Jak wyszłam na freelancingu? Spowiedź po 8 miesiącach

Kiepska ze mnie organizatorka, gdy wpadam w otchłań marazmu i zwątpienia, to najbardziej lubię patrzeć w sufit, nie działa na mnie motywacja zewnętrzna, od lat poddawałam się presji, która wyrobiła we mnie toksyczne nawyki. Nie lubię wcześnie wstawać. W takich warunkach zdecydowałam, że zostanę freelancerką. Pierwsze osiem miesięcy podsumuję krótko: fajna przygoda, ale nie dla każdego. Spoiler: dla mnie, mimo wszystko, najlepsza decyzja w życiu!

Rok 2020 to moment, w którym rozpoczęła się rewolucja na rynku pracy, a zmiany nabrały takiej dynamiki, że chociaż bardzo byśmy się starali, to nie jesteśmy w stanie ich przeoczyć i zatrzymać. Jednym z elementów tej rewolucji jest freelancing, na który z każdym rokiem decyduje się więcej osób.

Kilka faktów z raportów Useme (za rok 2022 i 2021):

1. Największa liczba freelancerów deklaruje specjalizację w kierunku copywritingu i obsługi mediów społecznościowych. Drugie miejsce zajmuje grafika i projektowanie 3D, za nimi są web developerzy projektujący i wdrażający strony www oraz sklepy online.

2. Blisko połowa ankietowanych (45 proc.) na pracę zdalną poświęca mniej niż 4 godziny w ciągu dnia. Kolejnym 40 proc. freelancerów praca nad zleceniami zajmuje mniej lub tyle samo czasu, co zatrudnienie na etacie. Więcej niż osiem godzin dziennie pracuje 15 proc. freelancerów.

3. Jak rynek pracy zdalnej zareagował na inflację? Freelancerzy doświadczyli raczej zwiększenia (42 proc.) niż zmniejszenia (16 proc.) zarobków. 41 proc. deklaruje, że pozostały na tym samym lub podobnym poziomie. Freelancerzy na ogół nie skarżą się również na zastój gospodarczy.

4. Zarobki freelancerów w Polsce dynamicznie rosną. Mimo pandemii, która niekorzystnie wpłynęła na niektóre gałęzie gospodarki, kolejny rok z rzędu wzrost zarobków notuje grupa freelancerów zarabiających ponad 5 tys. zł netto miesięcznie.

Z wcześniejszego raportu (2021) wynika, że w Polsce jako freelancerzy pracowało ponad 270 tys. profesjonalistów, przy dynamice wzrostu na poziomie 7 proc. rok do roku. Liczba wolnych strzelców zatem rośnie. Ba, pandemia jedynie rozbujała ten rynek.

Koniec z danymi. Sprawdziłam na własnej skórze, jak to jest z tym freelancingiem w praktyce i czy uda mi się słowami zarobić na przetrwanie.

Kombinowałam i obmyślałam scenariusze. Co by było, gdyby…? Na tym się kończyło. Na pytanie, jakie warunki musiałyby zostać spełnione, żebym złożyła wypowiedzenie, potrafiłam wymienić całą listę. Ale ostatecznie – przecież nie było tak źle. ‘Nie jest tak źle’ to chyba najpopularniejszy tekst osób, które marudzą na swoją pracę i się w niej męczą, ale ostatecznie jej nie zmieniają.

Nie jest źle, ale jednak jest spora szansa, że gdzieś tam może być lepiej. Nie najlepiej, nie wybitnie i nie idealnie, ale po 8 miesiącach pracy na freelansie, nauczyłam się, że szkoda życia na ‘bullshit jobs’ (pozdrawiam Jamesa Suzmana).

Zdjęcie: Andrew Neel/Unsplash

Banner Image

Zrobiłam to w klimacie 'dobra, potrzymaj mi piwo'. I tak zostałam freelancerką na freestyle'u.

