Mroczne strony dnia marihuany, czyli jak niewinne “święto” przyniosło zgubne skutki

Wiele serwisów z pewnością przybliżyło dzisiaj legendę, która kryje się za ustanowieniem nieoficjalnego, za to światowego dnia marihuany. Dlaczego jednak powinniśmy być ostrożni z celebracją tego typu "świąt"? Pisze Szymon Woźniak "Igoronco".
.get_the_title().

Od kilku lat zawrotną karierę robi w Polsce liczba 420. I też trudno się temu dziwić, wszak liczba ma wymiar międzynarodowy, a granice i tak przecież dawno już się pozacierały. I nie chodzi tutaj wyłącznie o te językowe, czy kulturowe, bo granic nie zna także głupota, która wybija wraz z celebracją liczby i związanego z nią “święta”.

Na pierwszy rzut oka z fenomenu 420 i towarzyszącego mu ładunku ideologicznego wynika samo dobro i pozytywna energia. 20 kwietnia, godzina 16:20 – to czas, w którym można wyluzować, zatrzymać świat, rozejrzeć się wokół i po prostu – enjoyować się (bardzo żałuję, ale nie ma polskiego odpowiednika tego słowa). Pytanie: dlaczego akurat wtedy? Niestety, jak w przypadku wielu rzeczy w naszych czasach, nie do końca wiadomo. Ponadto – co równie charakterystyczne dla dzisiejszego świata – “samo dobro i pozytywna energia” to opis, który dotyczy tylko opakowania, natomiast w środku… W środku wieje przeraźliwą pustką. I to w najlepszym przypadku. Nie sposób wszakże wykluczyć, że pod płaszczykiem samego dobra i pozytywnej energii, kryją się jednak złe intencje i sposób na urabianie mas. Tym bardziej, że trudno dociec, o co w tym wszystkim właściwie chodzi.

Ale spróbujmy…

Na różnych portalach o tematyce około trawkowej pełno tego dnia artykułów, przybliżających legendę, która kryje się za ustanowieniem nieoficjalnego, za to światowego dnia marihuany.

Choć nie przeczytałem żadnego nowego, to w ciemno zakładam, że wszystkie utrzymane są w podobnym duchu. Cóż, po prostu nie da się napisać tej historii inaczej, jednocześnie nie psując nikomu zabawy. Wiem, bo sam taki tekst kiedyś spłodziłem. I przyznam, że gdy się w tym zagłębiłem, to chwyciłem się za głowę. Głównie z przerażenia. Po pierwsze dlatego, że srodze się na sobie zawiodłem – to nie był przecież pierwszy raz, kiedy uczestniczyłem w tym szaleństwie, za to pierwszy raz, kiedy zastanowiłem się, o co w nim chodzi. I to tylko dlatego, że na tym polegała moja praca. Kolejnym powodem do zmartwienia było liczne grono osób, które dobrze znają tę idiotyczną historię i nie widzą w niej nic podejrzanego.

A oto historia (tj. jej skrócona wersja, bo szkoda czasu na pierdoły, a jak ktoś chce się dowiedzieć czegoś więcej, to… patrz początek poprzedniego akapitu):

Na początku lat 70. w kalifornijskim miasteczku grupka dzieciaków próbowała zweryfikować legendę o plantacji marihuany ukrywanej gdzieś w okolicy i codziennie po szkole urządzała jej poszukiwania. Młodzi poszukiwacze pola konopi skrzykiwali się na ustawki tajniackim kodem “Louis 420”, co oznaczało, mniej więcej, “widzimy się o 4:20 pod pomnikiem Louisa Pasteura”. Później hasło zostało zredukowane do samego “420”, następnie rozprzestrzeniło się wśród reszty młodzieży tej kalifornijskiej mieściny, po czym przedarło się do miejscowej popkultury. Resztę historii już znacie.

Pomnik Louisa Pasteura

Obserwując karierę liczby i związanego z nią święta, “nie chce się żyć na tej planecie ani chwili dłużej”.

Ulice amerykańskich miast 20 kwietnia zamieniają się w scenerię karnawału, internet zalewany jest memami poświęconymi nowej świeckiej tradycji, o 20 kwietnia powstają filmy. O ile zabawa i społeczne zaangażowanie rzadko kiedy jest złe, o tyle w tym przypadku lepiej byłoby, gdyby nie miały one żadnego powodu, niż miały taki.

Pewnie słyszeliście, że 20 kwietnia jest także dniem urodzin Adolfa Hitlera, hucznie obchodzonym przez neonazistów. Jestem ostrożny w szukaniu na siłę spisków, ale przyznacie, że choć do szpiku kości przesiąknięty złem, to ich powód do świętowania ma o wiele większe uzasadnienie. Koincydencja może być oczywiście przypadkowa, ale nie musi – naziści mieli z konopiami wiele do czynienia i wiązali z nimi poważne plany. Wbrew pozorom, konopie były przedmiotem wielu wojen, czasem jednym z ich strategicznych celów, innym razem środkiem do osiągnięcia tychże. Nie inaczej było z II wojną światową, która to na zawsze zmieniła tradycyjną gospodarkę opartą na konopiach i w trakcie której, nazistowscy naukowcy z Instytutu Maxa Plancka wyhodowali jednopiennego mutanta, znanego dzisiaj powszechnie jako – konopie przemysłowe. I chociaż naziści przegrali, to wiele ich planów i tak zostało wprowadzonych w życie, m.in. właśnie zamiana naturalnych i obecnych w naszej agrokulturze od tysięcy lat konopi, konopiami przemysłowymi. Zamiana, która nigdy nie miałaby miejsca, gdyby nie zrobiono z konopi “groźnego narkotyku”. A nie zrobiono by, gdyby nie idiotyczna celebracja, jak – nie przymierzając – 420.

Być może nie ma większego związku pomiędzy planem nazistów odnośnie konopi, a ogólnoświatowym pierdolcem na punkcie 20 kwietnia. Już bez tego, to “święto” jest wystarczająco żenujące, puste i pomaga utrwalić wizerunek palaczy zioła, jako niezbyt rozgarniętych i mało zainteresowanych światem debili. Wizerunek, na który mocno pracują, kultywując pamięć po bohaterskiej grupce nastolatków, co po szkole się umawiała.

Banner Image Banner Image
AdvertisementAdvertisement
AdvertisementAdvertisement
Preloader spinner
Print
Print Text
Zobacz więcej
Wybierz region
Facebook
Age: