Tali-ban. Nowi-starzy władcy Afganistanu to dylemat dla decydentów mediów społecznościowych

W ćwierć wieku odkąd po raz pierwszy przejęli rządy w Afganistanie i zakazali swoim rodakom dostępu do internetu, talibowie stali się sprawnymi użytkownikami sieci. Ich cel: wykorzystać media społecznościowe, by umocnić się u władzy.
.get_the_title().

Zabihullah Mujahid nie próżnuje w mediach społecznościowych. Przez cztery ostatnie lata opublikował na Twitterze prawie 30 tys. wpisów, a teraz, gdy świat niechętnie godzi się z wizją Afganistanu ponownie rządzonego przez talibów, będzie musiał zamieszczać ich jeszcze więcej. Mujahid, oficjalny rzecznik Islamskiego Emiratu ze stolicą w Kabulu, obserwowany przez niemal 400 tys. użytkowników, może mieć w najbliższych miesiącach decydujący wpływ na to, czy władza jego ugrupowania zostanie uznana na arenie międzynarodowej. Internet, od którego talibowie odżegnywali się w trakcie swoich pierwszych rządów w kraju, teraz jest dla nich kolejnym frontem walki o panowanie nad Afganistanem.

Emirat w wersji 2.0

Przez dwie dekady konfliktu ze Stanami Zjednoczonymi Taliban w niektórych kwestiach zmienił się nie do poznania. Aktywna komunikacja z opinią publiczną i budowanie swojego wizerunku na arenie międzynarodowej były ostatnie na liście priorytetów, gdy ugrupowanie sprawowało władzę w latach 1996-2001. Internet, jako źródło występku, był zabroniony – zresztą mało kto w wyniszczonym wojną domową Afganistanie miał wówczas do niego dostęp. Ministrowie i wysocy rangą oficjele Emiratu ograniczali swoje interakcje z cudzoziemskimi dziennikarzami do minimum. Talibowie nie interesowali się tym, co myśli o nich reszta świata, dopóki nie przeszkadzała im we wprowadzaniu własnych porządków.

Za czasów swoich pierwszych rządów w Afganistanie talibowie zakazali fotografowania ludzi. Dzisiejsi przywódcy ugrupowania zdają się przepadać za fleszem aparatów. | źródło: Departament Stanu USA

Teraz zdają sobie sprawę, że akceptacja ich rządów na arenie międzynarodowej jest niezbędna do scementowania władzy. Dlatego też Zabihullah Mujahid i reszta talibskiej wierchuszki sprzedają światu swoją nową twarz: ugrupowania, które owszem, będzie bezkompromisowo wprowadzać w życie wizję państwa sterowanego przykazami Koranu, ale jednocześnie przede wszystkim zaprowadzi w Afganistanie dawno niewidziany pokój i porządek. Ich konta na Twitterze informują (w języku paszto i okazjonalnie angielskim) o wydarzeniach i stanowiskach Islamskiego Emiratu. Odżegnują się od ustaleń Humans Rights Watch, oskarżających ich bojowników o zbrodnie wojenne. Publikują nagrania, na których grupy kobiet w Mazar-e-Sharif domagają się obowiązku noszenia hidżabu. Dementują pogłoski o zastrzeleniu wysokiego rangą wojskowego w zbuntowanej wówczas dolinie Pandższiru. Gdy piszą o Stanach Zjednoczonych, porzucają retorykę ‘niewiernych psów’ i ‘tchórzliwych marionetek’, zamiast tego zarzucając Amerykanom niestosowanie się do międzynarodowych ustaleń.

Prezentowany przez Taliban wizerunek działa w dwójnasób. Światu zewnętrznemu pokazuje, że ugrupowanie, choć radykalne światopoglądowo, potrafi być zdroworozsądkowe i zależy mu przede wszystkim na ustabilizowaniu sytuacji w kraju – i odnosi w tym pewne sukcesy.

