Jak pandemia koronawirusa wpłynęła na rynek operacji plastycznych? Bombowo!

W ciągu ostatnich miesięcy mieliśmy naprawdę wiele okazji do tego, by wpatrywać się we własną twarz. Niektórych skłoniło to do znaczących zmian.

Od momentu rozpoczęcia pandemii koronawirusa światowa branża medycyny estetycznej przechodzi prawdziwy boom. Według danych Brytyjskiego Towarzystwa Medycyny Estetycznej liczba odbytych przez specjalistów konsultacji z pacjentami zainteresowanymi zmianą wyglądu wzrosła o 70 proc. Amerykańskie Towarzystwo Chirurgów Plastycznych zaobserwowało wzrost na niewiele niższym poziomie – w ciągu ostatnich miesięcy wizyt u lekarzy medycyny estetycznej przybyło w USA o 64 proc.

Okres pandemii opisywany jest często jako czas niepewności i braku stabilności. Wiele osób ostrożniej podchodzi teraz do poważnych zobowiązań finansowych i odkłada większe wydatki na później, wyjątkowo mało wydajemy obecnie na przykład na podróże, wyjścia do restauracji czy nowe ubrania. Może właśnie dlatego dla tych, którzy mogą sobie na to pozwolić, jest to optymalny moment na wydatki związane z własnym wyglądem? W ‘normalnych’ czasach pewnie inne pozycje zajęłyby priorytetowe miejsca. To jednak nie wszystko. Co sprawia, że w dobie światowego kryzysu zdrowotnego ludzie tak chętnie poddają się ingerencji chirurgów plastycznych?

Dla niektórych operacje plastyczne stają się dowodem na to, że nawet w czasie pandemii nie zapomnieli o pracy nad sobą.

Po pierwsze: presja, presja i jeszcze raz presja

Powracające lockdowny ukróciły sporą część kontaktów międzyludzkich i tymczasowo zawiesiły nasze życie towarzyskie. Ci, którzy mogą pracować z domu, są w dużej mierze zgodni co do tego, że tryb home office nie wymaga inwestowania we własny wygląd. Dresowych spodni kamera laptopa nie uchwyci, a gdy nasza fryzura pozostawia wiele do życzenia i sytuacja na to pozwala, zwyczajnie unikamy opcji rozmowy wideo. Jednak podczas gdy dla niektórych ta pandemiczna rzeczywistość jawi się jako moment odpoczynku od wyśrubowanych wymagań dotyczących wyglądu, wielu z nas ma z tyłu głowy świadomość, że wielomiesięczna izolacja społeczna dobiegnie wreszcie końca. A myśl o tym, jacy z niej wyjdziemy, może być równie stresogenna, jak przedpandemiczny konkurs spełniania oczekiwań.

W dzisiejszym świecie, w którym dominuje kult produktywności, nawet w wymuszonym przez pandemię okresie spowolnienia oczekuje się od jednostki stałego samodoskonalenia. Zamknięcie w domach nie jest żadną wymówką – miliony osób wykorzystują ten czas na pracę nad sobą: naukę języków obcych czy programowania, zdrowe gotowanie, rytuały pielęgnacyjne oraz obowiązkowe treningi online. Z izolacji wyjdą więc nie tylko bogatsi o nowe umiejętności, ale zapewne również piękniejsi, szczuplejsi, z nieskazitelną cerą i atrakcyjnie zarysowanymi mięśniami brzucha. Takie przynajmniej można mieć przekonanie, przyglądając się aktywność znajomych na Instagramie.

Choć założenia te okazują się w dużej mierze mylne, bez wątpienia na nowo wprowadzają w ruch potężną machinę presji. ‘Co udało mi się osiągnąć podczas lockdownu? Jak zobaczą mnie inni, kiedy po wielu miesiącach znów spotkamy się na żywo?’ – media społecznościowe nierzadko dają nam sygnał, że z izolacji społecznej każdy z nas powinien wyjść jako lepsza wersja samego siebie. A co, jeśli nie wszyscy mieliśmy czas na domowe treningi, kursy i rytuały? Chyba nikt już nie wierzy w mrzonkę o idealnym work-life balance, osiąganym dzięki pracy w trybie home office. Jeśli w domu są także dzieci na nauczaniu zdalnym, ‘chwila dla siebie’ staje się pojęciem jeszcze bardziej abstrakcyjnym niż nim była w czasach przedpandemicznych.

Z drugiej strony, może to nie niedobór czasu, ale brak motywacji odsuwał nas od intensywnej pracy nad sobą? Uczucia niepewności i samotności są w obecnych okolicznościach na porządku dziennym. Jeśli więc regularne treningi i masaże twarzy nie znalazły się wśród czyichś priorytetów, wcale nie powinno się to wiązać z poczuciem winy. Lęk przed stygmatyzacją często bierze górę, a związana z nim presja prowadzi do decyzji o poddaniu się zabiegowi medycyny estetycznej. Taka właśnie myśl towarzyszy wielu osobom decydującym się podczas pandemii na operację plastyczną. W ten sposób, wychodząc z lockdownu z nowym nosem czy powiększonymi piersiami, również będą mogły poczuć, że wykorzystały czas izolacji na poprawę siebie. Zmiana w wyglądzie ma pomóc w sprostaniu presji społecznej i dać tym samym poczucie spokoju i satysfakcji.