Są we mnie dwa wilki... Wygrał ten nieogarnięty

‘Gratuluję odwagi’, ‘ja bym tak nie mogła’, ‘ale nie boisz się?!’. Te zdania usłyszałam z tysiąc razy, gdy złożyłam wypowiedzenie i już otwarcie mówiłam, że chcę spróbować czegoś innego – pracy jako wolny strzelec. Do tego ironiczne uśmieszki i życzenia powodzenia, które wcale nie brzmiały, jakby faktycznie życzono mi powodzenia. W jakimś sensie mogę to zrozumieć. Pomimo wielu kompetencji i umiejętności, bywam chaotyczna i istniały przesłanki, że w wirze możliwości mogę się zwyczajnie pogubić. Tak też się stało.

Dla ułatwienia podzielmy ludzi na dwie grupy: jedni ogarniają i planują; drudzy działają spontanicznie i improwizują. W kontekście zaplanowanego freelancingu – gdy masz poduszkę finansową na najbliższy rok, wcześniej przygotowujesz sobie grunt do wkroczenia na rynek ‘free’ pracowników, robisz risercz i pozyskujesz kontakty, a nawet ewentualne zlecenia – raczej nie trzeba tłumaczyć, że to może działać.

‘Przejście na swoje’ zawsze powinno być dobrze przemyślane. Płynność finansowa, możliwość wystawiania faktur, budżetowanie, a także odpowiednie przygotowanie do zostania wolnym strzelcem to najważniejsze kwestie, o które należy zadbać przed podjęciem tej decyzji – instruuje portal Useme i dzieli się radami, jak zrobić to dobrze. W istocie, to bardzo cenne podejście i na pewno lepiej przeprowadzić tę operację w ten sposób.

Ja zrobiłam to jednak w klimacie ‘dobra, potrzymaj mi piwo’. I tak zostałam freelancerką na freestyle’u.

Zdjęcie: Joshua Fuller/Unsplash

Freelancerka bez przygotowania

Nie jestem branżową gwiazdą, ludzie nie znają mojego nazwiska, nie mam wielu kontaktów w środowisku, unikałam imprez branżowych, nie chodziłam na piwo z naczelnymi, gdy umiera jakiś bardzo znany dziennikarz, to na ogół nie mogę podzielić się anegdotą na jego temat. Od lat pracowałam w jednej redakcji, więc raczej nie miałam znajomości tu i tam, by nagle rozpuścić wieści, że oto jestem do wzięcia. Moja poduszka finansowa to był raczej taki smętny jasiek. Chwilę wcześniej dostałam diagnozę wypalenia, czyli absolutnie zapomniałam znaczenie słów ‘energia, motywacja, kreatywność’. Marzyłam o tym, żeby dużo spać. A może nawet zniknąć. W takich warunkach odeszłam z pracy.

Nie mogłam pojechać na wakacje i przespać miesiąca, bo ten smętny jasiek… Wypowiedzenie złożone, a za miesiąc trzeba zapłacić za mieszkanie. Nowe sytuacje zmuszają do improwizacji.

Stała praca to taka komfortowa nuda. Ustalony grafik, byle do 17:00, piąteczek, piątunio, imprezy pracownicze, wyuczone, wręcz automatyczne schematy zadań, papierosek na balkonie, benefity, prezenty na święta, ploteczki przy ekspresie do kawy, funkcjonowanie w określonym i zamkniętym obiegu, stabilność, stałość i bezpieczeństwo. I oczywiście przewidywalna wypłata. Z czasem odkryłam, że o tym, czy są to plusy, czy minusy, decyduje perspektywa. A perspektywę trudno zmienić, gdy codziennie nastawiasz budzik na 7:10, żeby przestawić go na 7:20, wylecieć na autobus, posłuchać muzyki w tramwaju, dobiec do biura, wypić kawę, popracować, wrócić wieczorem, odpalić serial, pogrzebać w telefonie. I jutro powtórka.

