O pracy z Bjarke Ingelsem i pracy podczas pandemii rozmawiamy z Maciejem Jakubem Zawadzkim

- Architekt to jeden z dziwniejszych zawodów świata. Ktoś kiedyś powiedział, że to coś jakby pomieszanie dworcowego sprzedawcy hot dogów i natchnionej harfistki - mówi Maciej Jakub Zawadzki szef warszawskiego biura projektowego MJZ, z którym rozmawiamy o zmianach w branży związanych z pandemią i wyzwaniach, jakie stoją obecnie przed architekturą i urbanistyką.
.get_the_title().

Pandemia zmieniła nie tylko nasze życia ale i prace. Życiowo staliśmy się mniej mobilni, natomiast zawodowo bardziej elastyczni i otwarci na nowe formy współpracy. Dzięki technologii praca była i jest możliwa nawet w czasie najsurowszego lockdownu. Wystarczy jedynie dobry, niezawodny sprzęt. Wspólnie z marką Microsoft postanowiliśmy bliżej przyjrzeć się temu, jak obecnie pracujemy, czego potrzebujemy i czy niektóre z nowych rozwiązań i odkryć zostaną z nami na dłużej.

Doskonałym narzędziem, dzięki któremu odnajdziemy się w tej nowej codzienności jest urządzenie Surface Laptop Go. Pierwszym, co rzuca się w oczy, jest doskonała jakość wykonania i sztywność obudowy, która gwarantuje trwałe działanie podzespołów niezależnie od miejsca, gdzie go używamy. Do tego jest lekki i poręczny, co pozwala traktować go nie tylko jako narzędzie pracy, ale również mini centrum rozrywki także dzięki wysokiej jakości ekranowi i zaskakująco dobrym jak na wielkość tego sprzętu głośnikom. Oczywiście Surface Laptop Go został wyposażony w kamerę do wideorozmów i studyjne mikrofony, co pozwala na realizację nawet najbardziej skomplikowanych projektów z zespołem rozsianym po całym świecie.

To szczególnie istotne funkcje dla architekta Macieja Zawadzkiego, który codziennie spędza kilka godzin na wideorozmowach z inwestorami i współpracownikami. Maciek dorastał w Brazylii, wykształcenie zdobywał m.in. w Belgii, Niemczech i Polsce. Miał okazję pracować w najlepszych pracowniach świata w tym w Bjarke Ingels Group w Kopenhadze i MVRDV w Rotterdamie. Od 2013 roku prowadzi swoje autorskie multidyscyplinarne biuro projektowe MJZ w Warszawie. Jest jedynym Polakiem w Międzynarodowej Akademii Architektury (International Academy of Architecture). Prywatnie mąż i ojciec 4-letniej córki, sportowiec. Zapytaliśmy go jak wygląda jego praca w czasach pandemii, jak zarządza się teraz dużym zespołem i pracuje z klientami z całego świata.

F5: Prowadzisz interdyscyplinarne biuro projektowe, które może się pochwalić imponującym porfolio klientów i realizacji w kraju i za granicą. Jak wygląda Wasza branża obecnie? Macie mniej czy więcej zleceń? A może zmienił się ich charakter?

Na początku roku zajmowaliśmy się głównie tematami z branży hotelowej na Mazurach. Później wygraliśmy konkurs na park biurowy w Warszawie. Jak można się domyśleć covid nieźle nam namieszał! Jednak do nowej sytuacji podeszliśmy pragmatycznie i zaproponowaliśmy pewne zmiany. Hotele zmieniliśmy tak, by to były struktury adaptowalne, mogące pomieścić alternatywnie inną funkcję, a w biurowcach skupiliśmy się na stworzeniu możliwie najbardziej zdrowych, dostarczających psychiczny komfort warunków pracy, co w czasach epidemii jest niezwykle istotne.

Według badań 41% pracowników biurowych doświadcza efektu tzw. “covid burnout” czyli emocjonalnego wyczerpania, a nawet depersonifikacji. Dla projektantów stwarza to zupełnie nowy obszar wyzwań.

