5 wielkich filmów z poprzedniej dekady, które zmieniają postrzeganie świata, a w Polsce przeszły niemal bez echa

A jakich produkcji Wam brakuje w wymienianym przez większość widzów, globalnie uznawanym kanonie kina z lat 10.?

Kanon filmów z lat 2011-2020 powoli się już ugruntował. Znajdziemy tam szereg kapitalnych produkcji, takich jak ‘Whiplash’, ‘Parasite’, ‘Drive’, ‘Nić widmo’, ‘Grand Budapest Hotel’, ‘Blade Runner 2049’ czy ‘Trzy billboardy za Ebbing, Missouri’. Wymieniać można długo. Niestety w większości tych z grubsza powtarzających się pod względem tytułów rankingów brakuje zazwyczaj kilku absolutnie wybitnych filmów, które w idealnym świecie zdecydowanie plasowałyby się w okolicy ‘top of the top’ ostatniej dekady. Filmów, które w kręgach bardziej insiderskich i eksperckich są traktowane jako kamienie milowe poprzedniego dziesięciolecia w kinematografii. Jakie to tytuły? O tym niżej!

'Siedzący słoń' nieżyjącego już Hu Bo ma wszystko – historię, styl, konteksty – by okrzyknąć go jednym z najwybitniejszych (a może i najwybitniejszym?) filmów poprzedniej dekady.

'Siedzący słoń', 2018

Są takie filmy, przy których ma się to nieuchwytne poczucie obcowania z czymś wielkim. W tę kategorię niewątpliwie wpisuje się trwający aż 234 minuty ‘Siedzący słoń’. Metafora tytułowego zwierzęcia jest bardzo obrazowa, gdyż nawiązuje do lokalnej legendy o ssaku z miasta Manzhouli, który wykazuje dystans, niewzruszenie i obojętność wobec świata, zachowując pełen spokój niezależnie od okoliczności. Chęć zobaczenia go stanowi fabularne spoiwo losów bohaterów. Zmagają się oni bowiem ze swoimi pogruchotanymi życiorysami i liczą, że kontakt z tym niezwykłym, stoickim stworzeniem da im jakiś impuls, bodziec, lekcję, nadzieję na zmianę. Na pozór proste, a jakie piękne.

Koncept to jednak dopiero przedsmak, gdyż czynnikiem, który imponuje najbardziej, jest sama realizacja. Prześliczne, choć uderzające smutkiem i szarzyzną, malarskie kadry, niespieszne prowadzenie narracji, które pozwala wczuć się w sprawy oraz motywacje bohaterów, doskonałe aktorstwo, modelowo dopasowana ścieżka dźwiękowa. Wszystko jest tu na swoim miejscu, w czym ogromna zasługa reżysera – Hu Bo – który wykonał tytaniczną pracę.

No właśnie, reżysera. Dodatkowej głębi nadają tej produkcji właśnie liczne unoszące się nad nią konteksty. Chociażby ten, że Hu Bo, po stworzeniu tak ociekającego smutkiem i ciężarem egzystencji – nie bójmy się tego słowa – arcydzieła, w wieku 29 lat popełnił samobójstwo. Zupełnie tak, jakby przed tą tragedią potrzebował ubrać cały swój wewnętrzny ciężar i ogromną wrażliwość w artystyczny język, by odejść, zostawiając coś po sobie. Jest to oczywiście straszne i w żaden sposób nie chcemy tego uwznioślać, niemniej zwłaszcza w korespondencji z przedstawioną na ekranie historią ta śmierć ma przepotężny popkulturowy wymiar, symbolikę i znaczenie (może i na poziomie Davida Bowiego czy Jamesa Deana), a mamy wrażenie że cała ta sprawa większości widzów jakoś specjalnie nie obeszła (zresztą nic dziwnego, skoro na Filmwebie ‘Siedzący słoń’ ma raptem 1275 ocen). Jeśli więc macie ochotę na melancholijny, filozoficzny, głęboki film o trudach życia, który być może na zasadzie przeciwwagi do losów bohaterów pozwoli wam bardziej docenić to, co posiadacie – polecamy. To jeden z tych seansów, których wspomnienie zostaje w człowieku na zawsze i co jakiś czas się do niego wraca. I, być może, po prostu najważniejszy film poprzedniej dekady.

Fot.: imdb

Apokalipsy przedstawionej tak jak w 'Koniu turyńskim' nie znajdziecie nigdzie indziej.

'Koń turyński', 2011

Wizji apokalipsy znajdziemy w kinie bardzo wiele. Niektóre angażują do przedstawienia tego wątku siły nadprzyrodzone, diabły, demony. Inne skupiają się na zagładzie płynącej z kosmosu. Jeszcze inne na pierwszy plan wyciągają kwestię katastrof naturalnych. Zdarzają się też jednak obrazy bardziej poetyckie, jak choćby genialne ‘Ofiarowanie’ Andrieja Tarkowskiego czy ‘Melancholia’ Larsa von Triera.

Zahaczający o ten motyw ‘Koń turyński’, choć wręcz niesamowicie introspekcyjny, niespieszny i minimalistyczny, jest jednocześnie jednym z najbardziej dojmujących i przerażających filmów czekających na fanów X muzy w przepastnych globalnych archiwach. Choć, w sumie, jaki może być obraz czerpiący i nawiązujący tak silnie do myśli Fryderyka Nietzschego? Elementem, który powoduje tu takie oddziaływanie, jest przeniesienie widma nadchodzącego, bliżej nieokreślonego jeszcze końca na barki dwojga bohaterów i relacji pomiędzy nimi – woźnicy Ohlsdorfera i jego córki (Janos Derzsi i Erika Bok stworzyli wybitne kreacje). Jeśli znacie twórczość reżysera Beli Tarra, z pewnością wiecie, że lubuje się on w bardzo długich ujęciach podkreślających prozę życia bohaterów, jej powtarzalność, rutynę, pozwalających nam maksymalnie wejść w ich buty. Bez agresywnego i dynamicznego montażu, jak to ma w nawyku większość współczesnych twórców. Inteligentna stylizacja kadrów dominuje tu nad festiwalem cięć. Tak wyglądało to w ‘Szatańskim tangu’.

W ‘Koniu turyńskim’ efekt jest piorunujący, gdyż chłód, biedę, wiatr, ba, każdy dialog i spacer, odbiera się jak w najstraszniejszym horrorze. A to przecież minimalistyczny dramat z bardzo specyficznym spojrzeniem na konwencję post-apo. Nie chcemy zdradzać zbyt wiele, ale już zwiastun powinien dać wam wgląd, czy taka turpistyczna wręcz konwencja do was przemawia. Jeżeli tak, dzieło to z dużym prawdopodobieństwem trafi do waszej przegródki z 10/10. Erudycyjne operowanie ciszą potrafi być bowiem znacznie bardziej sugestywne niż najgłośniejszy krzyk.

Fot.: themoviedb

'Kraina miodu' przypomina utopijną, proekologiczną baśń, która gwałtownie uświadamia nam co jest nie tak z dzisiejszym światem.

'Kraina miodu', 2019

Tamara Kotevska i Ljubomir Stefanov stworzyli film, który wspaniale pokazuje, co jest nie tak z dzisiejszym światem. Przenosimy się w nim do Macedonii i obserwujemy losy mieszkającej ze schorowaną matką Hatidze, dla której hodowla pszczół jest niemal całym życiem. Relacja kobiety z tymi owadami ma wręcz metafizyczny wymiar a okazywany im szacunek i troskę (staranna opieka czy dzielenie się z nimi miodem) odwzajemniają jej one tym, że może dzięki ich pracy wiązać koniec z końcem. Ogląda się to wręcz jak jakąś utopijną, proekologiczną baśń o powrocie człowieka do natury i szacunku do najmniejszych istot. Ale niestety – w pewnym momencie, wraz z pojawieniem się problematycznych sąsiadów, w świat Hatidze wkracza ‘nieszczęsna cywilizacja’. Jakie ma to konsekwencje? Koniecznie obejrzyjcie.

Oprócz samej historii za serce chwyta naturalność i ciepłe usposobienie bohaterki. Wielokrotnie można złapać się na tym, że aż nie dowierza się, że to dokument, tylko podejrzewa, że to jakiś aktorski film z idealnie rozpisanymi rolami. Tymczasem to naprawdę niemal cinema verite, kamera towarzyszy, ale nie przeszkadza, a Hatidze krok po kroku odsłania nam swój fascynujący świat. Seans ‘Krainy miodu’ z pewnością, nomen omen, osłodzi każdemu tęsknotę za wybitnymi dokumentami (takimi jak ‘Scena zbrodni’, ‘Cold Case Hammarskjold’ czy ‘HyperNormalisation’, o którym niżej). Dodatkowym walorem jest też niezwykła malowniczość okolic, w których mieszka kobieta z matką.