Zdjęcie: Sinitta Leunen/Unsplash

Banner Image

Gdy żyłam w schemacie, który owszem był ruchomy, a hiperbolizuję na potrzeby tekstu, mogłam tylko teoretyzować, co by się stało, gdybym gwałtownie przestawiła cały ten układ. Potem przyszła pandemia i przymusowo dostałam szansę na praktykę, taką wersję beta. Praca zdalna była maluteńką namiastką freelancingu. To wystarczyło. W 2021 roku byłam już pewna, że nie potrafię zrozumieć i dostrzec sensu w tym, żebym jeździła do pracy, skoro mogę wykonywać ją w domu.

Mój zawód nie wymaga bycia w biurze. Ba, mój zawód wymaga bycia wśród ludzi, ale nie w formie, jaką serwuje się młodym dziennikarzom.

Od lat praktyki, staże i pierwsze prace w mediach internetowych to sadzanie początkujących przed biurkiem i wydawanie poleceń, co mają znaleźć, co napisać i że oczywiście musi być to zrobione jak najszybciej. To właściwie masowa produkcja maszyn do pisania.

Pewnej nocy, gdy pandemia chyliła się ku końcowi, odechciało mi się być maszyną do pisania. Postanowiłam jeszcze bardziej skomplikować sobie życie. I tak zostałam długopisem, zeszytem, księgową, szefową, wydawczynią, redaktorką naczelną, fotografką, twórczynią, koordynatorką, reporterką, redaktorką, organizatorką. Osobą, która chodzi na pocztę i odsyła umowy. Osobą, która musi prowadzić rozmowy biznesowe. Osobą, którą nieraz ledwo stać na ser i bułkę, bo źle ustaliła terminy płatności.

Ile warta jest moja praca? Nagle to pytanie stało się istotniejsze niż kilka miesięcy wcześniej.

Ile kosztuje moja praca?

Po 8. miesiącach szkolenia się do tych ról mogę z zaskoczeniem powiedzieć, że w moim scenariuszu nie spełniły się opowieści szemranej treści – chociażby o braku zapłaty za wykonaną pracę (ale opóźnienia owszem – były). Na to uczulali mnie znajomi z branży, więc ekspresowo nauczyłam się bezpośredniego rozmawiania o stawkach, proszenia o umowę i konkretne zapisy.

Ale właśnie. Stawki. Ile warta jest moja praca? Nagle to pytanie stało się istotniejsze niż kilka miesięcy wcześniej. Wtedy miałam po prostu stałą pensję – czy napisałam więcej, czy mniej tekstów, określonego dnia na moim koncie pojawiała się konkretna stawka. To dobrze czy źle? Dobrze, gdy pracowałam mniej, a i tak dostawałam te same pieniądze. Źle, gdy robiłam więcej i powoli zaczynałam funkcjonować w przekonaniu, że tak trzeba. Efekt widziałam, ale nie na koncie, a w spadkach mocy i coraz częstszym poczuciu, że gonię jakiegoś wyobrażonego króliczka.

Przechodząc na freelance, zaczęłam w inny sposób patrzeć na rynek pracy, przyglądam się umowom, zastanawiam się nad różnymi rozwiązaniami, myślę o podatkach, ubezpieczeniach i zobowiązaniach bardziej bezpośrednio. Wracam do pytania: jak wycenić swoją pracę? Zapisując czas, jaki poświęcam na zbieranie materiałów do tekstów, czytanie, słuchanie, oglądanie, szukanie źródeł, wywiady, rozmowy, sprawdzanie danych, a nawet myślenie o temacie. Dotarło do mnie, że poświęcam tysiące godzin na darmową pracę.

Zdjęcie: Yusuf Evli/Unsplash

W pewnym sensie o tym wiedziałam. Jednak dopiero zapisanie na kartce zakresów czasowych, jakie upłynęły mi na przygotowywaniu fundamentu tekstu, a następnie samo jego napisanie, sprawiło, że w moim mózgu wykoziołkował się sposób wyceniania wykonanego zadania. Czy powinnam dostawać wynagrodzenie za realne godziny pisania? Czy za wszystkie przygotowania i cały proces? Ile warte jest to, że czytam książkę osoby, z którą muszę przeprowadzić wywiad? I czy za wszystko muszę być wynagradzana? Na to ostatnie pytanie już sobie odpowiedziałam. Ku mojemu zaskoczeniu, odpowiedź brzmi: nie. Ale tylko do momentu, gdy cały proces odbywa się na moich zasadach.

