Zapierdalać czy odpuścić? I dlaczego odpuścić

Zaczęło się w pandemię. Zamknięta w warszawskiej kawalerce z psem miałam nad wyraz dużo czasu na myślenie. Przypadkowo tym myśleniem strąciłam w swoim mózgu pierwszy klocek domina. Cała konstrukcja sypała się przez dwa lat i w końcu doszłam do punktu, gdy jestem gotowa ułożyć coś zupełnie nowego. Ale najpierw musiałam rzucić dotychczasową pracę i zastanowić się, czy tę nową chcę dopasować do siebie, czy dopasować się do niej. I najważniejsze: czy nie wolę jednak trochę zwolnić w tym biegu po obiecywany z każdej strony 'sukces'?
20 proc. ludzi wykonuje pracę, którą do 2030 roku zastąpią roboty.

Człowiek kontra robot

James Suzman od trzech dekad dokumentuje życie ludu Ju/’hoansi z północno-zachodniego Kalahari. To prawdopodobnie najlepiej znana społeczność, która aż do XX wieku utrzymywała się z polowań i zbieractwa. A jednocześnie nie potrafi dostrzec sensu w ekspansywnej światowej gospodarce. Dlaczego picie kawy w klimatyzowanym biurze jest lepiej wynagradzane niż kopanie rowów? Dlaczego po wypłacie ludzie nie cieszą się owocami swojej pracy? Dlaczego pracujemy tak ciężko, żeby zdobyć jeszcze więcej pieniędzy, skoro mamy ich już tyle, ile wystarczy do życia?

‘Nie było niespodzianką, że Ju/’hoansi zadawali te pytania. Kiedy zacząłem z nimi pracować, było już powszechnie akceptowane, że byli najlepszym współczesnym przykładem tego, jak musieli żyć wszyscy nasi przodkowie zajmujący się polowaniem i zbieractwem. Ale im dłużej z nimi przebywałem, tym bardziej nabierałem przekonania, że ​​zrozumienie ich podejścia ekonomicznego nie tylko daje wgląd w przeszłość, ale także dostarcza wskazówek, jak my w uprzemysłowionym świecie możemy zorganizować się w coraz bardziej zautomatyzowanej przyszłości’ – pisze autor książki ‘Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas’.

Bez wątpienia lepszego czasu na takie rozmowy nie będzie – pandemia diametralnie zmieniła rynek pracy, ale nie spowolniła automatyzacji i rozwoju technologicznego, głównie w kontekście sztucznej inteligencji. Szacuje się, że 20 proc. ludzi wykonuje pracę, którą do 2030 roku zastąpią roboty, a 70 proc. taką, której wykonywanie zostanie pod różnymi względami zmodyfikowane. Już teraz powstają miejsca, w których kasjer nie jest potrzebny, a w Stanach Zjednoczonych testowane są taksówki bez kierowców. Algorytmy piszą książki i malują obrazy.

Praca jako nowa tożsamość

Tak szybko postępująca zmiana wzbudza niepokój i trudno się temu dziwić – praca stała się przedłużeniem naszej osobowości, wyznacza status, kształtuje wartości. Mówiąc najogólniej – określa, kim jesteśmy, z kim przebywamy, jak spędzamy czas.

Dlatego krytykujemy leniuchów, nie szanujemy tych, którzy od pracy się migają. Wszak ‘zapracowanie’ stało się miarą wartości jednostki.

Co jednak ciekawe na przełomie XIX i XX wieku ekonomiści przewidywali, że symbolem bogactwa będzie czas wolny – ostatecznym dowodem na osiągnięcie sukcesu miało być niepracowanie. Badacze nie wzięli jednak pod uwagę aspektu antropologicznego, niesłabnącego apetytu na więcej i kulturowego produktu pod hasłem ‘ciężka praca’, które stało się niemal naszą drugą skórą.

W 1928 roku ekonomista John Maynard Keynes wygłosił wykład, w którym przekonywał, że ludzie w roku 2028 będą pracować tylko 15 godzin tygodniowo. Miały nam to zapewnić produktywna gospodarka i innowacje technologiczne. Dokonaliśmy jednak logicznego fikołka i zamiast mniej, pracujemy coraz więcej. Oferty pracy puchną od obietnic o ‘rodzinnej i przyjaznej atmosferze’, a korporacje robią place zabaw, organizują leżanki i farmy wertykalne, żeby pracownicy zapomnieli, że pora wyjść do domu.

Powtarzanie, że nie mamy na nic czasu, jesteśmy zmęczeni i pracowaliśmy do nocy, całkiem naturalnie stało się społecznym symbolem statusu. Istnieją przesłanki, pozwalające sądzić, że często mówimy to automatycznie, bo w ten sposób dajemy sygnał, że jesteśmy wartościowi i zasługujemy na więcej.

Zapędziliśmy się w kozi róg, bo jednocześnie przecież wszyscy prychamy, jak ktoś sprzedaje nam bajki, że pracował po 20 godzin na dobę – wiemy, że o ile jednorazowo da się to przeżyć, to w wymiarze długoterminowym jest to niemożliwe. A nawet bez sensu, bo takie słowa najczęściej padają z ust tych, do których sukcesu przyczyniło się o wiele więcej czynników niż nienormowany czas pracy. Kiedyś nie potrafiłam poskładać tych klocków i też dałam się nabrać, że jak pozapierdalam, to będę miała. Miałam – pierwszy napad paniki i myśli, że umieram na zawał w wieku 26 lat. Nie było warto, nie polecam.

Z badania opublikowanego przez Organization Science w 2015 roku wynika, że pracownicy, którzy przyznali, że nie pracowali 80 godzin tygodniowo, byli negatywnie oceniani przez swoich szefów. Wystarczyło jednak udawać, że pracuje się tak dużo i jest się zajętym, by zostać docenionym za oddanie i zaangażowanie. Kolejne badania wykazały, że ludzie, którzy najbardziej narzekają na to, że są zajęci, w rzeczywistości nie doświadczyli znacznego wzrostu godzin pracy – bycie zajętym jest stanem umysłu, a nie odzwierciedleniem realnej sytuacji.

Dlaczego przez ponad 95 proc. historii homo sapiens cieszyli się większą ilością wolnego czasu niż my teraz?

Rozkrok millenialsa

Mam 31 lat i stoję w rozkroku, a raczej do niedawna stałam – jedną nogą w przekonaniach, którymi oblepione są pokolenia moich dziadków i rodziców, drugą we wciąż mętnych nowych dyskursach, które na rynek pracy wprowadzają młodsze roczniki. Pandemia zadziałała jak mikser, który znienacka wleciał do miski i przemieszał wszystko tak konkretnie, że jedyne, co nam zostało, to pościerać to, co rozlało się na boki i zdiagnozować, co zostało w naczyniu.

W społecznej dyskusji o pracy ścierają się obecnie dwa wilki: jeden wyje, że ‘kiedyś to ludzie pracowali i nie marudzili’, drugi to ten, który marudzi, bo chce innego życia. Coraz to nowe wywiady pani Kulczyk, pana Lisa czy pana Matczaka tylko rozdrażniają kolejne stada wilków, które już gubią się w tym, co należy, a co nie wypada. No właśnie. Zapierdalać czy odpuścić? Pandemia słusznie zbliżyła nas do tego drugiego scenariusza, jednak ludzka natura (a może tresura?) wciąż pcha nas w ramiona kapitalistycznego bożka, który obiecuje, że ciężka praca to gwarancja sukcesu.