Prędzej czy później trzeba będzie więc zaakceptować jego pozycję w regionie, a w dalszej perspektywie – być może zacząć współpracować. Wewnątrz Afganistanu działa z kolei jako propagandowa tuba, której odbiorcami mają być przede wszystkim bardziej liberalni i mniej przychylni starym-nowym władcom mieszkańcy miast. Nawet jeśli oficjalne kanały Emiratu nie przekonają ich do wspierania porządków zaprowadzanych przez talibów, to przynajmniej przedstawiają wizję państwa w pełni przez nich kontrolowanego.

Szariat pisany tweetem

To z kolei stawia w kiepskim świetle władze Twittera, jedynej wielkiej platformy, która nadal pozwala talibom na swobodne publikowanie treści. Nie znajdziemy ich na TikToku, YouTubie i przede wszystkim Facebooku – tam prowadzone przez nich konta są konsekwentnie usuwane od lat, a przejęcie faktycznej władzy w Afganistanie tej polityki nie zmieniło. – Taliban jest uznawany za ugrupowanie terrorystyczne w świetle amerykańskiego prawa i nie pozwalamy mu na korzystanie z naszych usług na podstawie naszych zasad dotyczących niebezpiecznych organizacji – wyjaśnił przedstawiciel firmy w rozmowie z BBC. Twitter nie poszedł w ślady Facebooka, choć jego rzecznicy także zapewniają, że pozostają czujni i będą pozbywać się wszelkich materiałów zawierających bądź gloryfikujących przemoc.

Talibowie zdają się o tym doskonale wiedzieć, bo robią wszystko, by w mediach społecznościowych przedstawiać się w sposób albo jak najbardziej cywilizowany, albo wręcz nieszkodliwy – jak wtedy, gdy na platformie pojawiły się nagrania ich bojowników ćwiczących na siłowni w sięgających kostek szatach lub bawiących się w parku rozrywki. Tak jak Państwo Islamskie wykorzystywało internet jako środek zastraszania oraz rekrutacji, tak Taliban używa go, by oswajać świat ze swoją obecnością w Afganistanie. Nic dziwnego, że jego przedstawiciele nie palą się do publikowania treści, za które można by zbanować ich konta.

Twitter z kolei ma twardy orzech do zgryzienia, tym bardziej biorąc pod uwagę fakt, że na początku tego roku permanentnie zablokował osobiste konto Donalda Trumpa, wówczas nadal będącego prezydentem Stanów Zjednoczonych. Władze platformy stwierdziły, że nie mogą sobie pozwolić na to, by ktokolwiek na ich łamach zachęcał do przemocy.

Faktem jest, że Taliban, korzystając z oficjalnych kanałów komunikacji, przemawia głosem bardziej oficjalnym i uderza raczej w pojednawcze tony.

Trzeba być jednak wyjątkowo naiwnym, by bezkrytycznie uwierzyć w całkowity rebranding organizacji. To wciąż ugrupowanie, które przez lata dawało schronienie Al-Kaidzie i pozwoliło jej zaplanować serię ataków terrorystycznych, kulminujących się 11 września 2001 roku w Nowym Jorku. Talibowie może i ucywilizowali się przez dwie dekady na tyle, by prezentować się światu w roli wyrozumiałych władców mających na sercu dobro Afganistanu. Poza mediami społecznościowymi kryje się jednak ten sam radykalizm, który pozwala im bić na ulicach kobiety domagające się równych praw, katować dziennikarzy i zabijać tłumaczy współpracujących z amerykańskimi żołnierzami.

Pierwsze dni panowania talibów w Kabulu upłynęły pod znakiem dramatycznej walki o wydostanie się z kraju. Zagrożeni są przede wszystkim ci, którzy współpracowali z amerykańskimi wojskami – oni oraz ich rodziny. | źródło: sierż. Isaiah Campbell

Za odcięciem talibom dostępu do Twittera przemawia także fakt, że mogą oni przy jego użyciu identyfikować osoby, które sympatyzowały z armią Stanów Zjednoczonych lub rządem zbiegłego prezydenta Ashrafa Ghaniego.