Pracuję, bo chcę
Właśnie. Kolejny punkt. Do tej pory nic tak skutecznie, jak freelancing nie pozwoliło mi przepracować motywacji wewnętrznej. Na własnej skórze odczułam argumenty krytyków systemu kar i nagród, a także ocen. Zmieniając tryb pracy, dokopałam się do wniosku, że to właśnie szkolne piątki i dwójki zdewastowały mój system wartości i zaprogramowały mnie pod opresyjny system. W pracy nie masz piątek i dwójek, ale masz premie, nagany, maile z pochwałami, nagrody dla najlepszego pracownika, manipulacje, bywa, że również przemoc w przeróżnych wydaniach. Ale cel jest jeden: masz robić jak najwięcej, za jak najmniej kasy.

Pierwsze miesiące jako wolny strzelec były dla mnie walką z zakurzonymi schematami, chorymi przyzwyczajeniami i destrukcyjnymi nawykami. Dowiedziałam się, że ‘wyjście z systemu’ nie oznacza złożenia wypowiedzenia. Wyjście to proces, który rozgrywa się w mózgu i trwa miesiącami. To wewnętrzna walka starego i nowego. To próba sił. I duże wyzwanie, bo pojawiają się wyrzuty sumienia, panika, złe decyzje, lęk, niepokój, brak wiary w siebie. To właściwie trochę szukanie tożsamości, ale jeszcze nie wiadomo, czy na pewno swojej.

U mnie poskutkowało to zachwianym budżetem, zawaleniem kilku terminów, zaległościami, sporadyczną bezsennością i poczuciem, że nie daję rady. Bałam się, że nie zarobię wystarczająco. Od razu górnolotnie założyłam, że skoro odeszłam, to nie po to, żeby zarabiać mniej, więc brałam na siebie wciąż więcej i więcej (przekonałam się, że moja praca wbrew temu, co myślałam, nie była niezauważana). Przestałam wyrabiać na zakrętach, mityczna przecudowna wizja freelancingu odjechała na jednorożcu, a ja…

Nauczyłam się, jak być szefową. Z szefami to różnie bywa. Są lepsi i gorsi, mniej lub bardziej kompetentni, tacy, których da się lubić, i tacy, przed którymi lepiej uciekać. Tutaj szefem jesteś ty. Nie ma lepszego momentu, żeby przekonać się, że szantaże, straszenie, presja, naciski i sugerowanie kar to durna taktyka, która nie działa. A jak działa, to na chwilę. Nie przynosi realnej zmiany. To po prostu element tresury. Powtarzasz, że ‘ty to musisz mieć nad sobą bata’, żeby coś zrobić? Że sam się nie zmotywujesz? Że na ciebie działa tylko dedlajn? Też tak mówiłam. Też tak mi się wydawało, bo jest dużo osób, które chcą, żeby tak nam się wydawało.

Zdjęcie: Calvin Craig/Unsplash

Banner Image

Freelancing otworzył mi głowę, sprawił, że dostrzegłam nowe możliwości.

Motywacja wewnętrzna? A co to?

Okazuje się, że regularna, otwarta i rzetelna praca z motywacją wewnętrzną sprawia, że wszystko staje się jasne. Nagle wiesz, po co pracujesz (ale tak serio), wiesz, jak sprawić, żeby ci się chciało, gdy bardzo ci się nie chce, uczysz się, co sprawia ci przyjemność, odkrywasz, w jakich sferach chcesz się rozwijać i w końcu wiesz, że nieraz trzeba po prostu odpuścić. Motywacja wewnętrzna pomaga też w regulacji cyklu dobowego, bo dociera do ciebie, że nie musisz zrywać się rano, bo gdy zaczniesz pracę o 12:00, to zrobisz więcej, niż gdybyś siadł do komputera o 6:00.

