Czy potrzebujemy więcej dzieci?

W krajach bogatych spada dzietność. Będzie mieć to negatywny wpływ na system podatkowy i ogólnie na gospodarkę. Jak sobie z tym poradzimy?

Według wyliczeń ONZ populacja świata wzrośnie z około 7,9 miliarda w 2021 do 9,7 miliarda w 2050 roku. Jednak wzrost ten będzie nierównomierny. Dane z chińskiego spisu powszechnego ujawniły, że tamtejsza populacja, wynosząca 1,41 miliarda ludzi, wzrosła w ciągu ostatniej dekady o zaledwie 5,38 proc. – najwolniej od lat 50. Podobna sytuacja miała miejsce w Stanach Zjednoczonych. Ujawnione w maju dane wykazały, że liczba urodzeń w Ameryce spadła o 4 proc. w 2020 roku w porównaniu z rokiem poprzednim. Mocarstwa nie są w tym odosobnione.

Żaden kraj europejski nie ma wystarczającej liczby dzieci, by utrzymać stabilną populację. Aby tak było, każda kobieta musiałaby urodzić średnio 2,1 dziecka, natomiast w krajach OECD, w większości bogatych, wskaźnik urodzeń wynosi 1,6.

Wskaźniki dzietności są podobnie niskie w bogatych częściach Azji Wschodniej, takich jak Korea Południowa i Japonia, spadają w niektórych częściach Ameryki Łacińskiej i na Bliskim Wschodzie. A są to dane sprzed pandemii, która powiększyła ten problem.

To złe wieści dla rządów – niska dzietność spowalnia gospodarkę i zwiększa odsetek osób starszych, które państwo powinno wspierać. W rezultacie wiele krajów próbuje przeciwstawić się temu trendowi, z różnym skutkiem. Bardziej zrównoważone podejścia obejmują pomaganie kobietom w zdobyciu zarówno kariery, jak i dzieci – oznacza to dotowanie opieki nad dziećmi, wydłużenie godzin szkolnych, zwiększenie urlopu rodzicielskiego i zachęcanie do elastycznych godzin pracy. Niektóre kraje dotują zapłodnienia in vitro oraz zamrażanie jajeczek, inne po prostu płacą rodzicom za posiadanie dzieci. Dzietność maleje bowiem głównie z powodu zbyt wysokich kosztów posiadania dzieci oraz trudności na rynku pracy, ale też z powodu lepszej edukacji seksualnej i większej swobody obywatelskiej kobiet. Zobaczmy, jak z problemem dzietności radzą sobie poszczególne kraje.

Stany Zjednoczone po raz pierwszy zaczną wypłacać zasiłki na dzieci co miesiąc. To duża zmiana w kraju, który ma jedne z najwyższych wskaźników ubóstwa dzieci w krajach rozwiniętych.

Stany Zjednoczone

Miesięczne płatności w wysokości do 300 dolarów na dziecko zaczęły trafiać na konta bankowe Amerykanów od 15 lipca i będą pojawiać się do końca roku. Zwolennicy walki z ubóstwem, którzy od lat forsują comiesięczne zasiłki, mają nadzieję, że wprowadzenie takiego programu położy podwaliny pod trwalsze zmiany.

Zwiększenie zasiłku na dzieci jest częścią amerykańskiego planu ratunkowego, czyli pakietu ulg ekonomicznych o wartości 1,9 biliona dolarów, podpisanego w marcu. Ustawa zwiększyła istniejące świadczenie na rok podatkowy 2021 do maksymalnie 3,6 tys. dolarów na dziecko w wieku poniżej 6 lat lub 3 tys. dolarów dla dzieci w wieku do 17 lat.