Jeśli chodzi o liczbę i charakter zleceń to po prostu jest inaczej. Jedne straciliśmy bo prace wstrzymano, a na ich miejscach pojawiły się nowe. Mamy wysyp propozycji domów do wynajęcia. Teraz pracujemy na północy kraju nad kompleksem budynków na 11 sztucznych, prywatnych jeziorach. Do tego doszły projekty zagraniczne, które dotychczas były trochę uśpione. Miasto Tallinn w Estonii ponowiło kontakt związany z pracami nad projektem dużego muzeum, który opracowaliśmy jakiś czas temu. To, co obserwuję, to rollercoaster zleceń. W Polsce rynek jest dziwny, bo budowy nie zostały wstrzymane, a mieszkania nadal wyprzedają się na pniu. Musi się to prosperity (czy po prostu bańka) jednak kiedyś skończyć. Czasami się zastanawiam czy nie powinno się tak stać, bo rynek psuł się już od dawna – szczególnie dla architektów. Przyda się jakiś reset.

Zarządzasz dużym międzynarodowym zespołem ludzi. Jak wygląda teraz Wasza praca? Czy pracując zdalnie osiągacie ten sam poziom efektywności?

Polacy w naszym biurze zawsze byli mniejszością. Mamy ludzi z różnych krajów, co ułatwia pracę przy tematach w różnych lokalizacjach. Teraz jednak, gdy granice i loty są znowu zamykane, musimy postawić na współpracę z lokalnymi architektami. Lubimy bardzo networking, więc to po prostu kolejne, nowe wyzwanie. Izolacje, kwarantanny czy po prostu zdalny tryb pracy pozwala nam funkcjonować względnie normalnie. Mamy takie szczęście, w przeciwieństwie do innych branż, że charakter naszej pracy pozwala w dość prosty sposób zmieniać miejsce jej wykonywania.

Pracownicy siedzą w domach, a ja w biurze. Jestem wtedy podpięty do kamery przez cały dzień i prowadzę calle z nimi i klientami. Chyba zaliczyliśmy już wszelki możliwy software do tego typu aktywności. Zoomy, Skype’y, Teamsy, Hangouts itp…

Jestem promotorem dyplomu studenta z Nowego Jorku na amerykańskiej uczelni i opanowaliśmy szkicowanie na tablecie na odległość w czasie rzeczywistym. Często jestem zaskoczony możliwościami technologicznymi, jakie mamy obecnie do dyspozycji. Epidemia przyśpieszyła ich rozwój kilkukrotnie. Mamy zgrany, dobry zespół – nie zauważam mniejszej efektywności w raportach z postępów prac, które dostaję dwa razy w tygodniu. Nie potrzebuję też wprowadzać jakiś mechanizmów kontroli rodem z Big Brothera, jak to się dzieje w niektórych korporacjach. Efekty pracy i roboto-godziny widać czarno na białym w tym zawodzie.

Z jednej strony pandemia sprawiła, że życiowo jesteśmy mniej mobilni, ale jednocześnie praca stała się bardziej elastyczna. Udaje Ci się nadal zachować ten osławiony work-life balance?

Mniej jest spotkań u klientów, więc poruszam się wyłącznie na rowerze. Wcześniej gdy trzeba było pojechać w kilka różnych miejsc było to dosyć męczące i mało komfortowe. Więcej też biegam przed pracą i w weekendy, a czasami do pracy. Czyli na pewno żyję zdrowiej. Stres jest jednak nieodłączną częścią tego zawodu, więc on nie minął. Szczególnie gdy zajmujemy się bardziej architekturą kreatywną a nie stricte komercyjną.

Architekt to jeden z dziwniejszych zawodów świata. Ktoś kiedyś powiedział, że to coś jakby pomieszanie dworcowego sprzedawcy hot dogów i natchnionej harfistki.

Poszedłem jakiś czas temu za radą mojego byłego szefa z Nowego Jorku, by przebywać jak najmniej czasu we własnym biurze, a bardziej wychodzić do ludzi. Dzięki temu teraz mamy bardziej zdywersyfikowane źródła dochodu i pracujemy dla klientów prywatnych, deweloperów, ale i też samorządów miejskich czy nawet fundacji obywatelskich. Work jest przez cały tydzień, bo trudno go zostawić i włączyć tryb uśpienia na weekend. Ale nie daję się zwariować, bo poświęcam dużo czasu na domowe sprawy i moją 4-letnią córeczkę. Do tego mega wciąga mnie świat technologiczny, więc też dużo czasu poświęcam na rozwój z tym zakresie.