Po kilku miesiącach zauważyłam, że mam więcej siły witalnej. Zdalna i elastyczna praca zdjęła ze mnie obowiązek dojazdów (1,5-2 godziny dziennie tylko po to, by pracować na innym komputerze niż mój), utrzymywania relacji opartych na męczących small talkach, szarpania swojego układu nerwowego budzikami (fun fact: zawsze uważałam się za osobę, którą z łóżka trzeba wyciągać psim zaprzęgiem, a tu proszę, w wieku 30 lat dowiedziałam się, że spokojny i regularny sen sprawia, że zupełnie naturalnie zasypiam i się budzę – i to wcale nie o 12:00!).

Dodam jeszcze, że wcale nie pracuję mniej. Pracuję więcej niż pracowałam, ale: robię to na swoich zasadach, w elastycznych godzinach i z zupełnie innym nastawieniem. Nadal bywa, że popełnię błąd i przez to zarywam nockę lub nie mogę spędzić weekendu na słodkim lenistwie. Dlatego najbliższe miesiące poświęcę na trening work-life balance.

Zdjęcie: Ivana Cajina/Unsplash

Przekonałam się również, że wcale nie chcę stabilności, do której dąży większość. Lubię (kontrolowany) chaos i inność każdego dnia. Freelancing otworzył mi też głowę, sprawił, że dostrzegłam nowe możliwości. Przestrzeń, która wcześniej majaczyła za mgłą ze zmęczenia i frustracji – nie był to oczywiście stan stały, ale jednak powracający, co ostatecznie skończyło się diagnozą wypalenia – w końcu zaczęła się wyostrzać.

Jeszcze jakieś wnioski? Na pewno przestały bawić mnie żarty w klimacie ‘byle do piątku’ i ‘ja wychodzący z pracy o 17:00’. Mniej narzekam i mniej się denerwuję. Odczuwam znaczny spadek stresu i napięć. Bardziej skupiam się na spacerach z psem, relacjach z partnerem i przyjaciółmi, większą przyjemność sprawia mi wyjście do kina czy restauracji w środku tygodnia, bo nie martwię się, że zaśpię do pracy, odkrywam nowe zainteresowania, patrzę i myślę szerzej, jestem otwarta na nowości, bo zwyczajnie mam na to siłę.

Minusy? Dużo czasu i energii zajmuje nauka nowych wzorców, z początku można się pogubić w natłoku obowiązków, niemal cały czas warto być online (przynajmniej ja staram się szybko odpowiadać na maile/wiadomości), żeby nie zrobić sobie zaległości. Na pewno należy też rozprawić się ze swoim wewnętrznym krytykiem, bo o niektóre zlecenia trzeba się postarać, a w takich sytuacjach nie pomaga głosik, że nie dasz rady. I oczywiście pieniądze – dla kogoś z poduszką pewnie będzie to prostsze; jako reprezentantka grupy smętnego jaśka muszę przyznać, że nadal próbuję znaleźć metodę zarządzania swoim budżetem. Coraz uważniej przyglądam się swojej rozrzutności, która kiedyś była po prostu kaprysem. Teraz konsekwencje są boleśniejsze.

Czy polecam freelancing? Nie wiem. Pewnie nie jest to opcja zawodowa dla każdego (pomijając, że nie w każdej branży jest to możliwe). Na pewno poza czynnikami czysto racjonalnymi, warto wziąć pod uwagę kompetencje miękkie, osobowość i osobiste preferencje. Z drugiej – teoretycznie ja również nie nadawałam się na freelancerkę. Ale uznałam, że odchodzę z orkiestry i spróbuję się we freestyle’u. Nie jestem w nim jeszcze najlepsza, ale ostatecznie mam dwie opcje: ćwiczyć, próbować, doskonalić się i rozwijać lub wrócić do orkiestry i zapytać, czy może jednak jest szansa, żebym wróciła z nową wiedzą i doświadczeniami. Nie widzę powodu, żeby odbierać sobie możliwość kroków w tył, bok i po skosie. Kroki tylko do przodu są przereklamowane.

Tekst: Alicja Cembrowska
Zdjęcie główne: Birmingham Museums Trust/Unsplash

SPOŁECZEŃSTWO