Marilyn Manson „wie gdzie ku**a mieszkasz!”! Już 13 czerwca pojawi się na warszawskim Torwarze

Dziwak, nonkonformista, odmieniec, szaleniec, odszczepieniec społeczny, artysta totalny, fascynujący brzydal, magnes na piękne kobiety. Po godzinach malarz akwareli i model w kampaniach kilku największych domów mody. Przede wszystkim jednak wnikliwy obserwator rzeczywistości, którą opisuje w swoich tekstach.
.get_the_title().

Marilyn Manson, a właściwie Brian Warner, to legenda, która narodziła się w latach 90. Od początku kariery konsekwentnie budował swój wizerunek, kiedy to z wycofanego ucznia katolickiej szkoły stawał się jedną z barwniejszych postaci w Ameryce. Artysta, którego albo się uwielbia, albo nienawidzi – żadnych półśrodków, jazda na całego.

Manson znany jest z mocnego brzmienia oraz kalejdoskopu szokujących ekscesów – dla zabawy sikał do jedzenia wokalistom zespołu KORN, dosypywał sproszkowane ludzkie kości do skrętów, testował przeróżne psychodeliczne substancje czy stał się honorowym kapłanem Kościoła Szatana, czy w końcu usunął sobie żebra, żeby na moc na scenie wziąć do ust swojego penisa.

Historia rocka lubi żywić się mitami, wciąż więc o wielu historiach nie wiadomo, czy były prawdziwe, czy sfabrykowane. Niektórzy twierdzą, że to właśnie opinia skandalisty torowała mu drogę na sam szczyt. Groteskowy, niepokojący wizerunek to jednak tylko dodatek do mocnego, oryginalnie brzmiącego głosu oraz umiejętności komentowania rzeczywistości w tak dosadny sposób.

Poznając jego twórczość szerzej, da się zauważyć, że używanie kontrowersyjnych środków wyrazu ma nie tylko szokować. Sam stwierdził w jednym z wywiadów, że jest to zbyt proste zadanie. Jego intencją jest raczej prowokowanie, przyciągnięcie uwagi ludzi, wywoływanie silnych emocji, skłanianie ich do myślenia. Marilyn rozszerzył pojęcie sztuki, dochodząc do mistrzostwa.

W jednym z utworów określił się słowami “I’m not an artist. I am a fuckin’ piece of art!”.

Kilka miesięcy temu wydał 10 już płytę „Heaven upside down”, która pokazuje, że jego gwieździe wcale nie grozi samospalenie. Okładka jest ugrzeczniona, bez nawiązań do filmów grozy – ubrany w kożuch Marylin patrzy z niej świdrującym wzrokiem. Klimat krążka to jednak powrót do czasów dawnej wściekłości obecnej w najsłynniejszych utworach. Dużo tam mechanicznego brzmienia, które niepokojąco rezonujące w ciele. Jest też kilka piosenek utrzymanych w lżejszym, popowym klimacie. Całość jest zadziwiająco spójna. Dopieszczaniem płyty znów zajął się Tyler Bates, który odpowiada za jej industrialne brzmienia.

Marilynowi można zarzucać, że nie uodpornił się na upływ czasu – postarzał się, przytył, a jego zadziorny wizerunek księcia mroku złagodniał. Jest w tym dużo prawdy. Czas, kiedy był ilustracją amerykańskiego, złego chłopca z plakatu przypada na lata 90. Przesuwał wtedy granice, wręcz wysadzał je dynamitem, by móc przechadzać się po zgliszczach na najsłynniejszych płytach –”Antichrist Superstar” i “Mechanical Animals”. Udowadnianie czegokolwiek komukolwiek wciąż nie jest w jego stylu. Nowa płyta może nie jest odkrywcza, ale trzyma dobry poziom i obroni się sama. Na koncertach słychać, że Manson wciąż ma on w sobie ogień, a w zeszłym roku był najbardziej oczekiwaną gwiazdą na Metal Hammer Festival w katowickim Spodku.

Już niedługo znów wystąpi w Polsce – 13 czerwca na warszawskim Torwarze.

W cenie biletów bonus w postaci zdartego gardła oraz mokrej od skakania w szaleńczym tańcu z tłumem koszulki. O to, jakie plany na ten środowy wieczór mają fani artysty nie trzeba chyba pytać. Początek wydarzenia o godzinie 18.00.

Tekst: Anna Opas

TU I TERAZ