Większość krajów rozwiniętych od dekad oferuje jakąś formę miesięcznego zasiłku na dziecko, aby zrekompensować koszty posiadania dzieci. W Stanach Zjednoczonych istnieją jednak obawy, że programy opieki społecznej zniechęcą do pracy. Jakiekolwiek przejawy pomocy pieniężnej dla obywateli, finansowane z ich własnych podatków, są dla nich objawem socjalizmu – ten zaś kojarzony jest z komunizmem, do którego mają historyczną awersję. W ramach nowej (tymczasowej, bo trwającej tylko w tym roku z powodów pandemicznych) ulgi podatkowej na dzieci najbiedniejsze rodziny o niskich dochodach będą kwalifikować się do pełnej kwoty, nawet jeśli zazwyczaj nie składają zeznań podatkowych. Według Departamentu Skarbu i Urzędu Skarbowego miesięczne płatności dotrą do około 88 proc. dzieci w USA. Lewicowe skrzydło twierdzi, że rozszerzenie zasiłku i częstsze dokonywanie wpłat może obniżyć wskaźnik ubóstwa dzieci, który przed pandemią wynosił około 15 proc., o niemal połowę, wyciągając tym samym 4 miliony dzieci z ubóstwa. Strategia niwelowania ubóstwa jest nastawiona nie tyle na podnoszenie wskaźniku dzietności, co może być niemożliwe w tak krótkim czasie, ile na utrzymanie stałości, czyli umożliwienie posiadania dzieci ludziom, którzy już chcą je posiadać.

Photo by Jil Beckmann on Unsplash.

Złagodzenie chińskiej polityki jednego dziecka w 2013 roku i zakończenie jej 2 lata później spowodowało jedynie umiarkowany i przejściowy wzrost dzietności. Problemy ma też Japonia czy Korea.

Daleki Wschód

Całkowity wskaźnik płodności w Chinach spadł z 1,6 żywych urodzeń na kobietę w 2017 roku do 1,3 w 2020 roku. Z powodu tej zmiany roczny wskaźnik wzrostu populacji Chin spadł do najniższego jak na razie poziomu – poniżej 0,3 proc. w 2020 roku. Chiński rząd ogłosił decyzję o wdrożeniu polityki trojga dzieci (czyli pozwalającej na maksymalnie trójkę dzieci) w maju 2021 roku. Obawy związane ze spadkiem dzietności i liczby ludności zmusiły do porzucenia półwiecznej polityki jednego dziecka pierwotnie wdrożonej w celu ograniczenia populacji. Teraz odbija się ona czkawką – od połowy lat 90. w Chinach zaszły zmiany społeczne, ekonomiczne i kulturowe, które spowodowały mniejsze zainteresowanie potomstwem. Chińczycy bardziej cenią sobie teraz wolność i pieniądze, jakie wiążą się z bezdzietnością.

Japonia odnotowuje jeden z najszybszych spadków populacji na świecie. Rząd zezwolił na przyjęcie większej liczby zagranicznych pracowników, co ma zapewnić, że w kraju nie zabraknie pielęgniarek, rolników czy mechaników. Jednakże nie wiadomo, czy ta strategia będzie skuteczna, skoro imigranci zazwyczaj nie mogą zostać stałymi mieszkańcami Japonii. Często nie mogą nawet sprowadzić ze sobą swoich rodzin. Dlatego Japończycy wprowadzają też rozwiązania pieniężne. Liczba urodzeń wzrosła w niektórych częściach kraju – tam, gdzie rodzice otrzymują zasiłki bez zobowiązań na każde dziecko. Wzrost urodzeń nastąpił np. w mieście Ama, gdzie zasiłki zaczynają się od około 100 tys. jenów (prawie 3,6 tys. złotych) na pierwsze dziecko i dochodzą do około 1 mln jenów (prawie 36 tys. złotych) na czwarte. W 2019 roku ówczesny premier Shinzo Abe zniósł opłaty za przedszkola w nadziei, że wspomoże to niektóre biedniejsze pary. Eksperci twierdzą jednak, że to o wiele za mało, a przyczyna niskiej dzietności i tak leży gdzie indziej. Chodzi o kult pracy – dla większości japońskich kobiet zrównoważenie pracy i rodziny nie wchodzi w rachubę, a przez to wiele z nich wybiera karierę zawodową zamiast dzieci.