Dlaczego zatem przez ponad 95 proc. historii homo sapiens cieszyli się większą ilością wolnego czasu niż my teraz, a nadal nie żyjemy w społeczeństwie zwycięzców? Dlaczego statystyki pokazują, że coraz szybciej się wypalamy i chorujemy, a depresja pnie się na pierwsze miejsce chorób cywilizacyjnych? Dlaczego nadal miliony ludzi żyją w ubóstwie i nie mogą zaspokoić podstawowych potrzeb, choć zapierdalają? Jak to jest, że nierówności społeczne z każdym rokiem się pogłębiają i gdy jedni latają prywatnym odrzutowcem, inni na tratwie toną w Morzu Śródziemnym?

Ciężka praca nie gwarantuje sukcesu.

To jeden z pierwszych klocków domina, który upadł w mojej głowie. Gdy upadł, dostrzegłam, jak sama się nim karmiłam, chcąc wierzyć, że siedząc kolejny raz po godzinach, zbliżam się do mitycznego jednorożca, na którym oddalę się w stronę wymarzonego życia. Zawiesiłam jednorożca na kołku, bo w sumie chcę brać udziału w niesprawiedliwym wyścigu po patomieszkanie w Warszawie. Postanowiłam, że trzydziestka na karku to dobry moment na weryfikacje swoich poglądów i oczekiwań.

Gdy rzuciłam pracę, zalała mnie fala – podziwu i gratulacji. Dowiedziałam się wtedy od wielu osób, że jestem odważna. Bez kokieterii przyznaję, że reakcje znajomych na tak zwyczajną, w moim odczuciu, decyzję były dla mnie absolutnym zaskoczeniem. Upadł kolejny klocek domina. Moje środowisko potwierdziło statystyki i dane: jesteśmy masowo wypaleni, sfrustrowani i zmęczeni. Praca staje się dla nas często nie do zniesienia, a jednocześnie nosimy w sobie wielką blokadę zbudowaną ze strachu i niepewności. Perspektywa zmiany bywa tak obezwładniająca, że wolimy latami trwać w błocie niż na chwilę w nim zanurkować, żeby odbić się od dna.

Współczesny dyskurs (kreowany głównie przez tych, którzy zbijają kapitał na strachu i lękami masy napychają kieszenie) każe nam wierzyć, że życiowym celem jest trzymanie się pazurami ochłapów, które dostajemy. I tak podrzuca się nam ochłapy wolności i ochłapy złudnego poczucia kontroli, ale tylko po to, żebyśmy więcej pracowali i więcej wydawali, a jednocześnie nie bogacili się, tylko ślepo wierzyli, że tak się stanie, jeżeli będziemy jeszcze więcej pracowali i wydawali, bo przecież tym bardziej w czasach kryzysu to jedyne, co możemy robić. Totalny absurd.

Absurd. To właśnie on sprawia, że nieznajomi, których poszpiegowałam w sieci i znajomi, z którymi pogadałam, boją się rzucić pracę, która jest dla nich wyniszczająca. Nie zgadzają się z politykami firm, w których tkwią. Nie mają umów i ubezpieczenia. Mogą zostać zwolnieni z dnia na dzień. Żyją ‘byle do piątku’. Frustrują się, że nie mogą pracować zdalnie lub w elastycznych godzinach. Nie mają siły, by za radą jednego z setki wielkich kołczów XXI wieku ‘zrobić lemoniadę z cytryny, którą podsunął im los’.

Zresztą, już nawet nie chce im się pić. Chcą tylko spać i wyszarpać termin do psychiatry. Mówią: wszędzie jest tak samo.

Odpowiadam: nie. Nie jest. Gdy postanowiłam zanurkować w błocie i odbić się od dna wyskoczyłam na całkiem nowy kawałek ziemi, o którym słyszałam, ale uznałam, że nie dam rady, nie poradzę sobie bez bata. Najpierw dostałam propozycję z kategorii ‘nie do odrzucenia’, oznaczałaby ona duży zastrzyk gotówki, ale jednocześnie ponowne wskoczenie do błota. A przecież jak już poświęciłam tyle czasu i energii na wyskok, to nie ma sensu się cofać.