Fot.: Filmweb

Alejandro Jodorowsky w wieku 84 lat zaserwował światu jeden z najbardziej szalonych i kolorowych filmów dekady.

'Taniec rzeczywistości', 2013

‘Święta góra’, ‘Kret’, ‘Święta krew’. Dorobek Alejandro Jodorowsky’ego w zakresie kina surrealistycznego to zupełny kosmos. Tym bardziej dziwi, że fenomenalny powrót artysty w 2013 roku w wieku 84 lat (!) i po, uwaga, 23 latach reżyserskiej ciszy nie spotkał się z aż tak dużym zainteresowaniem jak powinien. ‘Taniec rzeczywistości’ to pełen odjazd w zakresie i formy, i treści. Pierwsze skrzypce, jak zawsze u tego reżysera, gra niebywała wyobraźnia. Zderzenia kolorów, absurdalne sytuacje, sny wkraczające w rzeczywistość, psy w ubrankach (!), dziwne testy męstwa, polityczny galimatias, zupełne pomieszanie z poplątaniem.

Bez wątpienia mamy tu do czynienia z jednym z najbardziej barwnych i kreatywnych filmów dekady. Jednocześnie sama główna oś fabularna jest zrozumiała i intuicyjna, choć oczywiście nie zaszkodzi zmierzenie się uprzednio z kilkoma innymi gatunkowymi klasykami, by nadmiar bodźców już aż tak nie szokował. W tej surrealistycznej czarnej komedii przeplatającej się z dramatem Jodorowsky zawarł też elementy autobiograficzne. Dzięki nim efekt jest jeszcze silniejszy, bo głowimy się, gdzie autor dzieli się swoimi realnymi traumami i ciężkimi doświadczeniami, a gdzie przerysowuje świat przedstawiony dla zabawy. Szczerze mówiąc, jeśli przed śmiercią rzeczywiście wyświetlałby się nam jakiś ‘film z życia’, to Jodorowsky wyręczył pozaziemskie studio produkcyjne i właściwie zawczasu (bo na szczęście wciąż jest z nami, a to przecież rocznik 1929!) nagrał go tu sobie sam. I jak to ma w zwyczaju – na swoich zasadach.

Fot.: IMDB

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego kichająca panda emocjonalnie angażuje dziś ludzi w podobny sposób, co odbywająca się gdzieś w oddali wojna? Obejrzyjcie 'HyperNormalisation'!

'HyperNormalisation', 2016

Kojarzycie te wszystkie filmy z żółtymi napisami, których autorzy oświeconym tonem próbują sączyć widzowi do głowy jedyną słuszną prawdę podsycaną dodatkowo irytującym spiskowym klimatem? Nie, to nie ten. W ‘HyperNormalisation’ Adam Curtis z ostrożnością i dociekliwością wziął pod lupę współczesny świat bazujący na post-prawdzie. Wątki takie jak przepływy kapitału, rynki, bezlitosne realizowanie interesu bogatych kosztem biednych czy amerykańska polityka na Bliskim Wschodzie przeplatają się tu z błyskotliwą refleksją na tematy typu: ‘Dlaczego kichająca panda emocjonalnie angażuje dziś ludzi w podobny sposób, co odbywająca się gdzieś w oddali wojna?’. Ten dysonans (i jego przyczyny) między sprawami rangi życia i śmierci, na które, z racji nadmiaru bodźców, społeczeństwo staje się obojętne, a kwestiami błahymi, które jednak i w jednym, i drugim przypadku scrollujemy w dokładnie ten sam sposób (‘patrz na to! / słuchaj tego!’) to jedna z idee fixe autora. A jego diagnoza (tytuł zaczerpnął od profesora antropologii Aleksieja Jurczaka) jest bardzo ciekawa i dająca do myślenia. Ale nie będziemy wam psuć zabawy.

Czy można na pewnych polach dyskutować z Curtisem? Oczywiście, wręcz trzeba. Czy pod względem spójności i dźwiękowo-wizualnej wirtuozerii film to dokumentalne arcydzieło? Zdecydowanie tak. To jeden z tych obrazów, które potrafią trochę zmienić myślenie i nauczyć zauważać rzeczy i manipulacje, na które do tej pory nie zwracało się uwagi. A trudno chyba o lepszy komplement dla dokumentu z ambicjami naprawiania świata.

Tekst: WM
Fot.: filmaffinity
Zdjęcie główne: cinematicarts

Preloader spinner
Print
Print Text
Zobacz więcej
Wybierz region
Facebook