Jak Chiny wyciszają #MeToo

Specjaliści oceniają, że skala cenzury jest bezprecedensowa.
.get_the_title().

Od kilku tygodni międzynarodowe media żyją historią zaginionej w tajemniczych okolicznościach chińskiej tenisistki Peng Shuai. Jej zniknięcie nastąpiło bezpośrednio po tym, jak w umieszczonym w mediach społecznościowych poście zawodniczka oskarżyła działacza partii komunistycznej o napaść na tle seksualnym.

W chińskim internecie próżno jednak szukać informacji na temat Peng Shaui i tego, co ją spotkało. W ramach zakrojonej na wielką skalę kampanii ocenzurowano wszelkie związane z tenisistką treści i nawiązujące do sprawy wątki #MeToo. – Nie ma niczego, co można by do tego porównać. Chociaż w przeszłości miały miejsce poważniejsze skandale, cenzura internetu nigdy wcześniej nie była tak surowa – mówi Eric Liu, który do 2013 roku pracował jako cenzor treści dla Weibo (chińska sieć społecznościowa), a obecnie analizuje chińską cenzurę dla portalu China Digital Times w USA.

Kierownictwo partii komunistycznej traktuje każdy skandal z udziałem jej członków jako zagrożenie dla swoich rządów, dlatego Chiny całkowicie wyciszają sprawę Peng Shuai, starając się utrzymać opinię publiczną pod kontrolą. Celem cenzury jest uczynienie z oskarżeń tematu tabu, podobnie jak w przypadku stłumienia protestów na placu Tiananmen w 1989 roku czy zmarłego laureata Pokojowej Nagrody Nobla Liu Xiaobo. Nawet jeśli jakimś sposobem komuś uda się dotrzeć do niewygodnych dla władz treści, polityka chińskiego rządu i tak wymusza na obywatelach autocenzurę.

Publikowanie niewygodnych dla władz treści grozi nie tylko likwidacją poszczególnych kont użytkownika czy całych forów dyskusyjnych, ale nawet zatrzymaniem autorów.

Nawet w prywatnych grupach na komunikatorze WeChat wiele osób unika wspominania o sprawie Peng w obawie przed utratą swoich kont, które są niezbędne w dostępie do szerokiego zakresu usług, takich jak płatności bezgotówkowe czy opieka społeczna.

Zdjęcie: Markus Winkler / Unsplash

Taka kampania wymaga oczywiście ogromnego nakładu pracy ze strony wszystkich chińskich platform społecznościowych. Podczas gdy słowa kluczowe, takie jak ‘Peng Shuai’ i ‘Zhang Gaoli’ (oskarżony przez tenisistkę polityk), zostały natychmiast zablokowane przez wyszukiwarki, cenzorzy musieli wciąż dodawać do listy wrażliwych terminów nowe słowa, które umykają algorytmom. Użytkownicy do publikowania związanych ze sprawą treści używali bowiem innych haseł, takich jak ‘tenis’, ‘melon’, tytuł k-dramy ‘Premier i ja’ czy nazwisk celebrytów brzmiących podobnie do Peng i Zhang.

Nie ma wątpliwości, że władzom udało się dość skutecznie uniemożliwić jakiekolwiek niezależne raporty lub dyskusje na temat Peng Shuai – przyznaje David Bandurski, badacz z China Media Project na Uniwersytecie w Hongkongu. – Te posty, które trafiają do sieci, zawsze muszą ścigać się z czasem – znikają bowiem, zanim zdążą wywołać jakąkolwiek merytoryczną dyskusję.

Rząd chiński robi wszystko, by rosnący ruch na rzecz praw kobiet pozostał pod jego kontrolą.

Wprawdzie w odpowiedzi na #MeToo, które uderzyło w prominentnych mężczyzn ze środowiska akademickiego, biznesowego czy show-biznesu, władze wprowadziły nowe przepisy dotyczące molestowania seksualnego, a nawet aresztowały za gwałt czołową gwiazdę muzyki pop. Jednocześnie partia komunistyczna blokuje jednak oddolne petycje, zatrzymuje aktywistów i aktywistki oraz zakuje mediom relacjonowania spraw dotyczących mężczyzn z establishmentu politycznego. W innych krajach oskarżenie prominentnego polityka o napaść na tle seksualnym mogą ośmielić więcej kobiet do zabrania głosu. Tymczasem w Chinach obserwujemy odwrotną reakcję.

Zdjęcie główne: Xin Li / Getty Images
Tekst: AD

Preloader spinner
Print
Print Text
Zobacz więcej
Wybierz region
Facebook