Rodzice w Korei Południowej mają już dostęp do powszechnej bezpłatnej opieki nad dziećmi, dotowanych mieszkań i wielu pomocy pieniężnych, które obejmują miesięczny zasiłek w wysokości około 90 tys. wonów (300 zł) na każde dziecko w wieku poniżej 7 lat. Niektóre miasta oferują nawet dodatkowe korzyści, takie jak bezpłatny parking. Mimo to kraj nadal ma jeden z najniższych wskaźników dzietności na świecie. W zeszłym roku rząd Korei Południowej ogłosił plany zwiększenia wysokości zasiłków porodowych: kobiety w ciąży otrzymają ‘zasiłek gratulacyjny’ w wysokości trochę ponad 1 mln wonów (3,6 tys. zł), a następnie około 2,1 mln wonów (7 tys. zł) przy porodzie i 325 tys. wonów (1 tys. zł) miesięcznie przez pierwszy rok życia dziecka. Mimo to wiele młodych par twierdzi, że niebotycznie wysokie ceny mieszkań i obawy przed zaległościami w karierze przechylają szalę na korzyść bezdzietności. – Moje zdanie nie zmieni się, gdy dodatkowe kilkaset wonów wpłynie na nasze konta bankowe – powiedziała 33-letnia Kim Seung-pyo dla South China Morning Post. – Jeśli kiedykolwiek zdecydują się dać nam 100 milionów wonów [330 tys. zł] na dziecko, to będzie zupełnie inne pytanie.

Photo by Spencer Chow on Unsplash.

Czy program 500+ wpłynął jakoś na dzietność w Polsce?

Polska

Wzrost dzietności był jednym z trzech podstawowych celów programu – pozostałe to ‘inwestycja w kapitał ludzki’ oraz redukcja ubóstwa. Po 6 latach od wprowadzenia programu jasne jest, że rzeczywiście pozytywnie wpłynął on na liczbę urodzeń – na świat przyszło około 100 tys. więcej dzieci, niż zakładała najbardziej optymistyczna prognoza GUS-u, nieuwzględniająca tego programu. Problem polega na tym, że dzięki 500+ dzieci spodziewano się ponad dwa razy więcej.

Rządzący trochę przeliczyli się, sądząc, że dzietność zależała jedynie od względów ekonomicznych. To raczej szersza, społeczno-kulturowa kwestia, wynikająca ze zmian w światopoglądzie i podejściu do życia nowych pokoleń. Przez to kwestie ekonomiczne wpłynęły tylko na te osoby, które już i tak chciały mieć dzieci. Wskazuje to na to, że 500+ miał ostatecznie inny wymiar, taki sam, jak zasiłki w Ameryce – ustabilizował dzietność, która pikowała na dno. Rozpaczliwym ratunkiem może być tzw. bykowe, o którym rządzący od czasu do czasu przebąkują, wywołując częściej lęk i śmiech, niż zachęcające potakiwanie. Niemniej, z programem 500+ czy bez niego, dzietność w Polsce jest zbyt niska, aby mówić o wymianie pokoleń i zahamowaniu starzenia się społeczeństwa.

Sukcesem 500+ jest natomiast redukcja ubóstwa. Zasięg ubóstwa skrajnego (odsetek osób w gospodarstwach o wydatkach poniżej minimum egzystencji) znacząco zmalał. ‘W 2019 roku zasięg ubóstwa skrajnego wśród dzieci (w wieku 0-17 lat) wyniósł 4,5 proc. Przed 2016 rokiem wskaźnik ten kształtował się na poziomie około 9-10 proc., a po wprowadzeniu świadczenia wychowawczego w 2016 roku odnotowano jego istotny spadek’ – możemy przeczytać w ostatnim podsumowaniu programu.

Photo by Victor Malyushev on Unsplash.

Image

Agnieszka Chłoń-Domińczak

Dyrektor Instytutu Statystyki i Demografii SGH

500+ na pewno przyczyniło się do poprawy sytuacji dochodowej rodzin, szczególnie wielodzietnych, do ograniczenia ubóstwa. Te efekty programu są warte docenienia. (…) Demografowie od początku byli zdania, że program nie wpłynie znacząco na wzrost liczby dzieci.

Czechy i Estonia to przykłady sukcesu – w obu tych krajach dzietność wzrosła.

Czechy, Rosja, Estonia

Jednym z krajów, w którym nastąpił gwałtowny wzrost współczynnika dzietności, są Czechy. Skala wzrostu jest częściowo spowodowana odbiciem się tej liczby z bardzo niskiego punktu – około 20 lat temu wskaźnik urodzeń w Czechach osiągnął najniższy poziom po upadku Związku Radzieckiego. Jednocześnie wzrastał też wiek, w którym czeskie kobiety rodziły pierwsze dziecko. Gwałtowny wzrost dzietności od tego czasu przypisuje się poprawie stabilności gospodarczej i politycznej, wyrównaniu średniego wieku młodych matek oraz wsparciu udzielanemu rodzicom, zwłaszcza w formie gotówki i ulg podatkowych. W połowie 2000 roku Czechy zaczęły dawać rodzicom łącznie około 216 tys. koron (39 tys. zł) na dziecko w miesięcznych ratach gotówkowych. Dziś ten zasiłek wynosi łącznie około 300 tys. koron (54,6 tys. zł), czyli prawie tyle, ile czescy pracownicy zarabiają średnio rocznie po opodatkowaniu.