Zdecydowałam, że tym razem to ja ustalę gdzie, w jakich godzinach, kiedy i ile pracuję, korzystając z tego, że mój zawód na to pozwala. Usłyszałam i pewnie jeszcze nie jeden raz usłyszę, że jestem rozpieszczoną idiotką, bo nie chcę wstawać o 6:00. Trudno, przynajmniej przy okazji zaczęłam być szczęśliwą i wyspaną idiotką. Upadł kolejny klocek domina, bo odkryłam, że naprawdę ważniejsze niż sława, pieniądze i stanowiska są dla mnie dobre samopoczucie, możliwość wyjścia na spacer o 12:00 i zasypianie bez stresu, co też jutro wydarzy się w pracy.

Przy okazji odkryłam, że umiem lepiej dysponować budżetem, gdy mam na koncie smętne ostatki, myśl, że nie stać mnie na kupno mieszkania wcale nie pogorszyła mi nastroju, a po czasie odkryłam, że rozwinięty technologicznie świat daje mi dużo szans na zarobienie tego tysiąca szybciej i łatwiej.

Zamiast złotego wieku wypoczynku, mamy złoty wiek zapierdolu.

Złoty wiek zapierdolu

Tak jak na początku rewolucji przemysłowej, tak, gdy naszą codziennością jest rewolucja technologiczna, pojawiały się sugestie, że automatyzacja, maszyny i roboty, sprawią, że w końcu odetchniemy i będziemy mogli pracować mniej. Historia i zbierane przez badaczy dane pokazują jednak, że za długo we wszelkich prognozach pomijana była ludzka natura. Idealnym przykładem są ekonomiści, którzy już w XVIII wieku wróżyli, że ‘ładne maszyny’ wyrwą społeczeństwa z mrocznych fabryk, a pracownicy zyskają czas na prowadzenie szczęśliwego życia. Więcej: miało to doprowadzić do całkowitego pokoju, bo o co walczyć, skoro cała ludzkość będzie miała zapewniony komfort?

Fakt, czas pracy stopniowo się zmniejszał. A teraz? Śledztwa wykazały, że w fabrykach Shein ludzie pracują po 18 godzin. Przy jednym wolnym dniu w miesiącu.  Z wyliczeń Keynesa wynika, że przekroczyliśmy zakładane przez niego progi i teoretycznie powinniśmy żyć w ‘złotym wieku wypoczynku’. W praktyce – obserwujemy coraz większe nierówności społeczne, pozwalamy na niewolniczą pracę milionów ludzi, zostajemy po godzinach i sztucznie tworzymy stanowiska, które James Suzman nazywa ‘bullshit jobs’.

Mówiąc najkrócej: zamiast złotego wieku wypoczynku, mamy złoty wiek zapierdolu. Konsumpcjonizm, otwarcie rynków i kapitalizm jeszcze bardziej napędziły nasz biologiczny rytm, którym jest pozyskiwanie i zużywanie energii, ale też coś więcej – poczucie celu i sensu. A to odróżnia nas od innych organizmów.

Przez większą część historii nasi ewolucyjni przodkowie stali się bardziej celowi i skuteczni w zabezpieczaniu energii. Dzięki prostym narzędziom, które stworzyli, a ostatecznie, być może pół miliona lat temu, dzięki opanowaniu ognia, mniej czasu i energii poświęcali na poszukiwanie jedzenia. Zamiast tego spędzali czas na innych celowych czynnościach, takich jak tworzenie muzyki, odkrywanie, ozdabianie ciała i kontakty towarzyskie. Możliwe, że nasi przodkowie nigdy nie rozwinęliby języka, gdyby nie czas wolny zdobyty przez ogień i narzędzia, ponieważ, podobnie jak nasi kuzyni goryle, musieliby spędzać do 11 godzin dziennie na mozolnym żerowaniu, żuciu i przetwarzaniu włóknistej, trudnej do strawienia żywności – pisze James Suzman.