Photo by Joeyy Lee on Unsplash

Image

dr Jacob Sedgh

chirurg plastyczny specjalizujący się w dziedzinie medycyny estetycznej twarzy

Ludzie mają teraz dużo więcej wolnego czasu. Spędzają więcej czasu, przeglądając się w lustrze i oglądając swoje ciało, przez co stają się wobec siebie bardziej krytyczni.

Jak wynika z badań przeprowadzonych w 2019 roku przez Amerykańską Akademię Chirurgii Plastycznej i Rekonstrucji Twarzy, 72 proc. osób zgłaszających się na konsultację motywowało chęć poddania się zabiegowi medycyny estetycznej potrzebą polepszenia własnego wyglądu do selfie.

Zoom Face rodzi kompleksy

Nie oznacza to jednak, że takie zabiegi są nieprzemyślane i obarczone przesadną spontanicznością. Towarzyszy im bowiem inny ważny, związany bezpośrednio z pandemiczną rzeczywistością czynnik. Spędzając większą ilość czasu w domu, sami ze sobą, obserwujemy nasze ciało dokładnie, długo się w nie wpatrujemy.

Jeśli oglądanie naszego lustrzanego odbicia sprawia, że zauważamy w naszej twarzy rzekome defekty, jeszcze potężniejszy wpływ na naszą samoocenę mają wszelkie platformy do wideokonferencji. Chyba nigdy wcześniej nie spędzaliśmy tak wiele czasu przed komputerową kamerą, a ta, jak się okazuje, ma ogromny potencjał do wpędzania nas w kompleksy. Jeśli w lustrze nasz nos wyglądał na może trochę zakrzywiony, obraz naszej twarzy na ekranie komputera może rozwiać wszelkie wątpliwości. ‘To koniecznie trzeba zoperować’ – myśli wiele osób, które zamiast skoncentrować się na spotkaniu, popadają w paraliżujące skrępowanie dotyczące własnego wyglądu. Czy słusznie?

Zoom to w końcu nie to samo co Instagram, gdzie selfie ubrać można w odpowiedni filtr, gdzie to my decydujemy, jak chcemy się innym pokazać. Fenomen instagramowej czy snapchatowej twarzy już kilka lat temu zaczął kreować nierealne standardy piękna i budzić niepokój wśród specjalistów medycyny estetycznej.

Dążenie do nieistniejącego w rzeczywistości ideału tak zwanej selfie face sprawia, że nie brak pacjentek i pacjentów, którzy pokazują lekarzowi obrobione dużą dozą filtrów i efektów zdjęcia nienaturalnie wyglądających twarzy, które służyć mają za model do odtworzenia na żywo w wyniku zabiegu. Długość ogniskowa kamery laptopa ma również wpływ na to, jak kształtuje się obraz całej naszej twarzy (wygląda na okrąglejszą niż na żywo) czy oczu (na ekranie komputera wydają się one szerzej rozstawione).

Według obliczeń przytoczonych przez czasopismo naukowe “Facial Plastic Surgery & Aesthetic Medicine”, standardowa, wynikająca z ergonomii pracy i kwestii praktycznych odległość ludzkiej twarzy od ekranu komputera sprawia, że nasz nos wygląda na aż o 30 proc. większy niż w rzeczywistości. Według obserwatorów rynku medycyny estetycznej w ostatnich miesiącach rośnie liczba osób, których dyskomfort spowodowany ‘zoomowym wizerunkiem’ jest na tyle duży, że zaprowadził ich do gabinetów chirurgów plastycznych.

Dr Sedgh przyznaje, że w jego gabinecie pojawia się ostatnio coraz więcej osób, które nie poddawały się wcześniej żadnym zabiegom medycyny estetycznej. Choć ci, którzy po raz pierwszy przekraczają próg gabinetów chirurgów plastycznych, często zaczynają od mniej inwazyjnych usług, takich jak wypełnienia i liftingi twarzy czy modelowanie ust, największy wzrost zainteresowania obserwować można właśnie w przypadku bardziej skomplikowanych procedur chirurgicznych. Największym zainteresowaniem cieszą się usługi modyfikujące wygląd twarzy, w szczególności zabiegi plastyki nosa. O ile pewną część pacjentów to właśnie klątwa Zooma zaprowadziła do kliniki medycyny estetycznej, praca zdalna widziana jest jako duże udogodnienie w procesie rekonwalescencji. Home office pozwala na spokojniejsze dojście do siebie po zabiegu. Dodatkowo, jeśli przez kilka kolejnych dni nie włączać będziesz kamery podczas wideokonferencji, możesz nadal pracować, unikając tym samym pytań i komentarzy dotyczących twojego zabandażowanego nosa.

