzietności poprzez rozwój działań 'pozytywnych’, tj. wspierających decyzję, bez wprowadzania działań 'negatywnych’, czyli karzących inną decyzję. Takie rozwiązanie jest po prostu etycznie bardziej słuszne, nieantagonizujące i nieatakujące ze strony aparatu państwowego, a zarazem ma pozytywny wpływ na dzietność. Szkopuł w tym, że bykowe przynosiłoby do budżetu dodatkowe środki, natomiast dalsze ulgi będą kolejnym obciążeniem. Jednakże jeśli przełożą się na dzietność, będzie je można nazwać inwestycją.

Photo by Jason Leung on Unsplash

Pomysł nowego bykowego przewija się w Polsce od wielu lat i powraca do debaty publicznej raz po razie, ale ostatecznie nikt tego podatku ponownie nie wprowadził. Być może kryzys pandemiczny doprowadzi do desperacji i szukania pieniędzy gdziekolwiek się da, a spadająca populacja zachęci rządzących do dalszych, bardziej radykalnych inicjatyw prorodzinnych. Jednakże, póki co, bezdzietni mogą spać spokojnie, ani nie nękani nowym podatkiem, ani płaczem dziecka.

Zdjęcie główne: Dakota Corbin/Unsplash
Tekst: Miron Kądziela

SPOŁECZEŃSTWO