Tutaj jednak władze platformy nie łudziły się, że wystarczyłoby zablokowanie oficjalnych kont liderów organizacji – zamiast tego umożliwiły prośby o tymczasowe zawieszenie profili, których właściciele potrzebowali czasu na usunięcie mogących ich narazić postów i wiadomości. Dla porównania, Facebook pozwolił Afgańczykom na ograniczenie swojej widoczności przy pomocy jednego kliknięcia, a LinkedIn profilaktycznie ukrył kontakty użytkowników w Afganistanie.

Talibowie przeciwko cenzurze

Gdyby władze Twittera tylko tego chciały, mogłyby w moment zawiesić konta wysoko postawionych przedstawicieli Talibanu. Nie zrobiły tego nie bez powodu. Komunikacja talibów ze światem za pośrednictwem wielkiego portalu społecznościowego, tego samego, z którego korzysta teraz gros polityków, legitymizuje w pewien sposób ich władzę w Afganistanie, ale także ogranicza retorykę, na jaką mogą sobie pozwolić. Dygnitarze Islamskiego Emiratu wciąż nie pałają miłością do Zachodu, ale jeśli chcą utrzymać się na serwisie dającym im donośny głos w sieci, muszą o tym mówić językiem dyplomatycznym, niepogłębiającym napięć. Konieczność codziennego zmagania się z opinią publiczną i społecznością międzynarodową wpycha talibów z pozycji fanatycznych bojowników w nieszczególnie pociągającą rolę statecznych polityków.

Pozostaje jeszcze kwestia wolności słowa. Niekoniecznie nawet tego, czy zasługuje na nią ugrupowanie ściśle powiązane z najbardziej niesławnym zamachem terrorystycznym we współczesnej historii – ale raczej tego, kto ma prawo ją ograniczać. W sytuacji, w której media społecznościowe nierozerwalnie połączyły się z prowadzeniem polityki, pozostawienie takich decyzji w rękach wielkich korporacji zdaje się co najmniej ryzykowne. Daje też talibom łatwe pole do wytykania społeczeństwom Zachodu pozornej hipokryzji.

W trakcie pierwszej konferencji prasowej po zajęciu Kabulu Zabihullah Mujahid zarzucił Facebookowi, że pozornie dba o wolność słowa, a mimo to blokuje publikowanie informacji przez jego organizację – czym zyskał aprobatę między innymi… syna Donalda Trumpa.

Kluczowe dla decyzji Twittera może być jednak przede wszystkim to, że odcięcie talibów od ich głównego kanału komunikacji stanowiłoby doskonały pretekst dla kolejnych represji wobec afgańskiego społeczeństwa. Skoro bowiem rządzący krajem nie mogą korzystać z mediów społecznościowych, dlaczego mieliby pozwolić na to swoim rodakom? To z kolei utrudniłoby jeszcze bardziej przekazywanie na zewnątrz wiadomości o tym, czego tak naprawdę dopuszcza się tam Taliban. Tym bardziej, że przecież nawet jeśli ugrupowanie zostanie wyrzucone z Twittera, i tak znajdzie sposoby, by przesiąkać do zachodnich mediów społecznościowych, może z ograniczonym zasięgiem, za to ze zradykalizowanym przekazem. Nikt otwarcie nie rzuca tej groźby, ale łatwo ją wyczuć: albo pozwolicie nam się pokazać w korzystnym świetle, albo zgasimy je w całym Afganistanie.

Zdjęcie główne: Air Mobility Command Public Affairs
Tekst: Jakub Mirowski

Preloader spinner
Print
Print Text
Zobacz więcej
Wybierz region
Facebook