Wśród klientów swojej nowojorskiej kliniki Dr Steve Pearlman ma wiele gwiazd filmowych. On również nie może narzekać podczas pandemii na brak pracy – także wśród jego pacjentów zainteresowanie operacjami ma tendencję wzrostową. Z uwagi na obostrzenia produkcje wielu filmów zostały tymczasowo wstrzymane, co daje aktorkom i aktorom czas na spokojne dojście do siebie po ingerencji skalpela.

Photo by Mukul Joshi on Unsplash

A może nie wiecie, co powinniście w sobie zmienić? Południowokoreańska aplikacja Gangnam Unnie z przyjemnością wam podpowie.

Korea Południowa wyznacza trendy

Śledząc tendencje w branży medycyny estetycznej, należy zajrzeć do Korei Południowej. Jak wskazuje Międzynarodowe Towarzystwo Estetycznej Chirurgii Plastycznej, mieszkańcy tego kraju najczęściej na świecie poddają się zabiegom medycyny estetycznej, a południowokoreańscy specjaliści cieszą się świetną renomą. W 2020 roku lokalny rynek medycyny estetycznej wart był ponad 10 miliardów dolarów, a prognozy zapowiadają dalszy wzrost. Od momentu wybuchu pandemii również w Korei Południowej widać wzmożone zainteresowanie zabiegami. Jak wynika z materiałów zebranych przez agencję Reuters, obecny wzrost liczby operacji plastycznych w tym kraju wynika w dużej mierze z możliwości ukrycia spuchniętej czy zabandażowanej po ingerencji skalpela twarzy pod maseczką. Duża część wykonywanych w Korei zabiegów dotyczy bowiem plastyki nosa, kości szczęki i żuchwy. Wraz z popularną w Azji korekcją powiek, te usługi chirurgów plastycznych pozwalają zbliżyć się tamtejszym pacjentkom do narzucanego przez środki masowego przekazu ideału piękna.

Gangnam Unnie to południowokoreańska aplikacja, która doradza użytkownikom, jakie aspekty swojego wyglądu powinni w drodze zabiegu poprawić. Wszystko zajmuje zaledwie kilka minut – przesyłamy do aplikacji parę naszych zdjęć, na przykład twarzy widzianej en face i z profilu, a po chwili dostajemy wyniki analizy. Gangnam Unnie nie tylko zasugeruje nam, co warto zmienić – poda także namiary na znajdujących się w okolicy specjalistów, do których zgłosić się można na zabieg. W 2020 roku aplikacja miała aż 2,6 miliona użytkowników (odnotowała tym samym wzrost o 63 proc. w skali roku), a nie jest w Korei Południowej jedyną tego rodzaju platformą.

Nazwa aplikacji nawiązuje do seulskiej, prestiżowej dzielnicy Gangnam, w której koncertuje się bogactwo stolicy. Koreańskie słowo unnie znaczy natomiast ‘siostra’. Platforma ma więc być jak siostra czy najlepsza przyjaciółka – szczera i służąca dobrą radą. Choć z aplikacji może skorzystać każdy, a chętnych nie brakuje, nazwa implikuje też dla części użytkowników pewną barierę – nie każdego stać bowiem na zabieg czy choćby konsultację u któregoś z polecanych przez Gangnam Unnie specjalistów. Kilka lat temu doprowadziło to do rozkwitu rynku domowych przyrządów do modelowania wyglądu. Już za kilka dolarów można kupić na przykład dziwnie wyglądające okulary, które blokują oczy przed mruganiem, co przy dłuższym stosowaniu ma wymodelować i powiększyć oczy, a także dać wrażenie tak bardzo pożądanej w Korei podwójnej powieki. Choć podczas tych amatorskich zabiegów nie dochodzi zazwyczaj do samookaleczenia, lekarze alarmują przed związanym z nimi niebezpieczeństwem i informują o przypadkach obrażeń ponoszonych przez nastolatki, które stosują bez nadzoru klamry mające zwęzić podbródek czy inne, podobne przyrządy.

Choć południowokoreańska branża medycyny estetycznej nie musi się martwić o dalszy rozwój, warto zauważyć, że w kraju rośnie też liczba kobiet przeciwstawiających się wykreowanym przez popkulturę sztucznym standardom – nie chcą wyglądać jak kopia wokalistki z k-popowego zespołu, były świadkami nieudanych metamorfoz swoich przyjaciółek lub zwyczajnie piękno odnajdują w naturalności. Korea Południowa kojarzy się za granicą z operacjami plastycznymi, ale równie silnie łączona jest też z kosmetykami i pielęgnacyjnymi rytuałami, na punkcie których oszalał cały świat. Pokazuje to więc, że można też zadbać o swój wygląd w domu – w sposób bezpieczny i bezinwazyjny. Choć w operacjach plastycznych nie ma nic złego, warto o tym pamiętać – może ta świadomość poratuje nas w chwilach, kiedy Zoom wydaje się wyjątkowo bezlitosny.

Zdjęcie główne: M Yashna from Grand Port, Mauritius, CC BY 2.0 , via Wikimedia Commons
Tekst: AD

Preloader spinner
Print
Print Text
Zobacz więcej
Wybierz region
Facebook