Emo wciąż żyje. I ma się lepiej, niż mogłoby się wydawać

Długie grzywy z braku pieniędzy na prostownicę wyprasowane żelazkiem, ciuchy w kolorze mrocznej czerni przeplatanej żarówiastymi barwami, ciemne cienie pod oczami i wiecznie zblazowana mina. Wielu uważało, że ten styl był skazany na szybką porażkę i to nie tylko przez swoje zapędy do samozniszczenia. A jednak odradza się jak feniks z popiołów.
.get_the_title().

Zniknięcie emo przed kilkunastu laty raczej nikogo nie zaskoczyło. Nawet gimnazja, których toalety zalewały krople krwi z pociętych żyletkami nadgarstków, przetrwały dłużej. Mimo że ich wprowadzenie miało tyle samo sensu, co samookaleczenie przez nastolatków. W końcu krytycy reformy systemu oświaty z 1998 roku twierdzili, że przyczyniła się ona do wzrostu niebezpiecznych zachowań wśród młodzieży.

Subkultura, która odrodziła się w 2000 roku, miała się nijak do pierwotnego emo z lat 80., którego przedstawiciele nazywali się w ten sposób ze względu na wyraziste okazywanie uczuć przez ich idoli grających tzw. emocore.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez my Chem Fanpage (@mychemicalreverence)

Trzecia fala emo (po drugiej, która miała miejsce w latach 90.) przypada na lata 2000. Na świecie była ona kojarzona z takimi zespołami jak Green Day, Fall Out Boy, Paramore czy My Chemical Romance. Swoją drogą wokalista tego ostatniego zaspołu, Gerard Way, nie chciał być do niej przypisywany i nazwał emo “pieprz***mi śmieciami” i “kupą gówna”. Natomiast w Polsce uznaniem cieszyły się także Blog 27 i Tokio Hotel.

I tak zawiązała się kolejna pętla czasu. Nikt na niej nie zawisł, została ona rzucona następnemu pokoleniu.

Dzięki temu w nowym dziesięcioleciu z odmętów czarnej smoły na powierzchnię wypłynęła następna generacja emo. Mimo że wielu myślało, że subkultura zniknęła na dobre przez swoje skłonności autodestrukcyjne, okazuje się, że jej przedstawiciele wcale nie wybili się sami, a najprawdopodobniej dorośli, pozostawiając pole do popisu pokoleniu Z.

No, chyba że mówimy o wybiciu do głównego nurtu. To właśnie robi post-emo czy może raczej neo emo. Jego przedstawiciele narodzili się u schyłku ery Neostrady, dlatego takie zestawienie słów dobitniej podkreśla późniejszą formę ich stylu oraz stosunkowo niedawne pochodzenie.

Nowe dzieciaki emo przyszły na świat w czasach, w których za czerwony jak krew pasek na świadectwie dostawało się od rodziców szary modem Sagema sygnowany logiem Telekomunikacji Polskiej. W wielu przypadkach został on pogrzebany gdzieś na dnie szafy. To właśnie roczniki 2002-2008 są orędownikami new wave emo.

I trzeba przyznać, że tym razem emo odrodziło się w lepszym stylu.

Chęć do życia przedstawicieli tej subkultury jest nieco większa, a żyletki zostały zastąpione pigułkami benzodiazepiny z Xanaxem na czele. Obcisłe rurki oraz przykrótkie koszulki trafiły do kosza, a na ich miejsce weszły luźniejsze i bardziej kolorowe ciuchy. Także gust muzyczny uległ zmianie. Z gatunków, których korzenie sięgają hardcore punku, przerzucono się na cieszący się w ostatnich latach ogromną popularnością rap.

Za prekursora emo-rapu uważany jest Elmo Kennedy O’Connor aka Bones znany wcześniej jako Th@ Kid. Zaczął on łączyć stare emo, metal i indie rock już w 2012 roku. I nawet takie połączenie nie wywołało końca świata zapowiadanego przez Majów. Wręcz przeciwnie, jego twórczość dała początek innym świetnym artystom. Wśród nich znaleźli się nieżyjący już Lil Peep czy XXXTENTACION, którzy inspirowali się twórczością Bonesa. Przedstawicielami tego gatunku są też Ghostemane, Lil Tracy, Princess Nokia, Yung Lean, Lil Uzi Vert czy Trippie Redd.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez @lilpeep

Dowodem na to, że emo ma się świetnie, są też wykonawcy innych gatunków. Wśród nich należy wymienić Billie Eilish, której vibe przypomina Avril Lavigne z jej najlepszych lat. Zbuntowana piosenkarka z zielonymi włosami pojawiła się nawet na okładce “Vogue’a” i to w czterech różnych wersjach. Nagrała także tytułowy utwór do najnowszej części przygód Jamesa Bonda. Obok niej pojawiają się też takie zespoły jak The Hotelier czy Modern Baseball.

Trzeba jednak pamiętać, że subkultura emo od zawsze była kojarzona nie tylko z muzyką, ale także z ucieczką przed problemami i sposobem na wyrażenie siebie poprzez ubiór, makijaż i fryzury. W końcu emo to skrót od emocjonalności. A w niej nie ma miejsca na podziały pod względem płci czy koloru skóry, co jeszcze bardziej nasiliło się wraz z nadejściem obecnej generacji emo.

Jednak najważniejsze jest to, że dzisiejsi przedstawiciele tej subkultury nie boją się mówić głośno o depresji i zdrowiu psychicznym, które przez wiele lat były tematami tabu.

Wcześniej dorastanie i młodzieńczy bunt często kończył się dławieniem swoich emocji i trudnościami z ich wyrażaniem. Obecnie dzieciaki emo uzewnętrzniają się już nie tylko przez muzykę, ubiór i ogólny wygląd. Wydają się też mądrzejsze i dojrzalsze niż ich poprzednicy, ale przede wszystkim nie stoją już smutni pod ścianą i mówią głośno, co leży im na sercu.

Tekst: Konrad Siwik

Banner Image Banner Image
Preloader spinner
Print
Print Text
Zobacz więcej
Wybierz region
Facebook