 

Banner Image

Acton Crawford/Unsplash

Teza, że to czas wolny pozwolił rozwinąć język, brzmi wielce prawdopodobnie. Z badań przeprowadzonych przez Ernst&Young wynika, że każde dodatkowe 10 godzin spędzonych na wakacjach, zwiększa wydajność pracownika o 8 procent. W analizie Polskiego Instytutu Ekonomicznego stwierdzono, że u ‘pracowników, którzy potrafią w wakacje odciąć się od obowiązków służbowych, obserwuje się trwałe podniesienie nastroju i zwiększenie poziomu szczęścia’.

Naukowcy ze Stanford wykazali, że wydajność znacznie spada po około 55 godzinach pracy tygodniowo. ‘Pracownicy, którzy pracują przez 56 godzin tygodniowo, mają mniej więcej taką samą wydajność, jak ci, którzy pracują 70 godzin. Więcej godzin nie oznacza większej wydajności’ – pisze dr Jaclyn Margolis. Warto jednak doprecyzować, że praca to nie tylko 8 godzin w biurze. Z energetycznego punktu widzenia pracą jest też pogłębianie wiedzy, czytanie książek i artykułów, nauka języka obcego, przeglądanie dokumentów po godzinach czy odpisywanie na maile.

Dlatego, chociaż wiele osób nie chce tego przyznać – influencerzy to nie pączki w maśle. Pracują długo, dużo i ciężko, a dodatkowo ich pracę niemal 24/7 ocenia zaszczytne grono obserwatorów. Nie tylko fanów.

 

Każdego można zastąpić, a wielkie rzeczy są przereklamowane.

Oddychaj

Mogłabym w tym miejscu przytoczyć kolejną setkę badań, wskazujących, że odpoczynek jest niezbędny, żeby być kreatywnym, zdrowym, pomysłowym i zadowolonym człowiekiem, ale nie jest to konieczne, bo przecież wszyscy o tym wiemy. A jednocześnie daliśmy wpędzić się w wir, który wyżyma z nas całą energię.

I potem gładko mówimy, że nie mamy czasu na kino, randki czy gapienie się na drzewa w parku, bo jesteśmy zawaleni pracą, a dodatkowo stresem, napięciem, niepokojem i lękiem. Taka mieszanka lubi ostro namieszać w głowie i ciele, więc warto odpuścić.

Nauka odpuszczania jest przeciwwagą dla kultury zapierdolu. Zakłada, że dokonujesz wyboru najlepszego dla swojego zdrowia i komfortu psychicznego w tym momencie. Kiedyś nie umiałam odpuszczać. Mocno wierzyłam w bajkę o wielkim sukcesie. Byłam nerwowa, płaczliwa, spięta. Nakręcały mnie hasła, że na mnie zawsze można liczyć, jestem niezastąpiona i są mi pisane wielkie rzeczy. Każdego można zastąpić, a wielkie rzeczy są przereklamowane. To kolejne moje klocki domina, których upadek pozwolił mi odetchnąć z ulgą. Wow, da się pracować z poszanowaniem dla swojego zdrowia, swoich potrzeb i możliwości.

Proste życie

Z analiz antropologicznych wynika, że pradawni łowcy i zbieracze niemal na pewno nie wiedli krótkiego i paskudnego życia naznaczonego głodem i niedostatkiem. Okazało się, że Ju/’hoansi są dobrze odżywieni, zadowoleni i żyją dłużej niż ludzie w wielu społeczeństwach rolniczych, a ponieważ rzadko musieli pracować więcej niż 15 godzin tygodniowo, mieli mnóstwo czasu i energii, aby poświęcić się wypoczynkowi – pisze James Suzman.

Wiele wskazuje na to, że kult zapierdolu stawiał pierwsze kroki podczas rewolucji rolniczej.