W Rosji jest za to znacznie gorzej. Spadająca dzietność przyprawia Putina o zawrót głowy. Przez prawie dwie dekady rząd zachęcał ludzi do zakładania rodzin wielodzietnych, oferując ‘kapitał macierzyński’, jednorazową wpłatę w wysokości około 454 tys. rubli (24,4 tys. zł), którą można przeznaczyć na wydatki takie jak edukacja lub mieszkanie. Wcześniej ten zasiłek był dostępny tylko dla rodzin z dwójką dzieci lub więcej, ale w ubiegłym roku Putin ogłosił, że będą się do niego kwalifikować wszyscy świeżo upieczeni rodzice. Przez pierwszą dekadę po wprowadzeniu ‘kapitału macierzyńskiego’ w 2007 roku liczba rodzin decydujących się na dwoje dzieci rosła, ale w 2017 roku wskaźnik urodzeń ponownie zaczął spadać, ponieważ wiele par z powodów ekonomicznych zdecydowało się w ogóle nie mieć dzieci. Putin obiecał również ulgi podatkowe dla rodzin wielodzietnych i wprowadził rządowe ubezpieczenie zdrowotne pokrywające koszty zapłodnienia in vitro kobietom, które mają trudności z zajściem w ciążę. Ale niektórzy Rosjanie uważają, że zachęty finansowe nie zbliżają się nawet do kosztów wychowania dziecka.

Estonia jest jednym z niewielu przypadków, w którym działania rządowe okazały się bardzo skuteczne. Jest to związane z kompleksowym systemem opieki społecznej w tym kraju. Estonia oferuje aż 1,5 roku w pełni płatnego urlopu rodzicielskiego, nawet więcej niż jej nordyccy sąsiedzi. Jak donosi estońska rozgłośnia publiczna, oddziały położnicze to ‘prawie magiczne miejsca’ z wannami, grupami ćwiczeniowymi, świetnym oświetleniem i możliwością słuchania ulubionej muzyki. Poród jest, rzecz jasna, darmowy. Co najważniejsze, Estonia już teraz ma niskie koszty utrzymania, a i tak oferuje rodzicom z trójką dzieci zasiłki – w wysokości około 530 euro (przy najniższej krajowej pensji 584 euro). Imigracja również odegrała pewną rolę: więcej osób przeprowadza się do Estonii, niż ją opuszcza. Chociaż pomogło to zrównoważyć spadki wzrostu populacji, zapewne nie będzie to trwały trend. Obecnie Estonia nie pozwala, aby całkowita liczba imigrantów każdego roku przekroczyła 0,1 proc. stałych mieszkańców kraju, co jest polityką mającą na celu ‘utrzymanie równowagi populacji’.

Photo by Matheus Frade on Unsplash.

Mimo negatywnych skutków spadającej dzietności w krajach rozwiniętych, należy zwrócić uwagę na jej pozytywne przyczyny – lepszą edukację seksualną, która prowadzi do bardziej odpowiedzialnych wyborów, oraz większą wolność społeczną i obyczajową kobiet, która umożliwia realizację ambicji zawodowych, co w niektórych biedniejszych lub autorytarnych krajach jest niemożliwe. Choćby w Arabii Saudyjskiej czy Afganistanie kobiety w ogóle nie mogą pracować. Można też, poza patrzeniem na boki, spojrzeć do tyłu – w Stanach Zjednoczonych kobiety zaczęły masowo wchodzić na rynek pracy dopiero w latach 60. ubiegłego wieku. Jest więc też jakaś pozytywna strona całej tej sytuacji.

Zdjęcie główne: Colin Maynard/Unsplash
Tekst: Miron Kądziela

Preloader spinner
Print
Print Text
Zobacz więcej
Wybierz region
Facebook