Znajdujemy się w Twojej pracowni na warszawskim Mokotowie. Jak wygląda Twoje biurko? Co na nim zwykle znajdziemy?

Lubię czerń i neutralne kolory. Są dobre jako mało rozpraszające, minimalistyczne tło do prezentacji pomysłów. Takie też jest moje biurko. Mam tzw. kontrolowany bałagan głównie dzięki mnóstwie czarnych notesów, gdzie zapisuję pomysły. Dużo korzystam z tabletu z rysikiem, na którym robię korekty materiałów rysunkowych, by przekazać uwagi zespołowi podczas korekt.

Lubię mobilność i to główna cecha w sprzętach, których używam na co dzień jak małe laptopy czy gogle VR, które wykorzystujemy do prezentacji projektów.

Do pracy zdejmuję swój czarny zegarek Kitmen Keung, który pokazuje dwie strefy czasowe miejsc, gdzie akurat realizujemy projekty. Nie używam papierowych kalendarzy. Ich szata graficzna zawsze mi jakoś przeszkadza. Tworzę swoje własne i rozwieszam po biurze. Na biurku za to mam wielki plan działań na każdy miesiąc. Nieodłącznym elementem mojego biurka są makiety zaprojektowanych przez nas budynków. Są drukowane na sprzęcie 3D, który mamy w pracowni. Drukarki 3D obok programów komputerowych stały się w ostatnim czasie integralnym narzędziem naszej pracy.

Wcześniej pracowałeś m.in. w pracowni jednej z największych gwiazd współczesnej architektury Bjarke Ingelsa, który  swoimi pomysłami wychodzi daleko poza kategorię architektury, rysując odważne wizje urbanistyczne. Jak wspominasz pracę z nim?

Miałem to szczęście, że pracowałem w BIGu, gdy Bjarke bywał jeszcze w biurze, a ono samo liczyło 50 osób, a nie 500 jak teraz. Dzięki temu przy paru projektach mieliśmy ze sobą bezpośredni kontakt na spotkaniach, omawiających projekt. Dużym plusem pracowni było to, że każdy niezależnie od stanowiska mógł powiedzieć, co myśli. Wtedy byłem architektem przeskakującym z konkursu do konkursu, bo bardzo podobała mi się intensywna praca. Bjarke ma dobre poczucie humoru, co sprawia, że takie spotkania są bardziej na luzie i nie ma na nich stresującej atmosfery.

Ma milion pomysłów na sekundę. Na jednym z takich spotkań wystrzeliwaliśmy nimi razem, tworząc główny koncept spalarni śmieci w Kopenhadze, na której jeździ się na nartach. Absolutnie szalony pomysł, który wygrał następnie konkurs.

BIG w swojej pracy udowadnia, że ‘sky is the limit’ nie tylko w architekturze, ale i urbanistyce. Ta dziedzina, kiedyś prężnie działająca w naszym kraju, teraz jest kompletnie zaniedbana. A przecież miasta to nie tylko budynki i przestrzeń między nimi, ale masa innych, ważnych aspektów do zbadania jak np. komunikacja i jej rozwój w przyszłości, do którego należy się przygotowywać już teraz. W pracy mojego biura MJZ kontynuujemy tę tradycję i tworzymy wizje zagospodarowania przyszłości z wykorzystaniem sztucznej inteligencji czy też robotyki dla różnych terenów polskich miast na zamówienie ich władz. To nowa, ekscytująca perspektywa. By niczego nie zaniedbać powołaliśmy do tych celów think-tank zarejestrowany jako stowarzyszenie LURE Laboratory for Urban Research & Education, który docelowo przejmie cały research w biurze.

 XXI wiek ogłoszono stuleciem miast i póki co ta prognoza wydaje się prawdziwa. Miasta cały czas dynamicznie się rozrastają, do nich migrują ludzie. Miasta to też miejsca, które chyba najbardziej odczuły lockdown. Momentami zupełnie zamarły, co było bardzo nienaturalnym widokiem. Jakie Twoim zdaniem piętno odciśnie pandemia na ich dalszym rozwoju?