Ponad 10 tysięcy lat temu. I był nie tyle oznaką ludzkiej natury, ile raczej konstruktem kulturowym ulepionym z kultu ciężkiej pracy i rodzących się podstawowych założeń, struktur i norm, które składają się na życie społeczne i gospodarcze.

Osiadły rolnik musiał stawiać czoła żywiołom, reagować na coraz to nowe okoliczności, a co za tym idzie – ciężko pracować, żeby osiągnąć korzyści. Ten, który zasiał lub zebrał za późno, ponosił karę. Leniwy, źle zorganizowany, za mało sprytny i bystry przegrywał w wyścigu z bardziej rezolutnym sąsiadem. Brzmi znajomo? Ciekawe, jak wiele łączy nas z ludźmi, którzy tysiące lat temu stawiali fundamenty kultu pracy.

Mieliśmy dużo czasu, żeby doprowadzić go do perfekcji. Zaczęło się od przekopywania ziemi, potem ludzie przenieśli się do miast, pojawiły się fabryki i maszyny, a teraz prześladują nas dedlajny, asapy i inne contenty. Od lat napędzamy ten kołowrotek nowymi wizjami sukcesu, jakbyśmy za cel postawili sobie dopracowanie autosabotażu do perfekcji.

Młodzi to już absolutnie powariowali...

Podczas gdy problem niedostatku zakłada, że ​​jesteśmy skazani na życie w syzyfowym czyśćcu, zawsze pracując nad wypełnieniem luki między naszymi nienasyconymi pragnieniami a ograniczonymi środkami, zbieracze pracowali tak mało, ponieważ mieli niewiele potrzeb, które prawie zawsze mogli z łatwością zaspokoić. Zamiast zajmować się niedoborem, wierzyli w opatrzność pustynnego środowiska i możliwość wykorzystania tych warunków. Jeśli zmierzymy sukces cywilizacji na podstawie jej trwałości w czasie, to Ju/’hoansi – i inni zbieracze z południowej Afryki – są przedstawicielami najbardziej udanej i zrównoważonej gospodarki w całej historii ludzkości – pisze Suzman.

Najpewniej nadal by ona trwała, gdyby nie kapitalistyczne zapędy, ograbienie z ziemi i zapędzenie ludzi do slumsów, gdzie wyniszcza ich głód, bieda i choroby.

Młodzi to już absolutnie powariowali. Szukają wymówek. My pracowaliśmy po kilkanaście godzin, byliśmy lojalni i nie traciliśmy czasu na skarżenie się, że się od nas wymaga. Nie zmienialiśmy pracy co pół roku. To tylko kilka zwrotek hymnu dziadersów, którzy usilnie próbują podtrzymać pętlę coraz ciaśniej zaciskającą się na szyjach kolejnych pokoleń.

Pamiętam zajęcia w liceum, na których nauczycielka powtarzała nam, że kilka prac wpisanych w szablon CV źle wygląda i oznacza, że nie potrafimy utrzymać się na stanowisku. To niezwykłe, jak szybko ta rada się zestarzała. Młodzi – szczególnie ci, którzy urodzili się pod koniec lat 90. i wychowali w rytmie wzrastających serduszek mediów społecznościowych, YouTuba i coraz dalej rozciągających się macek internetowych – nie muszą siedzieć w miejscu. Trochę przypominają pradawnych zbieraczy. Całymi garściami chcą czerpać z możliwości rozwoju technologicznego.

Tylko co dziesiąty Europejczyk uważa, że angażuje się w swoją pracę

A ten obecnie oferuje nam bardzo dużo. Możemy pracować zdalnie, elastycznie, mobilnie. Ma to oczywiście plusy i minusy. Z jednej strony technologia daje nam dużo wolności, z drugiej przez nią praca nieustannie depcze nam po piętach, bo w dowolnym momencie możemy odczytać maila lub odebrać komórkę. Niemal nieustannie jesteśmy online. Ten stan rzeczy dosyć brutalnie podsumowują statystyki na temat kondycji psychicznej całych społeczeństw – jest nam coraz trudniej odnaleźć się w galopującym świecie, bo w pędzie gonienia za króliczkiem nie mamy czasu na zastanowienie się, po co pędzimy. Zaklęte koło…

Statystyki sugerują, że coraz więcej ludzi nie odczuwa satysfakcji z pracy, a wykonuje ją jedynie dla wypłaty. Aż strach myśleć o zastępach współczesnych niewolników, którzy w wielkich fabrykach nie mogą liczyć nawet na sprawiedliwe wynagrodzenie, nie wspominając już o komforcie, ubezpieczeniu czy przyjemnej atmosferze.

Wyniki przeprowadzonej w 155 krajach ankiety Gallupa z 2017 roku ujawniają, że tylko co dziesiąty Europejczyk uważa, że angażuje się w swoją pracę.

Tuż przed wybuchem pandemii Polacy byli umiarkowanie zadowoleni ze swojej pracy […]. Nastroje w tym przypadku najlepiej oddaje fakt, że co trzecia badana osoba zadeklarowała, że chciałaby zmienić zawód, gdyby tylko mogła jeszcze raz pokierować swoją karierą zawodową. […] Poziom zadowolenia z wykonywanej pracy, a także niesatysfakcjonujące zarobki to najczęstsze przyczyny poszukiwania nowego zajęcia. Wśród powodów spodziewanego odejścia z dotychczasowego stanowiska pytani najczęściej wskazywali chęć wykonywania innej pracy (40 proc.), niskie wynagrodzenie (31 proc.), zniechęcenie (21 proc.) i brak możliwości rozwoju (20 proc.). Ogólnie pracy poszukiwał co dziesiąty zatrudniony i tylko 14 proc. osób niepracujących – czytamy w komunikacie PARPa.

To o tyle ciekawe, że wbrew pozorom Polacy w pracy nie szukają jedynie dobrych zarobków i chcą robić to, co sprawia im przyjemność. W ankiecie LiveCareer aż 80 procent respondentów wskazało, że sukces oznacza dla nich bycie ekspertem w danej dziedzinie. Na drugim miejscu znalazła się stabilność (79 procent), dalej wykonywanie pracy, która jest społecznie użyteczna (75 procent) i dająca prestiż i uznanie (74 procent). Tuż za tymi czynnikami są zarobki (65 procent).

Stacey Ferreira w swoim wykładzie ‘The Evolution of Work’ zwraca natomiast uwagę na elastyczność. Aż 77 procent pracowników czuje większą satysfakcję z pracy, którą mogą wykonywać elastycznie, 66 procent przyznało, że są dzięki temu szczęśliwsi, a 59 procent, że obniżył się ich poziom stresu. Nie istnieją dane, które obalałyby tezę, że szczęśliwy, wypoczęty i mający czas wolny człowiek, jest lepszym i bardziej produktywnym pracownikiem.

Zbierając różne doświadczenia, przekonałam się, że presja, permanentny stres i napięcie nie tylko sprawiają, że gorzej pracuję, ale i robią ze mnie gorszego człowieka – nerwowego, wybuchowego, wiecznie naburmuszonego. Na każdym kroku obserwuję znajomą mi frustrację. Ludzie są nieuprzejmi i agresywni, niecierpliwią się, złoszczą i dowalają innym. Licytują się, kto pracuje więcej, a kto jest nierobem. Mam ochotę im powiedzieć, że można inaczej. A nawet trzeba – dla planety, społeczeństwa i swojego zdrowia. Jeżeli my nie wprowadzimy zmiany, to zrobią to za nas algorytmy i roboty.

Tekst: Alicja Cembrowska
Zdjęcie główne: L’odyssée Belle/Unsplash

SPOŁECZEŃSTWO