Nowe formy mobilności i obecny rozwój zdalnych technologii wpłynął na zmiany w tzw. tkance miejskiej. Względnie niedługo połowa populacji na globie będzie mieszkała w miastach, a produkcją żywności poza nimi zajmie się robotyka. To nie jest science-fiction bo w niektórych miejscach na świecie taki model już funkcjonuje. Pojawią z tym związane nowe zagrożenia. Miasta-państwa będą bardziej niezależne (jak kiedyś) od rządów, co spotęguje konflikty.

Epidemie też będą coraz częściej występowały z uwagi również na duże zagęszczenie i szybkie zmiany klimatyczne. Nie ma co być jednak fatalistą. Po prostu przystosujemy się do kolejnych “nowych normalności”.

Nowy Jork w centrum zupełnie opustoszał, ale to efekt pierwszego szoku i teraz powoli wraca do poprzedniego stanu. Epidemie zawsze były obecne na świecie podobnie jak wojny. Mało kto jednak teraz pamięta, ale Okopy Lubomirskiego w Warszawie wcale nie były związane z działaniami militarnymi-obronnymi, a rogatki na granicach nie były tylko dekoracją na wjeździe do miasta. Oba obiekty były przygotowane na dżumę, która na szczęście nigdy do naszej stolicy nie dotarła.

Jedną z ciekawych koncepcji, która na nowo odżyła podczas lockdownu i ograniczenia w mobilności jest idea 15-minutowych miast, gdzie wszystkie podstawowe życiowe potrzeby – pracę, zakupy, naukę i rozrywkę – będziemy mogli zaspokajać w odległości krótkiego spaceru lub jazdy rowerem od domu. Wierzysz w taką przyszłość miast?

Absolutnie tak. Burmistrz Paryża Anne Hidalgo zaproponowała ostatnio, by właśnie w ten sposób przeorganizować nie tylko centrum Paryża ale cały jego obszar. To miasto ma długą tradycję w tego typu radykalnych zmianach (renowacja Haussmana w XIX wieku). Wszystko zależy od stopnia przygotowania tkanki miejskiej do tego typu bardzo chwalebnych pomysłów. Monofunkcyjność dzielnic jest zdecydowanie w tym przypadku przeszkodą. Podobnie jak plany miejscowe, które są na bardzo kiepskim poziomie w wielu miastach w Polsce. Nie chodzi o to przecież, by iść na ilość (procent powierzchni miast, która jest pokryta planami miejscowymi, czym się zawsze chwali władza) ale jakość. Jesteśmy nadal w jakieś chyba fazie przejściowej, gdzie szkoła na bardzo dużym mieszkaniowym masterplanie jest elementem, o który trzeba walczyć. Nie rezygnowałbym jednak od razu z bardziej śmiałych wizji czy planów, bo one nakreślają sposób działania na lata i mogą być przynajmniej w jakieś części wykorzystane. Gdy pracowałem 10 lat temu w holenderskim biurze nie mogliśmy przypuszczać, że już teraz wiele z propozycji pracowni ze strategii Paryż 2050 zostanie wpisanych do obowiązującej agendy miasta.

Nad czym obecnie pracujecie i kiedy i gdzie będzie można zobaczyć efekt waszej pracy?

Kończymy projekty koncepcyjne i zaczynamy projekty budowlane dla kilku zleceń. Jednym z nich jest wspomniany park biurowy na Mokotowie czy luksusowe domy na wodzie. Projektujemy też domy w Rumunii w górach. Z nietypowych projektów mamy też pawilon w ogródkach działkowych, którego główną funkcją jest pozyskiwanie wody deszczowej, wykorzystując do tego uformowanie jego całej bryły. Efekty powyższych projektów będą widoczne dopiero w 2-4 kwartale następnego roku. Dodatkowo rozwijamy dział technologiczny biura. W dobie pandemii zdalne rozwiązania do prezentacji projektów deweloperskich, nieruchomości są bardzo pożądane. Od kilku lat już zajmuję się VR-em a obecnie również AR-em czyli technologią rozszerzonej rzeczywistości. W niej jest przyszłość. Startujemy oficjalnie z nowym działem w nowym roku.

Zdjęcia: F5, Kinga Hołub, observatorium.pl
Tekst powstał przy współpracy z marką Microsoft

SPOŁECZEŃSTWO